Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

piątek, 30 września 2022

Ciasto kokosowe ze śliwkami

 Jestem z tych dziwnych ludzi, których surowe, świeżutkie i pachnące śliwki, w ogóle nie interesują. Co innego śliwki upieczone, albo zamienione w powidła. To mogę jeść, ba, zajadać się. I oczywiście piec, gotować, smażyć, i co tam jeszcze można. Zapach ciasta ze śliwkami, definitywnie ogłasza jedno- mamy jesień. Ta moja jest nijaka, zbaczająca w stronę kiepskiej. Zarówno zdrowotnie, jak i pogodowo. Co tu robić, kiedy za oknem pada? Chyba po prostu wziąć do ręki książkę ( tak, już powoli wracam do czytania w dużych ilościach, bo kojarzę o czym czytam), zaparzyć kubek białej herbaty z granatem-moje odkrycie i zajadać się ciastem. Dziś polecam niezwykle pyszny placek ze śliwkami i kokosem. Kluczem są idealne śliwki, najlepiej ze starego drzewa, koniecznie węgierki. Mąż dopadł takie "ogrodowe", były wybitne. Cudownie osłodziły ciasto i dodały mu niesamowitego aromatu. Nowością jest zaś dodatek kokosa. Kiedy myślimy o cieście ze śliwkami, automatycznie mamy na myśli porcję cynamonu czy wanilii. A tutaj proszę, egzotyczny kokos. Ale wiecie co? Nasze swojskie śliwki genialnie pasują do kokosowych wiórek. Upieczcie to niesamowicie miękkie i delikatne ciasto. Smakuje rewelacyjnie, chociaż wydawać by się mogło, ot, zwykły placek ze śliwkami. Nieprawda, to czysta poezja smaku. I wiecie co? To świetny otulacz, na jesienne wieczory po prostu ideał. Kogo skusiłam i kto upiecze to ciacho?





Składniki:
2 duże jajka
125 gramów masła
200 gramów mąki pszennej
150 gramów jogurtu greckiego
100 gramów erytrytolu ( albo cukier)
70 gramów wiórków kokosowych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
1 łyżeczka startej skórki z cytryny
15 śliwek
Lukier:
4 łyżki cukru pudru
2 łyżki soku z ctryny




Jajka, masło i jogurt, wyjmuję z lodówki na pół godziny przed pieczeniem. 
W misie miksera umieszczam masło z erytrytolem z wanilią i skórką cytrynową, ubijam na jasny krem. Następnie dodaję jajka-ciągle miksuję. Kiedy składniki się połączą, dodaję jogurt, dalej ucieram. 
Teraz czas na dodanie mąki, wiórek kokosowych i proszku do pieczenia, miksuję przez moment, tylko do połączenia składników. 
Piekarnik rozgrzewam do 170 stopni. Blachę do pieczenia wykładam papierem, wylewam ciasto. Śliwki dokładnie myję, przekrajam na połówki, usuwam pestkę. Połówki owoców układam na cieście. Placek piekę 45-50 minut, do suchego patyczka, studzę. 
Z cukru i soku z cytryny ukręcam lukrem, polewam nim ciasto. 

środa, 28 września 2022

Naleśniki z twarogiem i malinami

 Dziś kuszę Was naleśnikami z malinami i twarożkiem. Takie naleśniki to moje comfort food. Coś co najlepiej poprawia mi humor i otula niczym kocyk. Naleśniki, to wyjątkowo domowe danie, czy jest ktoś komu nie przypominają dzieciństwa? Jak sięgam pamięcią, to nie znam nikogo takiego. Dziś robię najczęściej naleśniki budyniowe, są wyjątkowo delikatne i mają cudowny aromat. To mój hit, jeżeli chodzi o naleśniki w słodkiej wersji. Ze słodkich nadzień, najbardziej lubię to z twarogu. Uwielbiam ten smak, jest chyba najbardziej domowy z domowych nadzień. U mnie w domu słodkie naleśniki, zawsze odsmaża się potem na masełku. Okazało się, że ten sposób był nieznany dla mojego męża. Teraz? Teraz, to on nie widzi innego sposobu na naleśniki. I ja się z tego cieszę. Ostatnio miałam kiepski dzień, przytłoczyły mnie pocovidowe bóle całego ciała. Co mnie uratowało? Oczywiście naleśniki. Tym razem twarożkowe nadzienie, wzbogaciłam malinami, które rosną w moim ogródku. Są słodko-kwaśne i  świetnie uzupełniły smak twarożku.  Skutecznie odciągnęły uwagę od przykrych dolegliwości i mam wrażenie otuliły mnie kołderką. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale moim zdaniem jedzenie ma naprawdę magiczną moc. I potrafi skutecznie poprawić samopoczucie. No dobrze, a Wy co jecie, kiedy jest Wam źle?




Składniki:

Naleśniki:

2 jajka

250 ml mleka80 

300 ml wody mineralnej ( najlepiej gazowanej)

80 gramów budyniu waniliowego ( 2 paczki)

150 gramów mąki pszennej

2 łyżki oleju


Nadzienie:

350 gramów twarogu ( u mnie śmietankowy ze Strzałkowa)

1 duże jajko

Kubeczek malin

1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią

2-3 łyżki klarowanego


Miksuję mleko z jajkami i wodą mineralną na gładką masę. Delikatnie dodaję mąkę i proszek budyniowy, chwilkę miksuję. Na sam koniec dodaję olej, raz jeszcze miksuję. Ciasto odstawiam na minimum kwadrans. Smażę cienkie naleśniki, mi wyszło 15 sztuk. 

