Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

środa, 30 maja 2018

Penne z kurczakiem i szparagi pod beszamelem

Szparagi. Niektórzy je kochają i mogą jeść bez opamiętania ( ja), niektórzy nie znoszą i nie mogą na nie patrzeć (męska część mojej rodziny). W sezonie na szparagi prawie codziennie kupuję pęczek tych warzyw i tworzę z nich dodatek do obiadu. Najczęściej powstaje zupa, szparagi z wody, albo lekko podsmażone. Ale tym razem naszło mnie na zapiekankę. Taką co robi się błyskawicznie, a smakuje rewelacyjnie. Okazuje się, że dobrze ukryte szparagi smakują każdemu. Do tego stopnia, że brat z tatą wzięli po 3 dokładki, a na końcu doszło do awantury. Powodem były trzy ostatnie makaronowe rurki, każdy chciał je zjeść. W moim domu zapiekanki nie są jakoś szczególnie popularne i nie goszczą za często na naszym stole. Ale jak już goszczą to muszą być wyjątkowe. I ta właśnie taka jest. Zniknie ze stołu nim się obejrzycie. Więc ruszajcie na ryneczek po szparagi póki sezon trwa i szykujcie tę wspaniałą zapiekankę.


Składniki na 4 porcje:
40 dg makaronu penne
Pęczek szparagów ( u mnie pół pęczka białych i pół zielonych)
1 podwójna pierś z kurczaka
Po dużej szczypcie:
Słodka papryka
Pieprz
Majeranek
Suszony imbir
Suszony koperek
Czosnek granulowany
2 łyżki oleju rzepakowego
Sos:
2 łyżki masła
1,5 łyżki mąki pszennej
6 łyżek mleka
Sól
Biały pieprz
Gałka muszkatułowa

W dużym garnku gotuję wodę z dużą ilością soli, szparagi myję, usuwam zdrewniałe końce, kroję na połówki, gotuję razem z makaronem - ten powinien być twardawy, odcedzam.
Kroję mięso w średniej wielkości kostkę, rozgrzewam olej i smażę kurczaka, oprószam mięso sporą szczyptą soli, pieprzu, i przypraw. Smażę całość około 3-4 minut, mięso ma się tylko leciutko podsmażyć.
Mięso łączę z makaronem i przekładam do naczynia do zapiekania.
Szykuję sos. Podsmażam masło, gdy się roztopi dodaję mąkę, smażę aż mąka lekko zbrązowieje-około minuty. Dodaję mleko, cały czas mieszając, doprawiam i gotuję chwilę razem.
Zapiekankę polewam sosem, piekę danie około 30 minut w 180 stopniach

niedziela, 27 maja 2018

Med Malina i Cafe de Paris, czyli kulinarne Koszyce

Przy okazji wizyty w Krynicy jeden dzień spędziłam w Koszycach. Miasto, drugie co do wielkości na Słowacji naprawdę mnie zauroczyło. Jest piękne, ma kolorowy, czysty i zielony rynek. To co mi się najbardziej w nim podobało, to brak tłoku. Lubię takie miejsca, mające wiele turystycznie do zaoferowania, a z drugiej strony nie przytłaczające tłumem, hałasem i pośpiechem. Po Koszycach cudownie się spaceruje i miło spędza czas. Zabiorę więc Was na koszycki rynek, byście mogli spróbować lokalnych specjałów. Spacer zaczniemy od kawiarni Cafe de Paris, gdzie spędziliśmy pół godziny. Te pół godziny, gdy na obiad za wcześnie, ale już chciałoby się odpocząć, zjeść i wypić coś dobrego. Nasz wybór padł na bardzo uroczą kawiarnię, chętnie wybieraną przez miejscowych. W kawiarni kusiły wspaniałe francuskie desery, makaroniki, kremy, ciasta i lody! Wybór był taki, że nie wiedziałam co wybrać. W końcu wybrałam czekoladowy, podwójnie czekoladowy makaronik i lawendową lemoniadę. Brat zaś kawę i lody o smaku mango i Prosecco. Co prawda nie do końca sprawnie poszło nam to zamawianie, gdyż nikt z obsługi nie mówił po angielsku, a my po słowacku też niekoniecznie, ale doszliśmy do konsensusu. Przy okazji dowiedziałam się, że lody zwą się Zmarzlinką i bardzo mnie to rozbawiło. W końcu jakoś tak przyjemniej jeść zmarzlinkę niż zwykłe lody. Brat chwalił lody, ale mówiąc szczerze, mnie najbardziej zachwyciła lemoniada, wyraźnie lawendowa, niesłodka, bardzo orzeźwiająca, to było coś czego potrzebowałam. W środku Cafe de Paris, nie ma zbyt wiele miejsca, ale kawiarnia urządzona jest po parysku, i naprawdę jest przytulnie, w ciepły dzień zdecydowanie polecam ogródek, miło jest usiąść w samym centrum rynku i chłonąć atmosferę miasta. Ceny są w porządku, chociaż przyznaję, 2 Euro za jeden makaronik robi wrażenie. Pół litra lemoniady to koszt 4 euro.


