Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

niedziela, 20 stycznia 2019

Knedle z konfiturą

Życie ma to do to siebie, że nawet jak stanie na chwilę, to za chwilę znów toczy się dalej. Brutalne, ale prawdziwe.
Ostatnie dni, ostatni tydzień, był bardzo ciężki dla Gdańska. Atmosferę żałoby, smutku i rozpaczy, czuć było w powietrzu jak nigdy wcześniej. Wiele osób się mnie pytało, jak to jest możliwe, że my go tak żegnamy, że my go tak kochaliśmy? Nie wiem. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego takie tłumy, stały całą noc pod ECS-em, by przez 5 czy 10 sekund pokłonić się przed Swoim prezydentem? Im dłużej tutaj mieszkam, tym bardziej odczuwam wyjątkowość tego miejsca. Niektórzy powiedzą, że przemawia przeze mnie lokalna duma ( na marginesie wychodzi mi uszami), ale tak właśnie jest. I prezydent Adamowicz miała świętą rację, Gdańsk to wyjątkowe, najwspanialsze miejsce na świecie. I jestem strasznie dumna, że mogę się siebie nazwać gdańszczanką. I mam na to papiery :) W ostatnich dniach żal mieszał mi się z  dumą.
Gotowanie zeszło na dalszy plan. Chyba nigdy nie zjadłam takiej ilości garmażeryjnych pierogów! Ale wczoraj poczułam w sobie przypływ kuchennych sił. Przygotowałam knedle, domowe, twarogowe. Nadziałam je mieszanką truskawkowej  i śliwkowej konfitury.


Składniki:
0,7 kg półtłustego twarogu mielonego ( nie z wiaderka)
2 małe jajka
4 łyżki kaszy manny
2 łyżki mąki pszennej
Ekstrakt waniliowy
Po kilka łyżek domowej konfitury truskawkowej  i  śliwkowej

Do podania:
3 łyżki klarowanego masła
2 łyżki bułki tartej
1 łyżka mielonych migdałów
Szczypta cynamonu


Oddzielam białka od żółtek. Białka ubijam na sztywną pianę.
W miseczce łączę dokładnie dwa rodzaje konfitury.
Żółtka łączę z wanilią, dokładnie ukręcam, dodaję partiami twaróg, kaszę i mąkę, ucieram. Na koniec dodaję pianę z białek. Masa powinna być dość rzadka, ale powinno się dać formować z niej knedle. Nabieram kawałki ciasta, lekko rozciągam, łyżeczką kładę porcję konfitury ( niezbyt dużo), formuję kulkę i dokładnie zlepiam.
Knedle wkładam do wrzątku i gotuję około 5 minut.
Na patelni podsmażam masło, dodaję bułkę tarta, migdały i cynamon. Polewam gorące knedle posypką.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Dziękuję!

Dziś nie będzie przepisu. Będzie podziękowanie. Podziękowanie dla osoby, która przez ostatnie ponad 20 lat, zmieniała mój Gdańsk. Moje miasto. Dziękuję za te zmiany. Za piękne miasto. Za hale gdzie szaleję na koncertach. Za teatr, gdzie spędzam piękne chwile. Za ścieżki rowerowe, którymi sunie moja przyjaciółka. Za nowoczesne, piękne, otwarte, gościnne miasto.
20 lat. To większość z mojego 30 letniego życia. Był Pan zawsze uśmiechnięty, dumny z miasta i życzliwy mieszkańcom.
Dziękuję. Gdańsk to Pana Największy Pomnik!!!


piątek, 11 stycznia 2019

Pani Walewska

Do kremowych ciast podchodzę jak do jeża. A już szczególnie do tortów. Nie mam do nich wielkiej sympatii. Ale bywają takie momenty kiedy własna mama ogłasza, że ma ochotę na jakieś kremowe ciacho. I trzeba schować swoją niechęć głęboką i przygotować ciasto tortowe, albo kremowe. Tym razem chciałam spróbować czegoś czego jeszcze nie robiłam i nie jadłam. Kusiła mnie jakaś nowość, z zastrzeżeniem, że nie powinno być tam za wiele bitej śmietany. Przypadkiem natrafiłam na wspomnienie o Pani Walewskiej, deserowi, który wiele osób zna i chwali. Ja zaś kiedy zobaczyłam listę składników, wiedziałam, że to mi z pewnością posmakuje. I tak było.I co najważniejsze, ciasta nie trzeba piec, robi się je prawdziwie błyskawicznie, a jedyną próbą jest oczekiwanie. Ciasto jest bowiem najlepsze po 12 godzinach w lodówce. Niestety, ciasto było sylwestrowym deserem, więc nocne zdjęcia po przekrojeniu nie wyszło.A na drugi dzień.... Na drugi dzień nic nie zostało. I  tak przyznaję, mi samej trudno było poprzestać na jednym kawałku. Ten smak uzależnia.