Jajko lekko roztrzepuję, dodaję cukier i twaróg, ucieram na jednolitą masę. Maliny płuczę, 3/4 dodaję do masy twarożkowej. 

Naleśniki smaruję farszem, zwijam. Rozgrzewam masło, podsmażam naleśniki do zarumienienia. Resztę malin rozgniatam i podaję z naleśnikami. 

poniedziałek, 26 września 2022

Karkówka w sosie pieczarkowym

 Chyba powoli wracam do żywych. Odpukać w dużą ilość niemalowanego! Jest duża szansa, że najgorsze już za mną. Został kaszel i zmęczenie. Ale od czego ma się w domu męża? Robi zakupy, sprząta, i nawet ugotuje kaszę i zrobi surówkę z marchewki. Po czasie jedzenia zupy, zapragnęłam czegoś nieco bardziej konkretnego. W zamrażarce miałam karkówkę, którą przerobiłam na pyszne, duszone kotleciki w sosie pieczarkowym. Bardzo smaczne i naprawdę proste w przygotowaniu. Mi wyjątkowo pomogło to, że mąż kupił już pokrojone pieczarki, kotletciki też miałam już pokrojone, nic tylko przygotować sos. Gęsty, mocno pieczarkowy, cudownie aromatyczny. Jako, że wciąż mam katar, to takie wyraziste i mocno aromatyczne dania, idealnie mi pasują. Pięknie pachą, apetycznie wyglądają i aż się same proszą o zjedzenie. To bardzo sycące i smaczne danie. I na weekend, i na dobry tydzień. Niech ten tydzień będzie dużo, dużo zdrowszy. I pełen dobrej energii i siły. Ta siła mi się przyda!




Składniki:

4 kotlety z karkówki bez kości

300 gramów pieczarek

1 cebula

2 ząbki czosnku

2 liście laurowe

4 ziela angielskie

1 łyżeczka majeranku

1 łyżeczka słodkiej papryki

1 łyżeczka mielonego czosnku

2 łyżki oleju

2 łyżki mąki

200 ml bulionu

1 pełna łyżka masła

Sól

Świeżo mielony pieprz


W zamykanym naczyniu łączę olej, sól, pieprz, majeranek, suszony czosnek i słodką paprykę, mieszam, przekładam kotlety. Naczynie zamykam, kilka razy potrząsam, odkładam na minimum 2 godziny. 

Pieczarki oczyszczam, kroję w plasterki. Siekam drobno czosnek i cebulkę. Rozgrzewam masło, smażę czosnek z cebulą przez 2 minuty, dorzucam pieczarki, podsmażam 7-8 minut. Zdejmuję z patelni. 

Rozgrzewam patelnię, podsmażam kotlety przez 1,5 minuty z każdej strony, przekładam je do garnka. Kotlety zalewam bulionem, dodaję liście laurowe i ziela angielskie, dodaję pieczarki. Danie duszę godzinę, na małym ogniu. Z sosu odlewam 4 łyżki płynu, łączę z mąką, delikatnie dodaję do sosu, mieszam i chwilę podgrzewam. Doprawiam solą i pieprzem. 

Duszoną karkówkę podają z ulubioną kaszą i surówką z marchewki. 

piątek, 23 września 2022

Białoruska zupa ziemniaczana

 Eh, miałam zupełnie inne plany na ten tydzień. I co? Wyszło, jak wyszło. Pamiętam, jak w niedzielny wieczór, wracając z mężem do domu, powiedziałam - wiesz jak mi się nie chce jutro iść do pracy? Uważajcie co mówicie. Bo licho nie śpi, tylko czuwa i dokładnie nas słucha. Wróciłam do domu i cóż, zaczęła mnie lekko boleć głowa, i gardło. Przy czym objawy narastały niesamowicie gwałtownie i to w takiej sile, jakiej nigdy nie miałam. Ból gardła był tak okropny, jak przy żadnej anginie, do której to mam wybitne skłonności. Po nieprzespanej nocy- żadne tabletki na ból gardła nie pomagały, a ssałam różne rodzaje na zmianę całą noc, poczułam niesamowite zimno. Przykryłam się dwiema kołdrami i było mi mało. Poprosiłam męża o termometr, a tam proszę, 38,8 stopni. No cóż, jako, że wyjątkowo rzadko mam gorączkę, postanowiłam zrobić sobie test na koronowirusa, i bach, pozytywny jak miło. Byłam nieco zaskoczona tempem choroby, bo nawet grypa, którą przeżyłam 4 lata wstecz, aż tak szybko mnie nie ścięła z nóg. Nie mogłam czytać książek, ba, zażądałam wyłączenia radia, bo wyjątkowo męczył mnie każdy dźwięk. Musicie wiedzieć, że ja i gorączka, to okropny duet. Mąż ochoczo zabrał się za produkcję domowego rosołu, poszło mu świetnie, zupa wyszła świetnie. Jedliśmy go trzy dni, a jak się skończył, mi zachciało się kolejnej zupy. Bo jakoś tak zupy w chorobie smakują najlepiej. Moja zupa musiała być daniem jednogarnkowym, pożywnym, bogatym w białko i warzywa. Zupa jest niesamowicie smaczna, a dodatkowo zaskakująco prosta. I wyjątkowo sycąca, klopsiki, ziemniaczki i makaron, typu lane kluski. Czyli coś co szybko i  pozytywnie nasyci. Ta zupa naprawdę dodała mi sił. Pamiętajcie by dodać dużą ilość natki pietruszki, to skarbnica witaminy C. Polecam Wam tę zupę, doda Wam zdrowia i szybko rozgrzeje. 