Po 2 godzinach spaceru poszliśmy na obiad. Nasz wybór padł na Med Malina. Knajpę tę wybrałam dużo wcześniej, skusiły mnie pozytywne recenzje na pewnym portalu. Restauracja znajduje się w samym  centrum rynku i jest wyjątkowo popularna wśród Polskich turystów. Bazuje ona na lokalnych i świeżych produktach, menu jest sezonowe i bardzo słowackie. Są tłumy, więc trzeba poczekać na odpowiedni moment i zająć stolik, od razu podchodzi do nas kelnerka, daje karty i nim zdążyliśmy je dobrze otworzyć, a  już wróciła, by przyjąć zamówienie. Poprosiliśmy o dwie minutki, by chociaż rzucić okiem na menu. W porównaniu z Cafe de Paris, w Med Malinie bez problemu można porozumieć się z kelnerką mieszanką słowacko-polską. Menu jest krótkie i konkretne. Jest parę dań typowo słowackich, oraz nasze polskie pierogi i schabowy. Decydujemy się na tradycyjne kluseczki z bryndzy, słowacki smażony ser z pieczonymi ziemniakami i kurczaka z grilla z młodymi warzywami, i oczywiście do picia rabarbarową lemoniadę. Pani uprzedziła, że sporo poczekamy. I faktycznie, czekaliśmy 40 minut. W międzyczasie mogłam zwiedzić wnętrze, które jest bardzo przyjemne, wypić 2 "puchary" lemoniady i nawet przeczytać 30 stron książki.


W końcu doczekaliśmy się jedzenia, w idealnym momencie, na moment przed tą chwilą, gdy czekanie stało się męczące. Wszystko było bardzo ładnie podane. Bryndzowe kluseczki były oryginalne. Ja ich fanką nie zostanę z powodu śmietany, było jej za dużo. Miały też oryginalną konsystencję, były bardzo delikatne, w połączeniu ze śmietaną sprawiały wrażenie lanych klusek w rosole, do tego boczek i cebula. Dla mnie za dużo szczęścia naraz. Ale bratu smakowało, być może trzeba lubić po prostu śmietanę. Potem czas na ser, panierowany, pyszny, chrupiący, do tego świetnie upieczone, pikantne ziemniaki, pełnia szczęścia. Moim głównym daniem był kurczak, nie wiem czemu akurat to danie zostało uznano, za tradycyjne danie słowackie, wydaje mi się, że kurczak z warzywami to dość uniwersalne danie. W każdym razie grillowany kurczak, bardzo ziołowe masło, i warzywa z grilla. Bardzo chrupiące i wciąż świeże, delikatne w smaku, szczególnie nie mogłam oderwać się od pora, w połączeniu z cukinią i marchewką smakował wyśmienicie. Na oklaski zasługuje rabarbarowa lemoniada, była pyszna.
Med Malina nie ograbi waszej kieszeni, my za to wszystko zapłaciliśmy w przeliczeniu na złotówki równe 100 zł. W zamian dostajemy świeże jedzenie, miłą obsługę i nawet można wybaczyć to niekończące się czekanie. Jak będziecie w okolicy zajrzyjcie koniecznie.
Med Malina, Hlavná 81, Koszyce





piątek, 25 maja 2018

Brioszki rabarbarowe z malinami

Dzień Matki już jutro. Nie wiem jak Wy, ale ja szczerze uwielbiam ten dzień. Staram się co roku, oczywiście razem z rodzeństwem by zaskoczyć czymś mamę. Z roku na rok jest coraz trudniej, bo mama coraz bardziej wymagająca, a i pogodzić gusta trójki dorosłych ludzi bywa ciężko. Ale staramy się i mamy spore sukcesy na polu matczynych niespodzianek. W tym roku oprócz pięknego wisiorka z prawdziwym diamentem, będzie też słodko. Moja mama uwielbia wszystko co drożdżowe i wszystko co ma w sobie rabarbar. Oczywistym wyborem więc na słodki podwieczorek w Dzień Matki były brioszki z rabarbarem. Żeby nie było tak oczywiście, dodałam do tych słodkości malinową konfiturę. To połączenie okazało się strzałem w dziesiątkę. Kwaśny rabarbar i słodkie maliny, zupełnie tak jak bycie mamą. Przy całej sympatii jaką żywię do samej siebie, to niejeden raz byłam kwaśnym rabarbarem dla mej mamy. Ot, taki to już zodiakalny bliźniak, co ma bardzo zmienny charakter. Jako dziecko cechował mnie nadmiar odwagi i cóż, potrafiłam robić rzeczy całkiem pozbawione sensu. Moja mama wiele razy ze strachu była bliska zawału serca, potrafiłam bowiem w wieku 6 wiosen uciec ze szkoły. Dokładnie to z zerówki, po prostu sobie wyszłam z lekcji i poszłam na wagary. Jeden, jedyny raz w życiu. Co to były za emocje, mała Lenka na gigancie! Raz podczas spaceru, samotnego spaceru dodajmy, wpadłam do dziury. Nie było ze mną przez 3 godziny kontaktu, miałam 7 lat, świetnie się bawiłam w tym wielkim wykopie, a jaka byłam dumna kiedy wyciągało mnie z niego 4 panów. Moja mama stała na krawędzi i zastanawiała co ma zrobić najpierw, przytulić czy wrzucić z powrotem? A jak musiała spalić się ze wstydu, kiedy po pewnym wieczorze, jaki spędziła z tatą w operze, została zalana przez sąsiadów ofertami pomocy materialnej, ktoś chciał gotować zupy, a ktoś inny dzielić się ubraniami. Powód? Kiedy rodzice poszli na randkę, a dziadkowi się przysnęło, moja siostra wpadła na pomysł by sprzedawać sąsiadom klamerki i zapałki. Ubrała mnie w ładny płaszczyk, wszakże był luty, zapakowała do windy, a mieszkałam wtedy w 12 piętrowym bloku i kazała jeździć góra dół i oferować z wielkanocnego koszyka domowe akcesoria. Miałam 4 lata, robiłam co kazała moja 5 letnia wtedy siostra. Od razu dopowiem, nie zarobiłyśmy nic, a wstyd ciągnął się do naszej wyprowadzki, za całe dwa lata. Ale były i te słodkie chwile, dużo rozmów, piękne wyjazdy i chwile czystej radości. Jak te ze wspólnych podwieczorków. Te brioszki wspaniale umilą święto mam. Są mięciutkie, aromatyczne, harmonijnie łączą smaki malin i rabarbaru. Zabierzcie je na wspólny spacer, piknik, albo po prostu zjedzcie je przy ulubionym filmie. Są rozkosznie pyszne. I takie domowe...


