Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

niedziela, 30 września 2018

Fanaberia. Sopot

Sopot. Jako dziecko uwielbiam. Godzinami mogłam spacerować po Molo-wtedy bezpłatnym. Mam takie piękne zdjęcie, siedzę w spódniczce - żółta w czarne w kropki, mam niebieski sweterek i biały kapelusik ( to był 92 rok, więc sami rozumiecie ten miks), za mną stoi dziadek. Patrzy daleko w morze, a ja uśmiecham się do aparatu. Dokładnie pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj....
Dzisiejszy Sopot, to jednak już zupełnie inne miasto. Mekka imprezowiczów, jest głośno, bardzo tłocznie i męcząco. A do tego okropnie brudno. Owszem, są enklawy ciszy i spokoju, ale mieszczą się one bardzo daleko od centrum i w zasadzie skupiają się tylko w okolicy jednego wejścia na plażę. Zdecydowanie wolę zimowy spacer po Sopocie, jest spokojnie, cicho, pięknie. Ale niestety, czasem muszę odwiedzić Sopot w sezonie. Przebijam się wtedy przez dziki tłum turystów i sprzedawców wszystkiego. Okazją do Sopockich odwiedzin był pewien Festiwal Literacki, który za siedzibę wybrał sobie właśnie to miasto. Wiadomo, sama literaturą  dość ciężko się najeść- choć to jedna z najlepszych duchowych straw, więc szukałam miejsca na obiad. Wybór padł na okolice dworca, który parę lat temu został gruntownie wyremontowany. W nowoczesnym budynku, mieści się nie tylko dworzec, ale i masa przytulnych knajpek. Czyli w skrócie, jest to wizytówka miasta, a tamtejsze knajpki, to pierwsze z czym styka się turysta, wychodzący z pociągu. Zgodnie z poleceniem mojej siostry udaliśmy się do Fanaberii, czyli naleśnikarni,gdzie mieliśmy najeść się do syta. Czas to sprawdzić.


Wystrój knajpki jest bardzo przyjemny, jak się wejdzie to aż nie chce się wyjść. Jest przytulnie, ale i nowocześnie. Są i duże loże i pojedyncze stoliki, więc każdy znajdzie coś dla siebie. W menu rządzą naleśniki. Te klasyczne, jak i naleśnikowa lazania, naleśnikowe spaghetti, naleśniki zapiekane z sosami. Do wyboru do koloru! Też mieliśmy problem z wyborem. Tym większy, że po czasie okazało się, że zabrakło już gryczanego ciasta na naleśniki, oraz naleśnikowej lazanii. No cóż, wybraliśmy zapiekane naleśniki z mięsem mielonym w sosie pomidorowym, naleśnik po indyjsku i dość tradycyjny z farszem ruskim.

Po jakichś 15 minutach na stole pojawiło się zamówienie. Zapiekane naleśniki wyglądały apetycznie, naleśnik jako placek był całkiem ok, natomiast nadzienie było wyjątkowo suche. Nawet sos z wierzchu nie był w stanie tego zakryć. Zupełnie jakby naleśnik był odgrzewany z 4 razy, zanim trafił na stół. Wypadł więc dość przeciętnie. Naleśnik po indyjsku to miks bardzo aromatycznego mięsa i warzyw. Całość była naprawdę smaczna. Ruskie były zaś najlepsze. Farsz był idealny. Mój zarzut? W naleśniku ruskim nadzienie stanowiło może z 5 procent całości, było go strasznie mało, tak jakby na kuchni bali się, że go zabraknie. Mam nadzieję, że zwykle nadzienia jest więcej. Najlepsza była zaś.... surówka z marchewki. Pikantna, bardzo wyrazista. Zazwyczaj surówki z marchewki są robione na słodko z jabłkiem i śmietaną. Ta zaś była naprawdę rewelacyjna, polana dobrym olejem i posypana pestkami dyni. Dla tej surówki mogłabym odwiedzać Fanaberię co najmniej raz w miesiącu. Ale naleśniki nie zrobiły na mnie ogromnego wrażenia. Aczkolwiek nie mówię, że miejsce jest niesmaczne. Dam mu drugą szansę, kusi mnie naleśnikowe spaghetti. Mam nadzieję, że następnym razem dostanę trochę więcej farszu, a na kuchni nie będzie braków.