Składniki:

450 gramów ziemniaków

2 marchewki

1 cebula

1 korzeń pietruszki

1 pełna łyżka masła

2 liście laurowe

4 ziela angielskie

1 czubata łyżka suszonej włoszczyzny

Sól

Pieprz

3 garście posiekanej natki pietruszki

6 szklanek wody

150 gramów makaronu typu lane kluski

Klopsiki

400 gramów  mięsa mielonego u mnie wieprzowo-wołowe

1 mała cebula

2 ząbki czosnku

1 jajko

4 łyżki bułki tartej

Słodka papryka- łyżeczka

Sól

Pieprz


Obieram ziemniaki, pietruszkę i marchewkę. Ziemniaki kroję w drobną kostkę, marchewkę i pietruszkę w półplasterki, obieram cebulę i kroję ją w piórka. Rozgrzewam masło, podsmażam cebulę z marchewką i pietruszką przez 5 -6 minut. 

Do wody wkładam ziemniaki, dodaję ziele angielskie i liście laurowe, zagotowuję. Dodaję warzywa  z patelni, i doprawiam całość solą i pieprzem, dodaję suszoną włoszczyznę. Gotuję warzywa przez 15 minut na średnim ogniu. 

W międzyczasie szykuję klopsiki. Drobno siekam, albo miksuję w malakserze czosnek i cebulę, dodaję do mięsa. Do masy dodaję jajko, bułkę tartą i przyprawy. Wyrabiam masę i formuje małe klopsiki. Gotowe klopsiki wkładam do zupy i gotuję je 10 minut, dodaję natkę pietruszki, doprawiam solą i pieprzem. 

Teraz dodaję makaron, gotuję całość 5 minut. 

Zupę podaję gorącą, z dużą porcją natki pietruszki.

środa, 21 września 2022

Biała lokomotywa w Nowej Rudzie. Czy to kultowa kawiarnia?

Kiedy szykowałam się do urlopu, szukałam nie tylko atrakcji, ale i ciekawych miejsc, gdzie można dobrze zjeść. I od razu w oko wpadła mi pozytywna recenzja Białej Lokomotywy. Jest to kawiarnia w Nowej Rudzie. To miasto jest przeurocze i znajdowało się tylko 20 minut drogi od naszej bazy. Nie mogłam ominąć kawiarni, która nie ma menu, a kawowe pomysły powstają na bieżąco. Są one tworzone pod danego gościa, po krótkiej rozmowie kelnerzy wiedzą co komu przygotują. Goście są więc zaskakiwani. Ale czy tylko pozytywnie? Zapraszam Was na wizytę w tym oryginalnym miejscu. 
Z racji pięknej pogody, mogliśmy skorzystać z ogródka. Sam lokal nie jest zbyt duży, więc w zimną porę roku, nie ma tam za dużo miejsca. Za to latem jest magicznie. W zasadzie w każdy dzień, kiedy pogoda pozwala usiąść na zewnątrz, naprawdę warto z tego skorzystać. Tarasowy ogródek, bogaty  w kwiaty, to zaciszne miejsce, w środku miasta.



 
Miła pani zadała nam kilka pytań, tylko kilka, i już wiedziała, co będzie dla nas najlepsze! Jako, że mój mąż miał ochotę na solidną porcją kawy, koniecznie niesłodkiej, i bez mleka, została mu zaproponowana kawa macerowana 48 godzin w zimnej wodzie, ożywiana wrzątkiem, zaparzona z suszonymi jabłkami, z dodatkiem szafranu. Ja zaś nie wiem, co to kawa bez mleka, lubię jej raczej łagodny smak. Dostałam więc kawę z mlekiem owsianym, z nutą białej czekolady i odrobiną gorzkiej czekolady. Jako, że marzyły nam się desery, dostaliśmy też szarlotkę z lodami, oraz fondant czekoladowy, z wiśniami i lodami o smaku gorzkiej czekolady. 
No cóż, to była prawdziwa rozpusta i eksplozja smaków! Szarlotka smakowała domowo, typowo babcinym ciastem, świetnie komponowała się z mocną i wyrazistą kawą, której smak podkręcały suszone jabłka. Mój deser był deserem, dla fanów czekolady. I to takich po wielokroć. Słodkie ciasto, genialne lody o smaku naprawdę gorzkiej czekolady i gorące wiśnie. Pewnie jakbym wiedziała, że mój deser będzie tak czekoladowy, to poprosiłabym o mocną i gorzką kawę. Ale sama zaznaczyłam, że uwielbiam słodycze! Moja kawa była przepyszna, bardzo kawiarniana i deserowa. Idealna na miłe popołudnie. Mąż zachwycił się swoją kawą, niesamowicie intensywną i wyrazistą. Z pysznym, lekkim aromatem jabłka. Po prostu rewelacja!
Zarówno obsługa, jak i czas podania na wielki plus. Wszyscy byli zainteresowani gośćmi i ich potrzebami. Ceny? Za dwa desery i dwie kawy, zapłaciliśmy 90 złotych. Ale było zdecydowanie warto!


Nowa Ruda, Podjazdowa  6 




 

poniedziałek, 19 września 2022

Schabowe z marchewką i serem. Przepyszne.