Składnik na 10 Brioszek :

1/2 paczki świeżych drożdży
400 gramów mąki pszennej
200 ml mleka
50 gramów Palmy
100 gramów masła
2 małe jajka
80 gramów cukru
2 paczki cukru z prawdziwą wanilią
6 łyżek malinowej konfitury
2 duże łodygi rabarbaru

Dodatkowo:
2 łyżeczki mleka, łyżeczka cukru


Zaczynam od przygotowania zaczynu. Rozcieram drożdże z łyżką cukru, łyżką mleka i łyżeczką mąki. Zostawiam w ciepłym miejscu na 10 minut.
W międzyczasie w garnuszku topię masło oraz Palmę, dolewam mleko i studzę.
Do zaczynu dodaję mąkę, cukier i jedną paczkę cukru z prawdziwą wanilią, wbijam dwa jajka i dolewam mieszankę maślano-mleczną. Zagniatam gładkie ciasto- trwa to około 10 minut. Formuję kulę, odstawiam na 40 minut w ciepłe miejsce.


Rozgrzewam piekarnik do 190 stopni. Rabarbar obieram, myję, kroję w plasterki, zasypuję cukrem wnailiowym. Z ciasta odrywam 10 kulek, spłaszczam je, na środku smaruję brioszki malinową konfiturą, posypuję kawałkami rabarbaru. Odstawiam je na kwadrans, następnie smaruję wierzch mieszanką mleka i cukru
Bułeczki wkładam do piekarnika i piekę 25 minut w 190 stopniach.
Palma - zróbmy coś dobrego

środa, 23 maja 2018

Wiosenny omlet z serem Brie

Są takie dni, kiedy śniadanie jest szczególnie ważnym momentem dnia. Tego dnia wydawałam moją przyjaciółkę za mąż. Możecie się śmiać, ale jeżeli zna się kogoś 23 lata, to jednak czuje się presję. Pan Młody zna swą żonę ledwie 3, 5 roku, więc nie oszukujmy się, to ja ten moment przeżywałam bardziej ;) W końcu razem się wychowywałyśmy, naprawdę, jej dom był moim domem, a mój jej. Nie miałyśmy nigdy przed sobą żadnych sekretów, razem pisałyśmy pamiętnik i chociaż mieszkałyśmy na tej samej ulicy, pisałyśmy do siebie długie listy. To w jej obronie musiałam popchnąć koleżankę i dostałam za to jedyną w życiu uwagę do dzienniczka. Uwielbiam siadać z nią na parapecie w jej pokoju, z 5 piętra można było zobaczyć morze, snułyśmy wtedy nasze dziecięce marzenia. Nasza przyjaźń przetrwała moją wyprowadzkę, a były to  czasy bez komórek i komputerów. Godzinami rozmawiałyśmy przez stacjonarny telefon i pisałyśmy do siebie długie listy, co tydzień. Potem ona przeprowadziła się blisko mnie, znów były spotkania, rozmowy, wspólne wycieczki rowerowe. Przesiadywała u mnie tyle czasu, że moi rodzice zaczęli ją traktować jak córkę. To z nią poszłam na mój pierwszy poważny w życiu koncert, siedziałyśmy na trawie, jadłyśmy zimne frytki i krzyczałyśmy by Kings of Leon w końcu pojawili się na scenie, bo z 10 lat wstecz byłyśmy wielkimi fankami tegóż zespołu, i wiele byśmy dały, by wokalista podczas koncertu zaprosił nas na scenę. Potem wspólnie rozpaczałyśmy, że tak się nie stało. Przestałyśmy ich lubić. Nawet na studia poszłyśmy na ten sam wydział, by być bliżej siebie i razem spędzać podczas okienek. Najchętniej chodziłyśmy do McDonalda, na niezdrowe czekoladowe napoje. Albo frytki. A w sobotę zaczęła nowy rozdział w życiu. Przez to wszystko nie śledziłam razem z 3 miliardami ludzi na ziemi ślubu roku. Moja mama powiedziała mi potem, że na ślub M., szłam ubrana prawie jak Victoria B. Jako, że jej sukienka wywołała kontrowersje, zapewnię, że moja miała jasny odcień granatu i kwiatowy wzór. Ale koniec o ślubie, zapraszam na wiosenny omlet ze ślubną historią w tle. 