Fanaberia, Sopot, ul. Dworcowa 7

czwartek, 27 września 2018

Cynamonowy crumpet z brzoskwiniami

Brytyjska kuchnia ma to do siebie, że nie jest uważana, za najsmaczniejszą na świecie. Zazwyczaj kiedy myślimy o brytyjskich specjałach do głowy przychodzą nam słynne zestawy - ryba plus frytki, albo kiełbaski na śniadanie z pomidorami, fasolką, jajkiem sadzonym i tostami. Niektórzy też wspomną tradycyjny świąteczny pudding, albo niedzielną pieczeń. No i oczywiście słynne truskawki z bitą śmietaną. Zasadniczo myśląc o brytyjskiej kuchni widzimy gotowce i byle jakie jedzenie. A czy próbowaliście śniadaniowego przysmaku, o wdzięcznej nazwie Crumpet? Jeżeli ich nie znacie, to znak, że musicie je sobie przygotować na poranny posiłek. Crumpet to placek, drożdżowy, ale dość oryginalny. Do ciasta nie dodajemy jajek, dajemy za to dodatkowo sodę oczyszczoną. Placki wychodzą dość wytrawne w smaku, wyraźnie drożdżowe, bardzo smaczne. Smakują i na słodko, i na wytrawnie. Ja przygotowałam swoją wersję na słodko. Z cynamonem, a na dodatek dobrałam brzoskwinie, które podsmażyłam na maśle z dodatkiem miodu. Placki są bardzo sycące, i wyjątkowo pyszne. Nie są zbyt skomplikowane, aczkolwiek jak każde drożdżowe ciasto, potrzebują nieco czasu by urosnąć. Ale to jedyna niedogodność. Po prostu sami musicie spróbować.


Składniki:
300 ml mleka
200 gramów mąki pszennej
1 łyżka suszonych drożdży
1 łyżeczka sody
1 łyżka cukru pudru
Szczypta soli
Łyżeczka cynamonu
Masło klarowane

Do podania:
2 brzoskwinie
1 łyżka masła
2 łyżki miodu

Mleko delikatnie podgrzewam przez 3-4 minuty. Dodaję do niego drożdże i cukier, odstawiam na 5 minut.
W misce łączę mąkę z sodą, solą i cynamonem, dodaję drożdżową mieszankę i dokładnie łączę składniki trzepaczką. Ciasto na racuchy zostawiam na minimum pół godziny.
Rozgrzewam masło klarowane, na patelnię wylewam ciasto, formuję małe racuszki. Smażę je aż z wierzchu zrobią się ścięte, przewracam je na drugą stronę i dosmażam niepełną minutę.
Na drugiej patelni rozgrzewam masło, wrzucam pokroje w plasterki brzoskwinie, smażę około 2 minut, dodaję miód, mieszam, zdejmuję z patelni, podaję z racuchami.




wtorek, 25 września 2018

Manna jak Monte

Nie od dziś wiecie, że kto ja kto, ale kaszę mannę to ja bardzo lubię. Tak samo jak kaszkę mannę uwielbiam czytać książki. Nie wiem jak to się stało, ale ostatnio, zupełnym przypadkiem, dwa razy sięgnęłam po zimowe książki. Czyli takie akcja dzieje się w okolicy Świąt, jest biało, mroźno, wszyscy mają złamane serca, a porządna porcja gorącej czekolady z piankami leczy wszystkie smutki. I jak tak sobie poczytałam o tej czekoladzie, to i mi się zachciało. Co prawda nie tej do picia, bo taką piję jedynie późną jesienią i zimą, ale całą sobą pragnęłam czegoś czekoladowego. Wymyśliłam na szybko deser z kaszy manny, jak Monte. Czyli coś czego nie jadłam z tysiąc lat, ale wciąż pamiętam ten smak. Kiedyś podbierałam te deserki mojemu bratu, potem uznałam, że jestem już za duża na te małe pudełeczka. A teraz postanowiłam przygotować sobie Monte po mojemu. Czyli mamy dwie warstwy kaszy, jedną waniliową, a drugą, czekoladowo-orzechową. Coś co taki łakomczuch jak ja, pokocha od pierwszej łyżeczki. Bardzo proste w przygotowaniu, o dwa nieba zdrowsze niż wersja sklepowa. Koniecznie spróbujcie.