 Schabowe, kto ich nie lubi? Tradycyjne kotlety, to smak dzieciństwa. Bardzo lubię te tradycyjne, swojskie i domowe. Ale czasem szukam odmiany, a uwierzcie mi, niewiele trzeba, by małą zmianą, zmienić cały smak schabowych. To taka tradycja z twistem! Najważniejsze jest to by dobrze przygotować mięso, czyli nie można pominąć marynowania go w mleku i cebuli. Wiem, że może nie brzmi to jakoś szczególnie apetycznie, ale musicie mi zaufać. Ja już nie robię schabowych inaczej, niż jak moczonych w tej mieszance. Mięso jest soczyste i niesamowicie delikatne. Smaży się dużo krócej, a smakuje po prostu rewelacyjnie. Ten patent podpatrzyłam w początkowych sezonach Kuchennych Rewolucji Magdy Gessler. I moim zdaniem, odmienia on zwykłe kotlety. A moje kotlety odmienia dodatkowo kołderka z marchewki i sera. Niby niewielka zmiana, a mamy zupełnie inne kotlety. Jestem pewna, że będą smakować Waszej rodzince, i to nie tylko podczas weekendu, ale podczas tygodnia. Jako, że pogoda nas nie rozpieszcza, to taki solidny obiad, prosto z piekarnika, będzie jak znalazł. Znajdźcie dla niego miejsce, w tygodniowym menu. 





Składniki na 4 porcje:

4 kotlety schabowe bez kości

300 ml mleka

1 cebula

Sól

Pieprz

2 marchewki

1 mała cebula

1 łyżka przyprawy curry

Sól

1 pełna łyżka klarowanego masła

1 łyżka smalcu

1 jajko

3 łyżki mąki pszennej

3 łyżki bułki tartej

2 czubate łyżki tartego sera ( najlepiej mozzarella)


Siekam dość grubo cebulę, kotlety przekładam do zamykanego pojemnika, dodaję cebulę, zalewam mlekiem, doprawiam mięso solą i pieprzem. Odkładam na minimum dwie godziny do lodówki. 

Marchewki obieram, ścieram na tarce, cebulę kroję w piórka. Rozgrzewam masło, smażę cebulę 2 minuty, dodaję marchewkę, doprawiam solą i przyprawą curry. Smażę 5 minut. 

Kotlety wyjmuję z marynaty. Rozbijam jajko, rozgrzewam smalec. Kolety panieruję kolejno- w jajku, mące i bułce tartej. Smażę kotlety przez 2,5 minuty z każdej strony, przekładam kotlety na blachę do pieczenia. 

Rozgrzewam piekarnik do 190 stopni.

Na kotletach układam marchewkę, posypuję serem. Kotlety zapiekam przez 10 minut. Podaję je z puree i surówką z marchewki.


piątek, 16 września 2022

Torcik Księżnej Daisy

 Podczas urlopu odwiedziłam Zamek Książ. To przepiękne i pełne tajemnic miejsce, które każdy powinien zobaczyć. Mi w końcu się udało, zwiedziłam tajemnicze podziemne tunele, cudowną palmiarnię i jeszcze piękniejszy, niż w wyobrażeniach zamek. Byłam niesamowicie oczarowana i pochłonięta zwiedzaniem. Nieco mniejszy zachwyt czuł mój mąż, który to nie lubi zwiedzać zgodnie z kierunkiem zwiedzania, i to jeszcze ze słuchawkami na uszach. Zdecydowanie lepiej się poczuł, podczas zwiedzania tarasów. Przestrzeń, zieleń i wolność, od audioprzewodnika. Aby  pokrzepić się przed wizytą w palmiarni, wybraliśmy się do kawiarni, która mieści się zarówno na zamku, jak i na pięknych tarasach, Jako, że pogoda dopisała, nie było innej opcji, siadamy w cudownych tarasach. Moje szczęście dopełniła różana herbata i torcik Księżnej Daisy. Kiedy go zamawiałam, miła pani, powiedziała, że akurat się skończył i nie widać go w ladzie, ale za moment będzie dostawa i mogę do zamówić. Zamówiłam, pełna niepewności. Ja przecież nie lubię tortów, a tym bardziej torcików niespodzianek! Ale kiedy dostaliśmy zielone cudo na talerzykach, po prostu zabrakło mi tchu! To było coś przepięknego. A w smaku? Poezja! Wyobrażałam sobie Księżną Daisy, jak zajada się tym ciastem, i popija je różaną herbatką. Wszystko oczywiście dzieje się w pięknych tarasowych ogrodach. Ach, odczucia były niesamowite. Zielone ciasto, malinowa wkładka, chrupiący kokosowy akcent, i lekki śmietankowy krem.Ciasto, chociaż jest tortem, nie jest ciężkie. Nie jest też przesadnie słodkie, acz cudownie wyważone. Kiedy mój mąż chciał zamawiać kolejny kawałek, musiałam mu obiecać, że jak tylko wrócimy do domu, odtworzę ten smak. Zrobiłam ten tort, pamiętając smaki i zapachy. To moja wersja torciku Księżnej Daisy, zróbcie ten torcik na ten jesienny już weekend. Poczujecie się jak podczas urlopu, jak podczas zwiedzania zamku. Zapraszam, częstujcie się!