Składniki:
2 jajka
3 łyżki mleka
2 łyżki mąki
1/3 ogórka
2 rzodkiewki
Duża garść kiełków rzodkiewki
Ser Brie
Sól
Pieprz
Masło klarowane
Jajka ubijam z mlekiem, dodaję mąkę, sól oraz pieprz, bardzo delikatnie trzepaczką łącze składniki. 
Warzywa i ser kroję na mniejsze kawałki. Na rozgrzanym maśle smażę omlet, po około 2 minutach przewracam go na drugą stronę, układam składniki, składam na pół, dosmażam minutę. 
Podaję zaraz po przygotowaniu. 






poniedziałek, 21 maja 2018

Szwedzkie ciasto z marcepanem.

Przepis na szwedzkie ciasto mazarynkowe zobaczyłam na blogu Moje Wypieki. Najpierw pomyślałam, że źle coś przeczytałam i chodzi o ciasto mandarynkowe. Chociaż potem zaczęłam myśleć i uznałam, że co jak co, ale Szwecja ma niewiele wspólnego z mandarynkami i niekoniecznie ten wypiek musi być jakimś narodowym przysmakiem na Północy Europy. Dopiero potem doczytałam, że ciasto mazarynkowe to ciasto cytrynowo-marcepanowe. Bardzo ciekawe w smaku. Skusiłam się, koniecznie chciałam je przygotować. Co prawda ostatnio rządzą ciasta z rabarbarem i wypieki z truskawkami, ale ja idę pod prąd i zabrałam się za ciasto marcepanowe. Przyznaję, nieco mnie poniosło. Zamiast zrobić wszystko zgodnie z przepisem, zaczęłam robić po swojemu. Gdy się zorientowałam było już za późno na zmianę, ale myślę,że nie wpłynęło to negatywnie na ciasto. Główną zmianą było to, że dodałam marcepan w czekoladzie, ciasto zyskało inny kolor i przyjemny smak. Nie oszukujmy się, z czekoladą wszystko smakuje jeszcze lepiej! Zaś sposób przygotowania wypieku również był inny, ale mój nie okazał się trefny. Ba, placek zniknął błyskawicznie. Zaskakujące jest to jaki ten wypiek ma delikatny smak, marcepan nie dominuje, idealnie zaś łączy się z cytryną. Efekt jest naprawdę wspaniały. Otrzymałam lekkie, orzeźwiające, proste i pyszne ciasto. W sam raz do popołudniowej herbatki. Polecam na weekend, i w ciągu tygodnia. Szybko poprawia nastrój i wprowadza w błogi nastrój.


Składniki:
150 gramów masła
3 duże jajka
2,5 szklanki mąki pszennej
100 ml mleka
120 gramów marcepanu w czekoladzie (albo masy marcepanowej)
1/ 3 szklanki cukru
1 duża cytryna
1 łyżka proszku do pieczenia


Lukier:
2 łyżki soku z cytryny
4 łyżki cukru pudru

Dodatkowo:
Masło i bułka tarta do formy



Marcepan wkładam do zamrażarki na kwadrans.
Cytrynę parzę wrzątkiem, ścieram z niej skórkę i wyciskam sok.
Masło ucieram z cukrem, podaję sok i skórkę z cytryny. Jajka ubijam trzepaczką, dodaję mleko, delikatnie ubijam składniki, dolewam do maślanej masy.
Przesiewam mąkę z proszkiem do pieczenia, dodaję do ciasta, ucieram szybko wszystkie składniki.
Marcepan ścieram na tarce- grube oczka,i dodaję do ciasta.
Formę do pieczenia smaruję masłem, posypuję bułką tartą, wylewam ciasto. Placek piekę około 40 minut w 190 stopniach, lekko studzę.
Z podanych składników szykuję lukier, polewam nim ciasto.





sobota, 19 maja 2018

Mielone z czosnkowym serkiem

Przez dłuższy czas nie miałam ochoty na mięso. Ale nagle przyśniły mi się mielone. Tak wiem, ludzie mają różne sny. Są  królami, mają romanse z gwiazdami kina, chodzą na obiad z prezydentem, albo ścigają przestępców lepiej niż James Bond. A mi śnią się mielone. No jak się przyśniło, to nie ma bata. Trzeba smażyć. Tym razem moje ulubione drobiowe kotlety, nadziałam serkiem z czosnkiem. Dzięki temu kotlety wyszły bardzo soczyste i delikatne. I aromatyczne, wyraźnie czosnkowe. Zapewniam, smakują wyjątkowo, tak bardzo je polubiłam, że robiłam dwa dni z rzędu.
Przede mną bardzo aktywna sobota, jeszcze niewiele zrobiłam,a  już jestem zmęczona! Co to będzie wieczorem? Miłej i smacznej soboty.