Składniki:
6 czubatych łyżek kaszy manny
200 ml mleka
6 kostek gorzkiej czekolady
3 łyżki masła orzechowego
Ekstrakt waniliowy


Mleko podgrzewam w garnuszku, dodaję kaszę mannę i gotuję do zgęstnienia -około 8 minut.
Dzielę kaszę na dwie części, do jednej dodaję wanilię, do drugiej posiekaną czekoladę i masło orzechowe - mieszam, aż czekolada rozpuści się w ciepłej kaszy.
Do szklanych pucharków układam ciemną masę, na nią kładę jasną. Pyszne zarówno na ciepło, jak i na zimno.


niedziela, 23 września 2018

Smoothie-Gruszka-Mango-Biała Herbata

Na urodziny dostałam od kuzynki książkę o koktajlach, smoothie, i różnego rodzaju napojach, a nawet i daniach do zjedzenia łyżeczką ze szklaneczki. Jakoś przez 3 miesiące nie mogłam się jednak zebrać w sobie i czegoś przygotować, chociaż, daję głowę i dwie ręce na dodatek, każdy przepis kusił. W końcu powiedziałam sobie - dziś robię jakiś zdrowy napój, na chybił trafił wybrałam stronę i w ten oto sposób na moim stole pojawiło się smoothie o kuszącym smaku mango i gruszki. Ciekawym dodatkiem jest  biała herbata, która sprawia, że napój jest bardzo orzeźwiający. W sam raz na śniadanie, albo na popołudniową przekąskę. Słodką,ale i zdrową. Uwielbiam mango, więc tym egzotycznym smakiem, chciałam pożegnać lato. Taki słoneczny napój naprawdę poprawia nastrój. Pewnie dlatego, że od czego, ale od mango to ja jestem uzależniona. W przepisie oryginalnym mango połączone było z jabłkiem, ja jednak z rozpędu wzięłam gruszkę, i nieskromnie powiem, że to połączenie smaków, okazało po prostu wyśmienite. A teraz przyszło mi rozkoszować się deszczem za oknem. Nie lubię jesieni. Nie lubię...



Składniki:
1 mango
1 średnia gruszka
Łyżeczka soku z cytryny
200 ml ostudzonej białej herbaty


Obieram mango i gruszkę, kroję na kawałki i miksuję. Dodaję napar z białej herbaty oraz sok z cytryny. Podaję natychmiast po przygotowaniu. 

piątek, 21 września 2018

Cytrynowy placek z makiem i porzeczkami

Kolejny weekend. Pewnie minie raz, dwa. Nawet nie zdążę się odwrócić, dopić do końca herbaty, a już będzie kolejny poniedziałek i kolejny dźwięk budzika. Ostatni tydzień był naprawdę piękny. Weekend zaś ma być typowo jesienny. Niestety, muszę na nowo zaprzyjaźnić się z płaszczem i botkami.Jedyną przyjemnością był fakt, że musiałam zakupić nowe botki. Ostatnio dziwnie podobają mi się ubraniowe zakupy. I mnie to cieszy, i martwi jednocześnie. Kuszą mnie już jesienne sweterki, z pewnością marzy mi się nowy szal. I w zasadzie jakaś jesienna sukienka, byłoby miło powitać jesień nową, kwiatową kreacją.... I aż mi słabo. Ale się ogarnę. Zacznę omijać sklepowe alejki. Inaczej nie doczekam do pierwszego i wypłaty.
Zaszyję się w kuchni. Na weekend planuję kuchenne zabawy. Na pewno na stole pojawi się zupa krem z dyni. Tę zupę pokochała cała moja rodzina, a jako, że zaczął się dyniowy sezon, to zdecydowanie nadszedł czas na rozgrzewającą zupę. Moja mama wspominała, że w tym roku musimy przygotować jakieś przetwory z gruszek. Z pewnością zajmiemy się więc produkcją gruszek w syropie.  W zimowe dni będą idealnym dodatkiem do pysznych deserów. Tych całkiem prostych jak jogurtowy krem, albo nieco bardziej skomplikowanych. W każdym razie ten jesienny weekend, z prawdziwie jesienną pogodą, spędzę w bardzo jesienny sposób.A towarzyszyć mi będzie takie oto ciasto. Prosty placek cytrynowy z makiem i porzeczkami. Miękki, puszysty i niezwykle apetyczny. Do tego gotowy w kwadrans! W sam raz na jesienny weekend.