Składniki:

Ciasto:

4 jajka

2 szklanki mąki pszennej 

1/3 szklanki oleju

100 gramów erytrytolu

Paczka mrożonego szpinaku ( 450 gramów)

1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

2 łyżeczki proszku do pieczenia

Poncz:

3 łyżki wody

2 łyżki soku z cytryny

Żelka malinowa:

500 gramów świeżych malin

2 łyżki żelatyny

5-6 łyżek erytrytolu

100 ml zimnej wody


Krem:

400 ml śmietany 30 %

250 gramów serka mascarpone

12 pralinek Rafaello

1 paczka usztywniacza do śmietany


Dodatkowo:

maliny do dekoracji


Mrożony szpinak, przekładam na sitko i  przelewam wrzątkiem. Następnie przekładam do kielicha blendera i miksuję na jednolity mus. 

Piekarnik rozgrzewam do 185 stopni.

W dużej misce miksuję jajka z erytrytolem ( można użyć cukru), masa powinna 3-krotnie zwiększyć objętość i mieć niemal biały kolor. Dodaję wanilię i partiami olej, dalej ubijam, dodaję też mus szpinakowy i miksuję. Następnie dodaję partiami mąkę  z proszkiem do pieczenia, miksuję do połączenia się składników. 

Tortownicę wykładam papierem, wylewam ciasto i piekę je 45-50 minut, do suchego patyczka. Ciasto studzę. 

Kiedy ciasto się piecze szykuję żelkę malinową. Owoce przepłukuję na sitku, rozgniatam je tłuczkiem do ziemniaków  z erytrytolem. Żelatynę zalewam zimną wodą i odstawiam na 10 minut, do napęcznienia. Następnie miseczkę z żelatyną podgrzewam w mikrofalówce przez 45 sekund, masa nie może się zagotować. Do masy malinowej, dodaję żelatynę, dokładnie mieszam. Dno tortownicy wykładam folią spożywczą, wykładam masę malinową, wyrównuję. Chłodzę w lodówce, przez godzinę. 

Przestudzony biszkopt szpinakowy, przekrajam na dwie części. Z wierzchniej części ucinam wierzch i go kruszę na okruchy. 

Szykuję poncz i nasączam nim dolny płat ciasta. 

Śmietankę ubijam na sztywno, pod koniec dodaję usztywniacz do śmietany. Kiedy masa jest dobrze ubita, dodaję serek mascarpone, miksuję przez chwilę. Kruszę pralinki kokosowe i dodaję do masy. 

Dolny blat ciasta wkładam do tortownicy, układam na nim połowę masy śmietankowej z pralnikami, wyrównuję. Teraz czas na żelkę, wykładam ją na krem - do góry nogami, tak aby na wierzchu była folia, zdejmuję ją i przykrywam żelkę kolejnym blatem ciasta. Wierzch ciasta smaruję pozostałym kremem, posypuję okruchami i dekoruję malinami. 

Tort chłodzę minimum dwie godziny przed podaniem. Najlepiej się kroi po nocy spędzonej w lodówce. 


środa, 14 września 2022

Smaki Ołomuńca

 Wracam ponownie do mojej ostatniej podróży. Tym razem zabieram Was do Ołomuńca, pięknego miasta, leżącego 2 godziny  drogi od granicy z Polską. To miasto ma przepiękną Starówkę i mnóstwo zieleni, która aż prosi się o odpoczynek w jej cieniu. Pogoda tego dnia była kapryśna, raz słońce, raz chłodniej. Dobrze, że nie padało! Po podróży udaliśmy się na coś ciepłego do picia. Nasz wybór padł na uroczą kawiarenkę Cafe La Fee,  czyli Prowansję w sercu Ołomuńca. Kawiarnia ma magiczny wręcz ogródek, który musicie odwiedzić i zanurzyć w jego pięknie. Jest natrojowo i tak relaksująco, że ciężko wyjść! W tej kawiarni zjecie śniadanie, spałaszujecie ciacho, i wypijecie różne napoje. My wybraliśmy Flat White i napar imbirowo-miętowy z miodem. Ten napar genialnie rozgrzewa, coś czuję, że to będzie mój jesienno-zimowy hit. Aż zamrożę moją ogródkową miętę, by móc robić sobie taki napar. Solidna porcja prostej przyjemności. Nieco żałowałam, że byłam solidnie najedzona po śniadaniu, bo zjadłabym jakieś pyszności z karty. A tak pozostało nam poprzestać na napojach, aczkolwiek wiem jedno, wrócę tam kiedyś na apetyczne makaroniki i tosty francuskie!




Podczas długiego spaceru, posililiśmy się pysznymi trydelnikami.  Mocno cynamonowe, gorące i pachnące, umilały mi drogę po Ogrodzie Botanicznym. Jako, że spacer był wyjątkowo długi,  zaczęliśmy szukać miejsca na obiad. Co ciekawe, w mieście pełno jest knajp azjatyckim i hinduskich. Dużo burgerów, kuchni greckiej czy włoskiej. Tradycyjny czeski gulasz, jest chyba mniej popularny, ale znaleźliśmy przyjemną knajpkę, dzięki opiniom w internecie. Sama bym pewnie do niej nie zaszła, bo jest niby na Rynku, ale jednak odrobinkę w bok. Lokal jest usytuowany w zabytkowej kamienicy, ale wewnątrz jest naprawdę nowocześnie. Obsługa od razu wskazuje wolny stolik, a musicie wiedzieć, że nie było ich zbyt dużo, tych wolnych. W porze obiadowej bywa tłoczno! Zdecydowaliśmy się na typowe dania dla kuchni czeskiej. Był więc  wołowy gulasz z knedliczkami oraz pieczona karkówka ze szpinakiem i czymś a la kopytka. Ku mojemu zdziwieniu, nie minęło pięć minut, a obiad pojawił się na stole. Gulasz był lekko pikantny, z wyraźnym piwnym akcentem. Knedliczki były genialne, a ich ilość po prostu przytłoczyła, nawet mój wielki apetyt! Jeżeli mam się do czegoś przyczepić, to pokroiłabym wołowinę na mniejsze kawałki, mięso było pyszne, ale momentami zbyt twarde. Co do karkówki, to była w punkt. Szpinak był naprawdę smaczny, a kopytka oryginalne i pyszne. Co ciekawe, w zeszłym roku też byłam w Czechach i ceny nie wzrosły. Za dwa dania główne, jedną kawę, herbatę i bezalkoholowe piwo, zapłaciliśmy 100 zł i 40 groszy. Najedliśmy się tak, że nie było już mowy o kolacji! Serdecznie polecam, osobiście uwielbiam solidny gulasz z knedlikami, a ten był naprawdę smakowity.