Składniki na 4 kotlety:
 65 dg mięsa mielonego z kurczaka
4 ząbki czosnku
Pół średniej cebulki
1 duże jajko
2-3 łyżki kaszy manny
Sól, pieprz
Majeranek
Słodka papryka
100 gramów serka topionego

Olej rzepakowy do smażenia

Do podania - ziemniaki i mizeria


Bardzo drobno siekam czosnek. Serek łączę z 3/4 ilością czosnku i wkładam na minimum kwadrans do zamrażarki.
Siekam  cebulkę i razem z czosnkiem, dodaję do mięsa, wbijam jajko, doprawiam, dodaję kaszę mannę, wyrabiam masę na kotlety. Kroję serek topiony w małą kostkę, dodaję do mięsa,  formuję kotlety.
Rozgrzewam olej, smażę mielone po 6 minut z każdej strony, na średnim ogniu,.
Kotlety świetnie smakują zarówno na ciepło, jak na zimno, jako dodatek do kanapek. Ja swoje podałam z ziemniakami i ogórkami.





czwartek, 17 maja 2018

Śniadaniowe serniczki pomarańczowe

Sernik na śniadanie? A czemu nie? Nie będę się przecież ograniczać. Tym bardziej kiedy czeka naprawdę intensywny dzień i od samego rana przyda mi się słodkie wsparcie. Tym razem do serniczków dodałam sok i skórkę  z pomarańczy, dzięki temu uzyskałam bardzo letni smak. Niektórzy uważają, że to zimowe owoce, jak dla mnie cytrusy to smak lata. Moje śniadaniowe serniczki usmażyły się błyskawicznie, energii  miałam na cały pracowity poranek, więc serdecznie je polecam. Smakują równie dobrze na zimno,to będzie wersja dla tych, co lubią podjadać takie cuda w pracy. Po takim śniadaniu, mam nadzieję,że dzień w pracy upłynie mi miło i przyjemnie. Choćby architektom praca paliła się w rękach, zachowam dobry nastrój.I choćbym zmokła jak kura w drodze do pracy. Są bowiem takie deszczowe poranki, że nawet parasol się poddaje...


Składniki:
250 gramów twarogu ( najlepszy będzie  śmietankowy)
1 pomarańcza
1 jajko
4 czubate łyżki mąki pszennej
Łyżka mleka
Szczypta proszku do pieczenia
Masło klarowane

Pomarańczę kroję na połówkę, z połowy ścieram skórkę i wyciskam sok. Drugą kroję  w plastry.
Twaróg rozgniatam widelcem razem z mlekiem. Dodaję sok i skórkę z cytryny, ucieram razem z mąką i proszkiem do pieczenia na gładką masę.
Rozgrzewam masło na patelni, formuję placuszki, smażę po 3 minuty z każdej strony. Podaję z pozostałymi plastrami pomarańczy. Można posypać dodatkowo cukrem pudrem.


wtorek, 15 maja 2018

Kulinarna Krynica

Wracam myślami do majówki. W tym roku zaszalałam, wyjechałam na drugi koniec kraju. Dalej już nie można. Znad morza wprost do Krynicy. Tylko 10 godzin podróży, i już jest, masa słońca i czystego powietrza. Widoki przyprawiały o zawrót głowy, taki pozytywny oczywiście. Spacery, leniwe chwile, totalny relaks, masa zwiedzania i czerpania przyjemności z każdej chwili. Jako, że majówka była momentem całkowitego oderwania się od codzienności, mimo tego, że w moim apartamencie był kompletny aneks kuchenny, nie zdecydowałam się na gotowanie. Chciałam odpocząć, zregenerować się po zimowych miesiącach, nabrać energii i odbyć anginową rekonwalescencję.
Jeżeli chodzi o jedzenie w Krynicy to jest z czego wybierać. Co krok znajduje się restauracja, bar, albo dość popularne tutaj jadłodalnie, gdzie można zjeść różnorodne dania. Często w menu można spotkać lokalnego pstrąga, jadłam go w barze U Tedika, faktycznie był świeżutki i bardzo dobrze zrobiony. Może lokal nie zachwyca wnętrzem,a raczej jego brakiem, bo to sezonowa knajpa na świeżym powietrzu, to jednak pstrąg i kwaśnica są godne polecenia. Nie polecam zaś placków ziemniaczanych, były mrożone, i kiepsko odgrzane. W środku paćkowate. No, ale nie można mieć wszystkiego.
Resztę dni jadłam w ośrodku u Leśników. Skusiły mnie tam śniadania i obiady w świetnej cenie. Za 18 złotych można było zjeść zestaw dnia, czyli zupę, danie główne i popić to kompotem. Śniadania zaś polegały na szwedzkim stole, można było jeść, tyle ile zmieści talerz i żołądek. Z| rana zestaw był dość tradycyjny, jajecznica, parówki, kiełbaska z cebulką, duży wybór serów i twarogów, regionalnych wędlin, jajek w majonezie i sałatek. Na słodko płatki, dżemy i miód. Mi osobiście brakowało jogurtów, brałam antybiotyk, więc na kolację musiałam sobie kupić ten zdrowy przysmak. Ale na śniadania nie mogłam narzekać, wszystkiego było pod dostatkiem, wszystko świeże i naprawdę smaczne. Obiady również były pyszne. Solidna porcja zupy, smakującej jak domowa. Do tego mięso, i różne dodatki. Mi najbardziej smakował schabowy z pyszną panierką. Próbowałam też pierogów, własnego wyrobu, i placka po góralsku, czyli po węgiersku. Wszystko smaczne, ciepłe, a porcje solidne. Nie da się ukryć, że jest to miejsce stołówkowe, wnętrze, czyste i schludne, nie zaspokoi może fanów eleganckich miejsc, ale jeżeli na wakacjach szukacie dobrych posiłków, które nie nadwyrężą portfela, to z czystym sumieniem mogę Wam polecić to miejsce. Do tego piękny widok na Jaworzynę Krynicką, w cenie posiłku.