Składniki:
3 jajka
400 gramów mąki pszennej
4 łyżki maku
2 cytryny
100 ml oleju
100 ml mleka
Ekstrakt waniliowy
Pół szklanki czerwonych porzeczek
Łyżka proszku do pieczenia

Lukier:
3 łyżki cukru pudru
2 łyżki soku z cytryny

Dodatkowo:
Masło i bułka tarta do formy


W misce łączę mąkę z proszkiem do pieczenia i makiem.
Cytrynę parzę wrzątkiem, dokładnie myję, ścieram skórkę, wyciskam sok, dodaję do mleka.
Lekko ubijam jajka z cukrem i wanilią, dolewam olej. Dodaję masę jajeczną do mąki, na końcu wlewam mleko, dokładnie wszystko ucieram.
Porzeczki opłukuję, dodaję do ciasta. Bardzo delikatnie łączę je z innymi składniki.
Tortownicę smaruję masłem, wysypuję bułką tartą, wylewam ciasto. Piekę placek w 190 stopniach przez 60 minut. Po wystudzeniu polewam lukrem.


środa, 19 września 2018

Rumiankowo-migdałowy napój na dobry sen

Czy Wy też macie czasem takie dziwne wrażenie, że nad głową wisi burza? I co najgorsze, te burzowe chmury za nic w świecie nie chcą się ruszyć. Choć o milimetr. I tak sobie stoją i co chwila straszą piorunami i przerażają grzmotami. I w zasadzie nie bardzo jest jak i czym się chronić. Trzeba przeczekać i liczyć, że pogoda ducha się odmieni. U mnie tak właśnie było. Cały tydzień z problemami. Od tych małych, takich przeciwności losu, co po czasie, nawet stają się zabawną anegdotką, w stylu - a pamiętasz jak na środku ulicy odpadła ci podeszwa od trampek? Bo te naprawdę solidne, o których chce się jak najszybciej zapomnieć. Ale niestety, wieczorami, im bardziej jestem wykończona problemami, tym bardziej to zmęczenie, fizyczne i psychiczne, nie pozwala mi zasnąć. I tak się wiercę, i czytam książki, i przeglądam kolorowe gazetki o gwiazdach i gwiazdeczkach. I słucham muzyki i próbuję zająć czymś głowę. I nie wychodzi. Na szczęście odkryłam pyszny napój. Mój nowy wieczorny przyjaciel to magiczny napój, relaksujący, kojący,  pozwalający się odprężyć, złapać dystans i pozwalający łatwiej zasnąć. Miks rumianku, migdałowego mleka, wanilii i cynamonu. Jest naturalnie słodko, kojąco, pysznie. Z każdym kolejnym łykiem czuję się spokojniejsza. Jakbym  opatuliła się ciepłym kocem....


Składniki:
200 ml mleka migdałowego
2 torebki rumiankowej herbatki
Pół łyżeczki cynamonu
Łyżeczka miodu
Ekstrakt waniliowy

W garnuszku podgrzewam mleko migdałowe razem z rumiankiem. Po około 10 minutach wyjmuję torebki herbatki, dodaję cynamon i wanilię, podgrzewam minutę. Na koniec słodzę napój miodem. Popijam póki jest ciepły.