poniedziałek, 12 września 2022

Pulchne, owsiano-jogurtowe pankejki z owocami

 Witam się z Wami w nowym tygodniu i z domowych pieleszy. Nasz wyjazd w weekend dobiegł końca, co z jednej strony nieco mnie smuci, a z drugiej nic a nic nie smuci. W końcu domu czekał na nas stęskniony ( wiem, że nie, ale się łudzę) kociak, oraz moja kuchnia. Uwielbiam gotowanie, tak samo, jak schodzenie na śniadanie, które ktoś już mi przygotował. W naszym hotelu mieliśmy pyszne bufety śniadaniowe, ale wiecie czego mi brakowało? Słodkości porannych w postaci placków czy naleśników. Były owoce, murzynek i dżemy. Raz podano pyszne gofry. Jajecznica była wybitna, ale brakowało mi porannych placuchów! Dlatego zaraz po powrocie zrobiłam puszyste pankejki! Bez obaw, bez cukru, za to z wartościową mąką owsianą. Placki są puchate, mięciutkie i takie pyszne. Do tego z pysznymi owocami. To wspaniałe śniadanie, które śmiało możecie zabrać z sobą do lunchboxa, albo dać dzieciom na drugie śniadanie. I to bez żadnych wyrzutów sumienia. To co? Gotowi na nowy tydzień? Mam nadzieję,że dzisiejszy poniedziałek w pracy, będzie dla mnie łaskawy i spokojny! I tego Wam życzę!



Składniki:

2 jajka

200 gramów mąki owsianej

50 gramów mąki pszennej

100 gramów jogurtu naturalnego

150  ml mleka

2 łyżki roztopionego masła

1 łyżeczka proszku do pieczenia

Szczypta soli

Ekstrakt waniliowy

Dodatkowo: 

Ćwierć melona

1 duża brzoskwinia

1 banan

2 łyżki miodu




Owoce myję, kroję na kawałki, polewa miodem i chłodzę. 
Wszystkie mokre składniki- mleko, jajka, masło, wanilię i jogurt dokładnie miksuję. Do masy dodaję mąkę, sól i proszek do pieczenia, miksuję przez moment, tylko do połączenia składników. Odstawiam na pół godziny. 
Rozgrzewam patelnię do naleśników. Smażę placuszki. Podaję z  owocami i miodem. 

sobota, 10 września 2022

Smaki Gór Sowich. Srebrna Góra

 Wróciłam z mojego wrześniowego urlopu, w tym roku odwiedziłam cudowne i zupełnie mi nieznane Sudety i okolice. Miejsce okazało się strzałem w dziesiątkę. Było przepięknie. Góry czyli Sudety, są chyba mniej znane, mniej zatłoczone, a oferują tak wiele. Począwszy od widoków i miejsc do wędrówek, po dziesiątki tajemni. Dodatkowo to rejon zachwycających zamków i pałaców i setek zabytków do zwiedzenia. Pełno to twierdz, podziemnych schronów i kopalni. Ten rejon jest naprawdę magiczny i ma ogrom rzeczy do zaoferowania. Również kulinarnie. To co? Sprawdzamy co można zjeść?

Naszą bazą była Srebrna Góra, piękna, mała miejscowość, będąca idealną bazą wypadową do okolicznych atrakcji. Jako, że miasteczko jest naprawdę malutkie, nie ma tutaj zbyt wiele miejsc by zjeść. W sezonie wakacyjnym jest kilka lokali, gdzie można zjeść, maszerując na Twierdzę.  Ale jest perełka, a dokładnie to Górska Perła. Wyjątkowo niepozorny lokal, któremu warto dać szansę. Tak, nie jest to miejsce, które dostałoby 5 gwiazdek za styl, ale to szczere, uczciwe i pyszne miejsce, Takie miejsce, gdzie za syty obiad dla dwóch osób, z napojami zapłaciliśmy niewiele ponad 50 złotych. Wszystko podane dość szybko, po niespełna kwadransie zajadaliśmy danie główne. Placki były wprost idealne, takie jakie robi moja babcia. Bez mąki, niesamowicie wręcz chrupiące, i co ważne, nie były one nic a nic tłuste. Po prostu placki idealne. Drugim wybranym przez nas daniem, był gulasz i kluski śląskie z surówkami. Świetne kluski, bardzo udany gulasz i świeżutkie surówki. Po prostu obiad, jak domowy! Oczywiście wróciliśmy, mąż wyjątkowo chwalił pstrąga i pałaszował go dwa razy, ja zaś mogę polecić schabowego, dokładnie jak u mamy! I wielki plus za zupkę pomidorową, niezabielaną śmietaną, to lubię. Wracałam na nią aż trzy razy. Tak samo urzekły mnie ruskie pierożki, babcine, domowe, bardzo uczciwe. 