Składniki:
około 30 herbatników pełnoziarnistych
500 ml mleka
2 paczki budyniu śmietankowego
2 żółtka
100 gramów masła
8 łyżek porzeczkowej konfitury
10 bez
2 łyżki płatków migdałowych

Odlewam 200 ml mleka, resztę zagotowuję. W reszcie mleka roztrzepuję proszek budyniowy, dodaję dwa żółtka, masę przelewam do gotującego się mleka. Gotuję gęsty budyń, studzę 10 minut.
Poprażam płatki słupki migdałowe na suchej patelni.
Kroję masło na małe kawałki, dodaję do budyniu, dokładnie ucieram masę. Odstawiam na kwadrans.
Formę do pieczenia ( polecam z ruchomym dnem) wykładam papierem do pieczenia, układam warstwę herbatników. Smaruję ją połową konfitury, na to kładę 1/3 porcji kremu, wciskam w krem kilka pokruszonych bez. Powtarzam kolejną warstwę- herbatniki-konfitura-krem-bezy. Następnie znów układam warstwę ciastek, na to resztę kremu budyniowego. Wierzch posypuję bezami i migdałami.
Ciasto chłodzę przez minimum 12 godzin w lodówce.

środa, 9 stycznia 2019

Bistro Familia

Zimowy spacer po centrum Gdańska. Świąteczne dekoracje cieszą oczy. Lekki mróz, dużo ludzi, wolny dzień, rodzinna niedziela. I nagle robi się pora obiadowa. I dopada głód, od razu całą rodzinę i trzeba szukać miejsca idealnego na obiad. W naszej stałej miejscówce znów była wielka kolejka, więc ruszyliśmy dalej. Nogi poniosły nas do Bistro Familia, czyli miejsca, gdzie rządzi kuchnia litewska.

Nie oszukujmy się, kiedy dwójka dziadków to Litwini, pojęcie o litewskiej kuchni się ma. I nie da się wcisnąć sobie kitu, że zeppeliny mają mieć w środku mięso gotowane, tak jak i kołduny. Tata kiedyś był w tej knajpce, pozytywnie ocenił jej babkę ziemniaczaną, ale bądźmy szczerze, mój tata zje wszystko. No może prawie wszystko, ale na pewno zje wszystko to co z ziemniaków, co ma w sobie dodatkowo boczek i śmietanę. Ale do konkretów. Lokal jest dość mały, latem to nie problem, przed bistro jest bowiem spory ogródek, gdzie można spokojnie usiąść. Zimą miejsca jest mało, mimo wszystko jest przytulnie, rodzinnie i domowo. Siadamy przy jedynym wolnym stoliku przy oknie. Za nim pada śnieg i jest naprawdę pięknie. Stolik jest mały, i ciężko ogarnąć na nim wszystkie karty, każda osoba dostaje bowiem po 3. Są to karta sezonowa, karta stała i karta napojów. Nie bez problemów w końcu decydujemy się na barszcz z kołdunami, zeppeliny, manty z 3 farszami do wyboru i kibiny. Zostało czekanie.


O ile w karcie podano, że na zeppeliny czeka się około 30 minut, to naprawdę czekaliśmy tych minut 50. Większych pretensji nie mam, sama robiłam zeppeliny sporo razy i wiem,że muszą się podgotować, ale 50 minut to naprawdę sporo. Więc jeżeli marzy się Wam ten tradycyjny przysmak, to lepiej zamówcie zupę, czy inną przystawkę i uzbrójcie się w cierpliwość. Barszcz okazał się bardzo dobry, lekko pikantny, a uszka uczciwe, domowe, pełne dobrego farszu. W końcu nadszedł czas na dania główne. Zeppeliny były bardzo dobre. Nie oszukujmy się, nie są takie jak u cioci Teci, no, ale ciocia jest tylko jedna. Farszu było bardzo dużo, idealnie doprawiony i do tego naprawdę smaczne ciasto. Jedyny minus to sos do zeppelinów. Śmietana ze skwarkami oblewała solidnie mięsne kluski. Moim zdaniem sos powinien być podany osobno, w ogóle osobno powinna być śmietana i skwarki, nie każdy lubi taki miks. A po drugie sosu było za dużo. Jako, że nie znoszę śmietany, cieszyłam się, że wzięłam manty. Manty, czyli duże drożdżowe pierogi gotowane na parze. Do wyboru kilkanaście rodzajów nadzienia, warto więc wybrać opcję zmiksowania smaków. Ja wybrałam nadzienie klasyczne ruskie, z mięsem wołowo-wieprzowym, oraz ze szpinakiem, kurczakiem i fetą, a do tego sos tzaziki.  Ruskie było przesolone, chociaż miało idealne proporcje twarogu w stosunku do ziemniaków. Mięsne było bardzo dobre, ale najlepsze ostatnie, czyli szpinakowe. Wyraźne w smaku, z duża porcją świeżego szpinaku, a nie papki o kolorze zgniłej zieleni. Do tego duże kawałki pieczonego kurczaka. Pycha. Kibiny czyli pieczone pierogi były nieco mniejsze niż manty, i też mamy do wyboru kilkanaście smaków, które warto spróbować. Zamówione były wołowo-wieprzowe, mięsne z ogórkiem konserwowym, oraz po meksykańsku, do całości podany był sos koperkowy. Pierogów z ogórkiem nie było, pojawiły się przez pomyłkę szpinakowe, dobre, ale podano je osobie, która szpinaku nie znosi. Najlepsze okazały się tutaj ostre i wyraziste meksykańskie. Ciasto zaś było świetne, kruche, idealnie wypieczone. Do tego surówki, świeżo robione, domowe, z marchewki i czarnej rzepy. W zalewie tartych buraczków i kiszonej kapusty jest to bardzo miła odmiana.