Krynica to kolebka góralskiej kuchni. Oscypki, bryndza, bundz- kupicie wszędzie i w miarę dobrej cenie. Ja fanką tych serów nie jestem, jedynie mogę zjeść oscypka, ale moja mama go uwielbia, więc zrobiłam jej spore zapasy. To co mnie zachwyciło to miejscowy nabiał, z Mleczarni z Nowego Sącza. Wspaniałe jogurty, które w składzie mają tylko mleko, i nic więcej. Pyszne twarogi, serki wiejskie i kefiry. Zaskakującym było to, że po powrocie do domu w Biedronce spotkałam bryndzę tej marki, w ramach akcji promowania narodowych specjałów. Obiecuję więc, że jak wprowadzą jogurt naturalny do oferty, to kupować będę każdą ilość.
Z tego co zaobserwowałam to Krynica miodem stoi. Można kupić każdą ilość i to dosłownie wszędzie. Z małych, wręcz działkowych pasiek, jak i tych nieco większych. Od rodzajów miodów może zakręcić się w głowie. Ja kupiłam pyłek kwiatowy, który ma mnie wzmocnić po antybiotyku, miód lipowo-wrzosowy -uwierzcie mi, przepyszny i pierzgę. Pierzga mi miks mleczka pszczelego,pyłku i miodu, czy wszystko co najlepsze w jednym słoiczku. No i najważniejsze, całuski czy miodowe pierniczki, malutkie, słodkie, ze wspaniałym składem, kupić można je przy każdym miodowym stoisku i naprawdę warto. W składzie tylko miód, mąka, jajka i przyprawy. A smak? Idealny.
Od miodu zrobiło się słodko, mogę więc przejść do deserów. 3 razy odwiedzałam Pijalnię Czekolady im. Jana Kiepury, ich czekolada była idealna, ani niezbyt gorzka,ani nie za słodka. O idealnej dla mnie konsystencji. Co prawda wolałabym jeść lody, ale moje próby jedzenia lodów w upale skończyły się anginą, więc musiałam odpuścić. Próbowałam też Creme Brulee, i tutaj mam troszeczkę zastrzeżenia, bo deser był zwykłym zimnym budyniem z lekko przypieczonym wierzchem. Ale muszę pochwalić szarlotkę i lemoniadę, pyszności.Ale w kwestii deserów, najbardziej smakowała mi prawdziwie domowa szarlotka, jaką jadłam na szczycie Jaworzyny Krynickiej. Chociaż była całkiem zwyczajna, to po górskiej wędrówce smakowała jak Ambrozja.



I w ten oto sposób odbyliśmy małą wycieczkę kulinarną po Krynicy. Mówiąc szczerze mam ochotę tam wrócić.

niedziela, 13 maja 2018

Lekka zupa z kapustą

Coś takiego jest w domowej zupie, że jak nic innego potrafi wprawić jedzącego w błogi nastrój. I mówię to ja, osoba, która nie potrzebuje miseczki zupy do szczęścia. Ale czasem tak bywa, że dopada mnie złośliwość rzeczy martwych. Akurat wtedy kiedy są najbardziej potrzebne. Obiecałam przygotować bardzo ważną rzecz do pracy, wyjątkową ważną i pilną, ale bach, popsuł mi się domowy komputer. Już nie wspomnę o tym, że zasnęłam w połowie oglądania świetnego kryminału i przez 3 dni nie wiedziałam kto zabił. Co prawda raz przyśniło mi się zakończenie, ale było one dość absurdalne i szybko wymazałam je z pamięci. Za to musiałam zostać w pracy po godzinach i zamiast korzystać ze słońca, zaszycia się z laptopem na balkonie i korzystania z pięknej pogody, utknęłam na dwa  długie popołudnia  w biurze i starałam się ogarnąć wszystko co konieczne. Niestety nie mogłam słuchać też ukochanej muzyki, a przy niej najlepiej mi się pracuje. W ogóle jestem uzależniona od muzyki.  Jako, że technicznie bywam łamagą, tak poprzestawiałam sobie ustawienia na Spotify, że przez dwa dni nie potrafiłam tego odkręcić i na nowo włączyć odtwarzanie muzyki. W końcu brat wcisnął magiczny przycisk, i bach, działa. Czysta magia. Złośliwie też zaczęli ocieplać mi blok, mieli zacząć w marcu, dwa miesiące trzymali nas w niepewności i w końcu wybrali najbardziej upalny tydzień maja. W całym domu fruwa styropian. I jeszcze więcej styropianu. Mam dość sprzątania. Nie mogę patrzeć na odkurzacz. Ani na rusztowania. Nie mogę otwierać okien, w domu jest ciemno, i duszno. Wiedziałam więc, że potrzebuję czegoś co ukoi moje nerwy. Bo nadgodziny zawsze wprowadzają mnie w pewną nerwowość. Sam proces przygotowania tego posiłku uspokaja i przynosi kojące odprężenie, a co dopiero jedzenie! Wiosną preferuję lekkie zupy z warzyw. Ta taka jest, pełna młodej kapusty, papryki i pomidorów. Lekka, prosta i pyszna. Jej przygotowanie nie jest bardzo trudno, a w monotonnym krojeniu kapusty można znaleźć czystą przyjemność. I tak potrzebne ukojenie. Mi było ono bardzo potrzebne. Wszystkim nerwusom polecam tę zupę.