Dom Pod Twierdzą. To tutaj spaliśmy, budynek jest częścią Twierdzy, to dawne koszary, zdecydowanie czuć tutaj ducha przeszłości, w końcu te mury mają ponad 300 lat. Śniadania bardzo nam smakowały, najbardziej gofry i idealna jajecznica. Ale wpadaliśmy tam również na obiad. Podobało mi się to, że wracam zmęczona, z kolejnej wycieczki i schodzę  w klapeczkach na dół i już  mogę zajadać. Karta jest mała, bazuje na daniach, które są pewniakami. Mamy trzy rodzaje kotletów schabowych, dwa rodzaje piersi z kurczaka, placki ziemniaczane, pierogi, czy sałatki. Są również dwa rodzaje makaronów, czy polędwiczki w sosie grzybowym. Testowaliśmy cztery dania i zdecydowanie najlepszy był makaron z sosem szpinakowym. Danie proste, a pełne smaku. Niesamowicie kremowe i sycące. Pyszny był również schabowy z kością, ja wybrałam do niego kluski śląskie  i surówki. Samo mięso było idealnie usmażone i pokryte pyszną panierką. Smakowita była również polędwiczka w sosie grzybowym. Grillowana pierś z kurczaka była niesamowicie soczysta, choć odrobinkę zbyt pieprzna w naszym odczuciu. Dania były podane apetyczne, choć na swój obiad trzeba nieco poczekać, bo wszystko jest robione na bieżąco. Polecam to miejsce, zarówno jako hotel, jak i jako miejsce na obiad, podczas wizyty w Twierdzy Srebrna Góra, albo w okolicy. Myślę, że zarówno wnętrze, jak i smaki, będą Wam odpowiadać. 





Górska Perła, Kolejowa 6, Srebrna Góra

Dom pod Twierdzą, Górne Miasto 1C, Srebrna Góra

czwartek, 8 września 2022

Szakszuka z fetą

 Witam się śniadaniowo. Dziś będę Was kusić przepisem na szakszukę. Podstawowy przepis jest naprawdę łatwy, a smak świetny. Ale, co byście powiedzieli by dodać fetę do znanego przepisu? I już mamy nowe danie! Banalnie proste, a jakie smakowite śniadanie. Ale nie tylko śniadanko, może to być również obiad, albo kolacja. Wybór pozostawiam Wam. Nieważne kiedy będziecie ją jeść, będzie Wam smakować. Tradycyjny smak podkręca słona i wyrazista feta. To naprawdę pyszne i wyjątkowo sycące śniadanie. Do tego bardzo proste i szybkie w wykonaniu. Oczywiście, najlepiej smakuje ze świeżym pieczywem. Przetestowałam je w górskich okolicznościach, ma się po nim siłę by bez problemu wdrapać się na górę i ładnie z niej zejść. A potem jeszcze urządzić sobie solidny spacer. 23 tysiące kroków na liczniku i zero zmęczenia. Mówcie co chcecie, jak dla mnie tak działa magia śniadania. Solidnego, pełnego białka i dobrej energii. To co? Robicie w weekend szakszukę  i ruszacie na wycieczkę?






Składniki:

4 jajka

3 pomidory

80 gramów sera Feta

2 ząbki czosnku

1 cebula

Duża garść posiekanej kolendry, albo pietruszki

1 łyżka oliwy

Kawałek ostrej papryczki

Kmin rzymski-pół łyżeczki

Słodka papryka- łyżeczka

Sól

Pieprz



Pomidory parzę wrzątkiem i obieram ze skórki. Kroję drobno czosnek i cebulkę. Fetę kroję w dużą kostkę, a papryczkę drobniutkie paski. 

Rozgrzewam oliwę na patelni. Podsmażam czosnek z cebulą przez 2 minuty, następnie dodaję pomidory, wszystkie przyprawy i papryczkę chilli, duszę warzywa 6-7 minut. 

Teraz czas wbić jajka, danie posypuje kawałkami fety doprawiam ją  pieprzem, przykrywam pokrywką i duszę 5-6 minut. Szakszukę podaję z kolendrą i świeżym pieczywem. 

poniedziałek, 5 września 2022

Zapiekanka ziemniaczana z mięsem mielonym

 Dziś zapraszam Was na pyszny obiad! Serwuję Wam zapiekankę ziemniaczaną z mięsem mielonym. Danie syte, ale niezbyt ciężkie. Na nadchodzącą jesień będzie idealne. Do tego, co najlepsze, świetnie się je odgrzewa, i warto zrobić więcej tej pysznej zapiekanki. Muszę przyznać, że smakuje odrobinę podobnie do lazanii. Taka polska, swojska wersja z ziemniakami. Powiem Wam szczerze, to pyszne danie, które chce się jeść i jeść. Nawet kilogramami! No dobrze, może nieco przesadzam, ale naprawdę byłam zaskoczona tym smakiem. Z ciekawostek, to danie powstało z okazji czyszczenia lodówki. Przed wyjazdem chciałam wyjeść nadmiar warzyw, czyli paprykę, seler naciowy i ziemniaki. Miałam też nadmiar sera i zapomniany kubeczek śmietanki kremówki, która miała dwa dni do końca daty ważności. W zamrażarce szukałam zaś miejsca na maliny, które u teściowej zaczęły dojrzewać jak na zawołanie. Musiałam więc wyjąć mięso. I tak oto, z kompletnego przypadku, powstało wspaniałe danie. Wydaje się nieco pracochłonne, ale zdecydowanie takie nie jest. Ziemniaki możecie śmiało ugotować dzień wcześniej, skraca to czas przygotowania zapiekanki. Mam nadzieję, że przepis przypadnie Wam do gustu i już dziś przygotujecie tę zapiekankę. 