poniedziałek, 17 września 2018

Kuskus poranny

Lubię spokojne poranki. Naprawdę lubię ten moment w ciągu dnia, kiedy na spokojnie mogę przygotować sobie śniadanie. Lubię poranną ciszą i brak zamieszania. Lubię jak w domu jest tak spokojnie...
Jestem gadułą i uwielbiam ludzi. Mam na to papiery. W zerówce robili nam bilans. Mama wypisała, że jestem niejadkiem, często choruję, jestem nieśmiała i bardzo wrażliwa. Pani pielęgniarka napisała, że mam niedowagę i silną alergię. A pani wychowawczyni stwierdziła, że jestem gadułą, nie usiedzę w jednym miejscu, bardzo lubię inne dzieci i wszędzie mnie pełno. Dwie wykluczające się diagnozy. Bo jak nieśmiała osóbka, może być gadułą, która uwielbia towarzystwo innych dzieci? Może, jestem tego żywym przykładem. Jestem chorobliwie wręcz nieśmiała. Ale i jestem okropną gadułą. Potrafię zagadać człowieka na śmierć. Gdyby ktoś, gdzieś, organizował konkurs w gadaniu na czas, wygrałabym w przedbiegach. Tyle, że na widowni musiałoby być góra z 5 osób. I najlepiej by było jakbym wszystkie znała i bardzo lubiła. Istnieje obawa, że przed obcymi osobami nie powiedziałabym ani słowa. W zasadzie to nie obawa, to pewność. Mam dokładnie taką samą potrzebę kontaktu z innymi ludźmi, jak i taką samą potrzebę samotności i bycia z samą sobą. 
Dlaczego o tym mówię? Bo dzisiejsze śniadanie, to dla mnie łączenie nieznanych, a może i nawet przeciwstawnych lądów. Kuskus, dotychczas był dla mnie składnikiem sałatek i dodatkiem do obiadu, zamiast ziemniaków czy makaronu. Tymczasem przygotowałam go sobie na śniadanie, w wersji na słodko. Z mlekiem i owocami. Wyszło pyszne i pożywne śniadanie. Kuskus nie musi być tylko na wytrawnie. Tak samo jak można być nieśmiałą gadułą. 


Składniki:
100 gramów kaszy kuskus
100 ml dowolnego mleka
Szczypta cynamonu
Ekstrakt waniliowy
Po garści malin i borówek
Łyżka miodu
Duża garść ziaren słonecznika
Do miseczki wsypuję kuskus. Zalewam go gorącą wodą, dodaję cynamon i wanilię, odstawiam na 5 minut, kilka razy mieszam kaszę. 
Napęczniały kuskus łączę z miodem. Zalewam mlekiem, podaję z owocami i ziarnami słonecznika. 








piątek, 14 września 2018

Jaglanka z bananem i masłem orzechowym

Dziś będzie jaglanka, która przywołuje swoimi smakami zimę. Banan, cynamon i masło orzechowe. Takie trio rozgrzewa. Wystarczy samo wspomnienie o tych smakach i już jakoś tak milej na duszy. Dni są wciąż ciepłe, ale poranki zmuszają do nałożenie kurtki i owinięcia szyi apaszką. Marznę w balerinkach, rano rządzą trampki. Znów nastał ten nielubiany czas, kiedy dzień ma dwie strefy klimatyczne- tę chłodną poranną, i tę ciepłą i wciąż letnią południową. Maszeruję więc w kurtce, a potem wracam z kurtką pod pachą i narzekam. No w trampkach jakby za ciepło, a w ogóle to wolałabym sukienkę i sandałki. Czai się we mnie silny strach przed jesienią. Każdy powiew wiatru i chmura na niebie, przypomina mi o jesieni. Co roku obiecuję sobie, że się polubimy. I trwamy w przyjaźni do listopada. Potem zrywamy więzi i patrzymy na siebie z nienawiścią. Jesień atakuje mnie zimnem i deszczem, a ja wzmagam swoją niechęć używając wszystkich trzech brzydkich słów jakie mam. Aby jednak nie zapadać już teraz w szeroko pojęty pesymizm, oswajam te jesienno-zimowe smaki taką oto, śniadaniową jaglanką. Jest pysznie, kremowo, słodko i błogo. I od razu jest milej. 


Składniki na dwie porcje:
Pół szklanki kaszy jaglanej
Szklanka  dowolnego mleka ( u mnie migdałowe)
Pół szklanki wody
3 czubate łyżki masła orzechowego
1 duży banan
Ekstrakt waniliowy
Duża szczypta cynamonu

Kaszę przepłukuję wrzątkiem na sicie, przekładam do garnka, zalewam wodą i mlekiem. Dodaję wanilię i cynamon, mieszam składniki i gotuję kaszę pod przykryciem około 15 minut. 
Połowę banana rozgniatam i razem z 2 łyżkami masła orzechowego dodaję do ciepłej kaszy, dokładnie mieszam. 
Kaszę podaję z resztą banana i polewam masłem orzechowym. 