Ogólnie po wizycie byłam bardzo najedzona, poczułam się jak podczas wizyty u rodziny w Kownie. Było smacznie, rodzinnie. Kelnerki bardzo życzliwe i sympatyczne, bistro to rodzinna knajpa, i to zdecydowanie czuć. Z pewnością do niej wrócę, bo kilka pozycji z menu, zdecydowanie domaga się bliższej uwagi!
Bistro Familia, ulica Garbary 2/4, Gdańsk







poniedziałek, 7 stycznia 2019

Placki piernikowe z czekoladą

Placuszkowa byłam od zawsze. To dla mnie genialny pomysł na śniadanie, obiad i kolację. Tym razem przygotowałam sobie placki na kolację. Ciągle w zimowo-świątecznym klimacie, bo o piernikowym smaku z czekoladą i mandarynkami. Czyli genialne połączenie świątecznych smaków w pysznych plackach. Takie przedłużenie świątecznej atmosfery. Bo jak zwykle przygotowań było co niemiara, a święta jak zwykle minęły zdecydowanie zbyt szybko. Ale na szczęście takie śniadanie przywołuje miłe chwile, i wprowadza mnie w bardzo dobry nastrój od samego poranka. I łatwiej jest wrócić do pracy i codziennych obowiązków. Albo do zdrowia. Nowy Rok zaczęłam bowiem chorująco.


Składniki:
1 duże jajko
1 łyżeczka przyprawy piernikowej
6 łyżek mąki orkiszowej
4 łyżki mleka ( u mnie migdałowe)
Szczypta proszku do pieczenia
4 kostki posiekanej mlecznej  czekolady
1 mandarynka
Klarowane masło

Jajko ucieram z przyprawą do piernika i mlekiem. Dodaję mąkę i posiekaną czekoladę. Odkładam na kilka minut.
Rozgrzewam masło, łyżką formuję średniej wielkości placuszki, smażę po 2,5 minuty z każdej strony. Podaję z mandarynką. Można posypać cukrem pudrem.



czwartek, 3 stycznia 2019

Zimowe kokosanki

Moja siostra od kilku miesiącu chodziła za mną i prosiła o kokosanki. No i tak prosiła, i prosiła, że dałam się namówić. Co prawda kazałam jej czekać całą jesień, ale w końcu się doczekała! Kokosanek nigdy nie robiłam, owszem bardzo lubię smak kokosa, ale nie na tyle, by namiętnie kupować kokosanki. Zresztą często te z piekarni, są suche w środku i przez to mało smaczne. Ja lubię takie, które są z zewnątrz kruche, a w środku delikatnie wilgotne, ciągnące się, lekkie, aksamitne, a nie przesuszone bezy. W końcu jednak nadszedł ten dzień, ten poranek, kiedy rano wstałam i powiedziałam sobie - robię kokosanki. Ten przepis jest bajecznie prosty. Trzeba tylko pamiętać o kilku zasadach, piec ciastka od razu po wyłożeniu na blachę i bardzo dobrze rozgrzać piekarnik. A reszta zrobi się prawie sama. Kto lubi kokosowe nadzienie w batoniku Bounty, ten będzie w niebie. Te kokosanki tak właśnie smakują! Do tego są otulone solidną warstwą cukru pudru, która wygląda niczym śnieg. Znikają błyskawicznie, szczególnie polecam je w śnieżne i mroźne wieczory.Z kubkiem gorącej czekolady są słodką rozpustą.A za moim oknem po wczorajszej śnieżycy jest magicznie. Biało aż po horyzont!


Składniki:
2 białka
1 cała szklanka wiórków kokosowych
5 łyżek cukru
Ekstrakt waniliowy
125 gramów masła
4 łyżki mleka
3 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżki cukru pudru

W garnuszku z grubym dnem roztapiam masło z cukrem i wanilią, dodaję wiórki kokosowe i chwilę całość podgrzewam, dolewam mleko i zostawiam do całkowitego wystudzenia. Następnie dosypuję mąkę ziemniaczaną.
Białka ubijam na sztywną pianę. Dodaje do masy kokosowej, delikatnie mieszam. Masa być  bardzo gęsta.
Blachę wykładam papierem do pieczenia, łyżką formuję kokosanki z górką na wierzchu. Piekę ciasteczka 12-14 minut w 190 stopniach. Po przestudzeniu obficie posypuję cukrem pudrem.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...