 





Składniki na 4-5 porcji obiadowych:

Baza:

1 kg ziemniaków

2 łyżki przyprawy do ziemniaków

Nadzienie:

0,5 kg mięsa mielonego z szynki

1 papryka

4 laski selera naciowego

3 ząbki czosnku

2 pełne łyżki koncentratu pomidorowego

1 łyżka oleju

1 łyżka słodkiej papryki

1 łyżeczka ostrej papryki

1 łyżeczka suszonej bazylii

1 łyżeczka suszonego oregano

Sól

Pieprz

Sos:

1 jajko

250 ml śmietanki 36 %

100 gramów tartego sera żółtego

1 szczypta mielonej gałki muszkatołowej

Sól

Pieprz


Ziemniaki obieram i gotuję 15 minut. Kroję w plasterki. 

Czosnek kroję w  plasterki. Paprykę w grubsza kostkę, a selera w półplasterki.

Rozgrzewam olej na patelni, podsmażam czosnek razem z selerem przez 2 minuty, dodaję mięso. Mięso doprawiam wszystkimi przyprawami, smażę aż mięso zmieni kolor, dodaję wtedy paprykę i smażę 3 minuty, wtedy też dodaję koncentrat, mieszam i odstawiam na bok. 

Do miski wlewam śmietankę, wbijam jajko i dokładnie mieszam, dodaję ser, sól,pieprz i gałkę. Łączę składniki delikatnie mieszając. 

Piekarnik rozgrzewam do 190 stopni.

Formę do pieczenia wykładam papierem ( można użyć również naczynia do zapiekania). Układam na dnie warstwę ziemniaków i posypuję je obficie przyprawą, wykładam całe mięsne nadzienie i przykrywam pozostałymi ziemniakami. Danie polewam sosem. Zapiekankę piekę 25 minut, aż ser się ładnie zezłoci. 

Podaję od razu po przygotowaniu. 

Zapiekankę można śmiało odgrzewać następnego dnia. 

czwartek, 1 września 2022

Babeczki makowo-cytrynowe

 I mamy wrzesień. Jako dziecko, w szkolnych czasach, 1 września oznaczał koniec lata, koniec wakacji i powrót do codziennej rutyny. Oj, bywało ciężko! W czasach studenckich, wakacje trwały do października, ale nie wiem czemu, wraz z 1 września, czułam, że minęło lato. A teraz? Tak samo czuję koniec lata, wraz z początkiem sierpnia. Chociaż jutro jadę na swój urlop, to mam dziwne wrażenie, że będzie to już jesień. W każdym razie, aby osłodzić sobie i Wam, ten czas, przygotowałam babeczki. Najlepsze babeczki makowo-cytrynowe. Co je wyróżnia? Cudowna konsystencja i niesamowity smak. Te babeczki wyszły po prostu przepyszne. A wszystko dzięki temu, że zostawiłam ciasto na 40 minut w spokoju. Proszek do pieczenia zrobił swoje, babeczki wyszły niezwykle puszyste, idealnie wyrośnięte i genialne w smaku. Mogą być zarówno świetnym deserem, jak i pysznym drugim śniadaniem. W sam raz na początek szkoły. Ja na pewno wezmę je z sobą w podróż, w końcu przede mną 7 godzin jazdy autem. Zróbcie je już dziś, są banalnie proste i z pewnością, chętnie pomogą przy ich pieczeniu najmłodsi. Oczywiście, jeżeli nie macie małych uczniów w domu, też je upieczcie. Aby umilić sobie początek września. Zapewniam, na jednej babeczce się nie skończy. Coś czuję, że to  będzie Was ulubiony przepis na makowe babeczki, z wyraźną, cytrynową nutą. 

To co kto je piecze? Ja tymczasem będę dziś myśleć, jak spakować się na tydzień, w jedną małą torbę?





Składniki:

1 duże jajko, albo 2 małe

100 gramów jogurtu greckiego

200 ml mleka

80 ml oleju rzepakowego

300 gramów mąki pszennej

6 łyżek maku

10 łyżek erytrytolu

1 duża cytryna

1 łyżeczka proszku do pieczenia

Lukier:

4 łyżki cukru pudru

3 łyżki soku z cytryny


Wszystkie składniki muszą być w temperaturze pokojowej. 

Cytrynę parzę wrzątkiem, ścieram skórkę, wyciskam sok. 

Do miski przekładam mleko, olej, sok z cytryny, jajko i jogurt, mieszam. Do płynnych składników dodaję erytrytol ( albo cukier), mąkę, proszek do pieczenia, skórkę z cytryny i mak. Mieszam przez chwilę szpatułką, tylko do połączenia się składników. Zostawiam ciasto na 40 minut. 

Rozgrzewam piekarnik do 185 stopni, napełniam foremki do babeczek do 3/4 wysokości. Piekę babeczki 8-10 minut w 185 stopniach, następnie zmniejszam temperaturę do 170  stopni i dopiekam kolejne 8-10 minut. 

Kiedy babeczki się studzą, ucieram lukier, polewam nimi babeczki. 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...