Składniki:
Pół główki białej kapusty
1 por
3 średnie ziemniaki
2 duże pomidory
1 duża czerwona papryka
3 litry bulionu (ja użyłam bulionu na 2 skrzydełkach,marchewce i cebuli)
Pieprz
Sól
2 liście laurowe
3 ziela angielskie
2 łyżki masła
Koperek

Kapustę pozbawiam wierzchnich liści,kroję w paski, przepłukuję.
Siekam drobno por, ziemniaki kroję w kostkę. Paprykę kroję w kostkę. Na patelni rozgrzewam masło, wrzucam pora i ziemniaki, podsmażam 5 minut, następnie dodaję paprykę i smażę 2 minuty, warzywa zalewam bulionem,doprawiam, dodaję kapustę, gotuję do miękkości warzyw.
Pomidory obieram ze skórki, kroję w drobną kostkę, dodaję do zupy, razem z koperkiem, gotuję 5 minut, tak by pomidory się nie rozpadły.
Zupa najlepiej smakuje z razowym pieczywem.

piątek, 11 maja 2018

Murzynek z rabarbarem

Czego mi najbardziej brakuje poza domem? Domowego ciasta. Może być najprostsze, krzywe, byle jak udekorowane, ale domowe nie ma konkurencji z żadnym innym. Podczas mojej górskiej majówki, pięknie pachniał mi bez, a piekarnie i cukiernie, kusiły drożdżówkami z rabarbarem. Niestety, w środku tygodnia nie mam tyle czasu, by rzucić wszystko i zagniatać drożdżowe. A uwierzcie mi, bardzo bym chciała. Jako namiastkę mojej drożdżówki, przygotowałam murzynka z rabarbarem. Wiem, niewiele ma to wspólnego, z klasyczną drożdżówką, ale co tam, najważniejsze, że jest pyszny rabarbar. A jeszcze do tego czekolada, połączenie iście niebiańskie. I najważniejsze, zrobi go każdy i do tego bardzo szybko. Nawet ten, który po majówkowych atrakcjach odczuwa niedobór sił i energii. Bo całą tę energię zostawił w górach. Chociaż jest mu wstyd, że nie maszerował po tych górach. No, ale mam wytłumaczenie, w końcu moją majówkę sponsorował antybiotyk i angina. Nie ma to ja pełnia szczęścia, upał, skusisz się na lody, jedną niewinną gałkę, o smaku oleju z pestek dyni i proszę bardzo, od razu lądujesz w pościeli z anginą. Na szczęście wyjazd się udał. Tak samo jak ten rabarbarowy murzynek. Istna poezja smaków. Lekki, słodki, czekoladowy murzynek i kwaskowaty i konkretny rabarbar, który łagodzi czekoladowa polewa. Polecam, na leniwe majowe popołudnie.


Składniki:
2 duże laski rabarbaru
125 gramów masła
4 jajka
320 gramów mąki pszennej
4 łyżki kakao
150 ml mleka
2 paczki cukru z prawdziwą wanilią
4 łyżki cukru kokosowego
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
5-6 kosteczek gorzkiej czekolady
Szczypta soli
Wiórki kokosowe do dekoracji
Masło do formy



W garnuszku łączę masło z mlekiem, kakao i cukrami. Podgrzewam aż wszystkie składniki idealnie się połączą, studzę i odlewam 3 łyżki kakaowej masy.
Białka oddzielam od żółtek. Żółtka ucieram i dodaję do czekoladowego płynu, przesiewam mąkę z proszkiem do pieczenia i delikatnie mieszam. Ubijam białka na sztywną pianę ze szczyptą soli, dodaję do ciasta i łączę wszystkie składniki ciasta.
Formę smaruję masłem, wylewam ciasto.
Obieram rabarbar, myję, kroję na kawałki, układam  na wierzchu murzynka. Placek piekę 35-40 minut w 185 stopniach.
Do pozostałej masy kakaowej dodaję posiekaną czekoladę, chwilę podgrzewam, smaruję nią ciasto. Posypuję wiórkami kokosowymi.