środa, 12 września 2018

Drożdżowe racuchy z malinami

Drożdżowe racuchy to dla mnie definicja błogości. Tego stanu kiedy wszystko jest po prostu idealnie. I oczywiście nie musi być tak, że szykuję te racuchy wtedy kiedy wszystko idealnie się układa. Raczej robię je wtedy, kiedy coś idzie źle, a ja chcę odzyskać spokój i ową błogość. Racuchy kojarzą mi się  z babcią. Babcia prowadziła praktycznie racuchową linię produkcyjną. Z tych niewielu potraw, które robiła dobrze, racuchy wychodziły jej rewelacyjnie. Obowiązkowo z jabłkami, a na wierzchu z truskawkowym dżemem, albo śliwkowymi powidłami. Względnie po prostu z grubą warstwą cukru pudru. No i nadszedł taki wieczór, że potrzebowałam porcji racuszków. Dużej porcji racuszków. Zamiast jabłek, dodałam maliny. Nie pamiętam bym kiedykolwiek przygotowała racuchy z malinami, to mój debiut. I wiecie co? Wyszedł z tego pyszny debiut. Niby klasyk, ale wystarczy zmienić jabłko na maliny i mamy coś zupełnie nowego i świeżego. Coś czuję, że te malinowe racuszki na stałe zagoszczą w moim menu i będę często wracać do tego przepisu.



Składniki:
2 jajka
1,5 szklanki  mąki
100 ml mleka
Ekstrakt waniliowy
3/4 szklanki malin
1/2 paczki suszonych drożdży
1 łyżka cukru
Szczypta soli
Olej rzepakowy

Dodatkowo : cukier puder

Do miski wsypuję mąkę z cukrem, dodaję jajko i mleko w temperaturze pokojowej. Dosypuję drożdże, dodaję wanilię i sól. Mieszam i odstawiam na kwadrans.
Myję maliny, osuszam i dodaję do ciasta (zostawiam trochę do dekoracji), zostawiam na 5 minut.
Rozgrzewam olej, smażę racuchy na rumiano z obu stron - około 6 minut.
Podaję jeszcze ciepłe z pozostałymi malinami, posypane cukrem pudrem.






poniedziałek, 10 września 2018

Ryżowe pralinki

Ostatnio lubię słuchać jednej piosenki. Ale tak non stop. Co się skończy, to zaczynam od początku. A raczej inaczej, nie zdąży się skończyć, a ja już w obawie przed ciszą i przerwą, przełączam na sam początek. I piosenka ta jest znana, mocno dojrzała, i w zasadzie w wersji oryginalnej, nieco już zapomniana.
I tak sobie podśpiewuję.
Więcej mi nic nie trzeba... Nie trzeba.... Nie trzeba...
No tak, wszystko jasne. Chyba wszyscy, albo prawie wszyscy, już słyszeli, jednym się podoba, innym nie. Mi do ucha wpadło za 2, 3, 6 razem. Ale jak wpadło, tak wyjść nie chce.
Zapalasz się, słyszę twój szept....
I tak nucę. I jak nucę, to myślę, że takie odgrzewane kotlety nie są wcale takie złe. Ale nie będzie przecież o kotletach. Bo ta piosenka, bo taki powrót do przeszłości, "odgrzewany kotlet", wywołał we mnie swoistą kulinarną melancholię. Słuchałam więc tego i przygotowałam owsiane pralinki. Coś co robiła moja babcia, kiedy dzieci domagały się słodkości, a w kuchennej szafce hulał wiatr. Robi się je dosłownie w chwilę. Smakują oczywiście wyjątkowo. Choć nie oszukujmy się, nie są najbardziej wykwintne słodkości na ziemi. Płatki ryżowe, mleko, kakao i cukier. No i trochę masła, dwie ręce, chwila w lodówce i gotowe. Dzieci zachwycone.Nie tylko zresztą dzieci. Taka ekspresowa słodkość potrafi uratować życie. Przetestowane...
Wszystko czego dziś chcę......

Składniki:
200 ml mleka
2 łyżki masła
3 łyżki gorzkiego kakao
Szklanka płatków ryżowych
Ekstrakt waniliowy
1/3 szklanki brązowego cukru

W garnuszku podgrzewam mleko z cukrem, wanilią, kakao i masłem. Gdy składniki się połączą dodaję płatki ryżowe i gotuję całość 2 minuty. Następnie odstawiam masę do wystudzenia.
Z zimnej masy formuję kulki, można dodatkowo obtoczyć jej w kakao. Przechowuję je w lodówce.





piątek, 7 września 2018

Serniczek w winnej galaretce z piernikiem

Pamiętam jak to było. Dokładnie pamiętam. Był chyba maj, wieczór, chwila przed pójściem spać. Mama powiedziała, że na pewno będziemy miały brata i mamy zdecydować czy będzie Michałem czy Mikołajem? Mówiąc szczerze, było mi obojętne, czy będzie Michał, czy Mikołaj. W ogóle obojętne mi było czy będzie brat czy siostra. Nie robiło to dla mnie żadnej różnicy. Poszłam do kuchni, gdzie tata kończył sprzątanie po kolacji i powiedziałam, że może być Michał. I tak zostało. Dopiero jak się urodził, to doszłam do smutnego wniosku, że dziecko jest prawdziwe. Że płacze, i zajmuje 90 % uwagi rodziców. Byłam zbuntowaną 6 latką. Do tej pory to ja byłam najmłodsza, najmniejsza i najsłodsza. A teraz stałam się środkowym dzieckiem. Generalnie nie polubiłam brata tak od razu. Ale pamiętam, jak pierwszy raz się uśmiechnął i wtedy uznałam, że jest nawet fajnym gościem. I tak sobie płynął czas, a brat dorósł. Sama nie wiem jak to zleciało? Zawsze był " Mały" i "Młody", teraz to pilny student medycyny w okularach, kitlu i ze stetoskopem na szyi. Za całkiem niedługo pan doktor. Jakoś ciężko mi się z tym pogodzić. Ale i cieszę się, że dobrze go z siostrą wychowałyśmy. Razem chodzimy na koncerty, czytamy te same książki, a mój brat to najlepszy stylista na świecie. Niczego nie kupię bez jego akceptacji! Choć czasem mierzi mnie jego absurdalny i cyniczny dowcip, ale nie ma się czemu dziwić, uczył się od mistrza, czyli mnie. Ale do rzeczy, brat miał urodziny. W środku tygodnia. W pracy zamęt, nie było czasu na pieczenie ciasta. Przygotowałam więc jego ulubiony sernik, ale w zupełnie innej wersji. Sernik utopiony w malinowej galaretce na czerwonym winie. Z wyraźnym smakiem pysznego piernika. To nie mogło nie smakować!


Składniki:
300 gramów kremowego serka ( u mnie Philadelphia)
150 gramów serka Mascarpone
2 łyżki miodu
Łyżka ekstraktu waniliowego
200 gramów malin
1 czubata łyżka brązowego cukru
1 łyżeczka przyprawy do piernika
200 ml czerwonego wina
Pół opakowania malinowej galaretki
Kilkanaście pierniczków - Całuski z nadzieniem wiśniowym Kopernika


Zaczynam od przygotowania serniczka. Łączę serki z miodem i wanilią na gładki krem, wstawiam do lodówki na minimum kwadrans.
Maliny płuczę i przekładam do garnuszka, zasypuję cukrem i przyprawami. Zalewam winem, gotuję owoce około 6-7 minut, aż zaczną się rozpadać. Do masy dodaję galaretkę i bardzo dokładnie mieszam całość. Gorącymi malinami z winem napełniam szklanki, odstawiam na 10 minut. Do sosu wkładam po 3 łyżki serniczka, deser odstawiam na pół godziny do lodówki.
Przed podaniem posypuję całość pokruszonymi pierniczkami.


wtorek, 4 września 2018

Cukinia faszerowana. Mięso, seler, ser.

Na naszej działce rosła armia kabaczków. I mniej więcej o tej porze roku co 3 dzień na obiad był kabaczek faszerowany mięsem mielonym. Nie dziwić więc powinno to, że nie mogłam patrzeć na takie połączenie. Warzywa i mięso? A fuj. Kiedy kabaczka zamieniłam na cukinię, okazało się, że mogę z powrotem jeść ten miks. Parę dni temu wróciłam do domu i zastałam 3 duże cukinie i karteczkę- zrób coś na obiad. Placki z cukinii były całkiem niedawno, poza tym brakowało mi nastroju na godzinne smażenie placków. Postanowiłam przygotować cukinię faszerowaną mięsem mielonym. Danie dość banalne i ograne. Tym razem do mięsa dodałam seler naciowy. Niby nic, a jednak zupełnie zmieniło to smak dania. Po 20 minutach cukinie były w piekarniku, zostało tylko przygotowanie ryżu i spokojne czekanie aż ser apetycznie się zapiecze. Zapachy kusiły, ale dałam  radę. Dotrwałam. Ta wersja zapiekanej cukinii smakowała wszystkim. Komplementy płynęły niczym rozpędzona rzeka. Kluczem jest mocne doprawienie mięsa i wyjęcie dania w odpowiednim momencie. Za długie pieczenie sprawi, że mięso będzie suche. Niecierpliwość zaś sprawi, że cukinia będzie twarda i niesmaczna. Ale w gruncie rzeczy to naprawdę prosty i pyszny przepis. Spróbujcie.


Składniki:
3 cukinie
70 dg mięsa mielonego ( u mnie z łopatki)
4 laski selera naciowego
1 mała cebulka
2 duże ząbki czosnku
100 ml domowego bulionu
1 kulka mozzarelli
2 łyżki oleju
1 łyżka słodkiej papryki
1 łyżeczka kminu rzymskiego
1 łyżeczka czosnku granulowanego
Sól
Pieprz
Oliwa z oliwek

Do podania ryż i koperek

Siekam czosnek i cebulkę, podsmażam na rozgrzanym oleju na złoty kolor. 2 laski selera obieram jak rabarbar, wrzucam na patelnię, podsmażam 2 minuty. Dodaję mięso mielone i wszystkie przyprawy, smażę 8-10 minut.
Kroję w plasterki pozostałe laski selera, dodaję na patelnię, zalewam całość bulionem i duszę kilka minut. Odstawiam z kuchenki.
W międzyczasie myję cukinie, kroję je wzdłuż na pół, wydrążam środki, napełniam mięsnym farszem. Mozzarellę rozrywam w rękach, układam na cukinii, piekę danie przez 30 minut w 185 stopniach.
Podaję z ryżem i obficie posypuję koperkiem.





niedziela, 2 września 2018

Cynamonowe ciasteczka do herbaty

Jakiś czas temu wyszłam z domu wczesnym rankiem. Naprawdę wczesnym. I wiecie co? Poczułam jesień w powietrzu. Było mokro, wilgotno, na chodniku tańczyły brązowe liście. Chłód, i szarość. I poczułam się źle. Naprawdę źle. Im jestem starsza tym lepiej czuję się w upalne dni. Owszem, siedzenie 8 godzin  w biurze, kiedy na zewnątrz jest z 35 stopni i nie ma klimatyzacji, to nie jest to co kocham, ale zdecydowanie lepiej mi się żyje w takie dni. A nie w te szare i jesienne chwile, gdy co prawda można odetchnąć od upału, ale mżawka i wiatr odbierają mi radość życia. Zdecydowanie jestem z tych cieplolubnych. Choć nie ukrywam, idea wieczoru z książką, pod kocem z kubkiem dobrej herbaty, przyjemną muzyką i ciasteczkami, jest mi bliższa niż nocne szaleństwa na plaży. Jako, że poczułam tę jesienną aurę, i ogarnęła mnie ochota na spokojny, niemal jesienny wieczór w domu, to przygotowałam te oto ciasteczka. Cynamonowe, z dużą ilością gorzkiej czekolady. Wyjątkowo proste, nie trzeba niczego wałkować, wycinać i brudzić. Wystarczy jedna miska i łyżka. Kwadrans, tyle wystarczy by cieszyć się ciastkami. I to jest czas, po jakim od wyjęcia masła z lodówki, do wyjęcia ciastek z piekarnika, możemy delektować się tym jesiennym aromatem. Ciasteczka są cudownie kruche, wyraźnie cynamonowe, od razu poprawiają nastrój. Musicie je sobie przygotować. Od razu z podwójnej porcji!


Składniki:
120 gramów masła
1 duże jajko
4 łyżki brązowego cukru
200 gramów mąki
60 gramów gorzkiej czekolady
1 czubata  łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Ekstrakt waniliowy

W misce ucieram masło z wanilią, jajkiem, cynamonem i cukrem. Dodaję mąkę z proszkiem do pieczenia, masa powinna być dość gęsta.
Siekam czekoladę, dodaję do miski, delikatne mieszam składniki.
Na blachę, wyłożoną  papierem do pieczenia wykładam łyżką ( polecam łyżkę do lodów) ciastka, spłaszczam je i piekę 10 minut w 190 stopniach.


Moje rady: Ciasteczka możecie polukrować cynamonowym lukrem.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...