środa, 9 maja 2018

Marcepanowo-czekoladowa owsianka

Fajnie jest zjeść domowe śniadanko. Śniadaniową owsiankę. Po tych 6 dniach poza domem miło jest spojrzeć na swoje zapasy i z przyjemnością zrobić sobie ciepłe śniadanie. Nie, to, że moje urlopowe śniadania były niesmaczne, bardzo fajnie było po prostu zejść na dół, i nałożyć na talerz co się chce. I nie martwić się zmywaniem, zakupami, tylko zajmować podziwianiem gór zza okna itp. Ale jednak moje słodkie śniadanko to coś co lubię sobie serwować choć raz w  tygodniu. Zaserwowałam więc sobie miks płatków owsianych,czekolady i marcepanu. Nigdy nie byłam fanką marcepanu, wręcz mnie odrzucał. Co ciekawe migdały kocham, ale marcepan długo był blee i fuj. Nie lubiłam nic, co nawet leżało metr od marcepanu. Aż spróbowałam lodów marcepanów, i mi przeszło. Marcepan polubiłam i teraz chętnie wykorzystuję go w  mojej kuchni. Na przykład do tej śniadaniowej owsianki.


Składniki:
4 czubate łyżki płatków owsianych
200 ml mleka
około 4 cm kawałek marcepanu
Łyżka kakao
Truskawki

W garnuszku podgrzewam mleko, dodaję płatki owsiane,kakao i  posiekany marcepan, gotuję masę przez 5-6 minut. Zostawiam na parę minut, tak by owsianka zgęstniała i wchłonęła mleko.
Owsiankę podaję z  truskawkami.

poniedziałek, 7 maja 2018

Smażony ryż z jajkiem i warzywami

Pewnie będę nudna, ale tak, to fakt, po długim weekendzie przydałby się kolejny wolny tydzień. Tak by wrócić do siebie, odpocząć po odpoczywaniu i na spokojnie wdrożyć się w codzienność. Tegoroczna majówka w porównaniu z tą sprzed roku była pogodowo rewelacyjna. Rok temu obowiązkowo nosiłam czapkę i ciepły płaszcz. Walczyłam z wiatrem i mroźnym wręcz powietrzem. Co prawda jeszcze tydzień przed majówką prognozy pogody podawały sprzeczne informacje, jedne mówiły, że będzie ledwie 8 stopni, drugie głosiły, że ma być tych kresek aż 18. Ciężko więc zaplanować jakieś aktywności kiedy jest taka różnica. A jak ciężko jest się spakować! Ciepła kurtka, czy starczy ta jeansowa? Zabierać swetry i golfy, czy koszulki i leciutkie kardigany? Zwiewne spódnice, czy czapka i kozaki? Trudno znaleźć mądry konsensus i nie zabierać całej szafy. Szczególnie jeżeli posiada się tendencję do zabierania połowy domu. Albo i lepiej, tak 3/4 dobytku. Bo a nuż się przyda. Na szczęście po ochłodzeniu przyszło ocieplenie, i pakowanie zrobiło się prostsze. Co prawda przed tym pakowaniem doszło do kryzysowej sytuacji, bo na horyzoncie pojawiła się gorączka i zapalenie zatok i wszystkie majówkowe plany stanęły pod wielkim znakiem zapytania, ale dobry los pozwolił je zrealizować. Tyle, że do torby lekarz kazał wziąć antybiotyk, probiotyk i mocno wdychać inne, czyste i górskie powietrze. No dobrze, po majówce trzeba zająć się domem, rozpakowaniem walizek i powrotem do pracy. Pierwsze dni to dla mnie chaos. Również w kuchni. Dlatego dziś będzie przepis na błyskawiczny ryż. Podsmażony, pełen warzyw, z dodatkiem jajka. Nie zabierze za wiele czasu, za to zaskoczy pysznym smakiem.


Składniki:
300 gramów ugotowanego i ostudzonego ryżu
2 jajka
150 gramów mini marchewek (mrożone lub z puszki)
2 ząbki czosnku
Pół czerwonej cebuli
Pół czerwonej papryki
3 łyżki kukurydzy z puszki
Czubata łyżka curry w proszku
2 łyżki groszku z puszki
Sól
Pieprz
Masło klarowane
Kiełki

Siekam drobno czosnek i cebulkę, wrzucam na rozgrzane masło klarowane, podsmażam 2 minut. Następnie kroję w drobną kostkę paprykę, dodaję z marchewką,groszkiem i kukurydzą na patelnię, smażę minutę. Dodaję ryż, doprawiam przyprawami i smażę kolejne 2-3 minuty, ryż powinien dokładnie połączyć się z curry. W miseczce roztrzepuję dwa jajka, ciągle mieszając dodaję je do ryżu, zawartość patelni podsmażam przez 2 minuty, tak aby jajko dokładnie się ścięło, a danie stało się kremowe.
Podaję z ulubionymi kiełkami.

Moje rady:
Ten przepis to idealny sposób na zużycie resztek. Możecie dodać dowolne warzywa- cukinia, brokuły itp.
Jeżeli macie kawałki pieczonego kurczaka czy innego mięsa, śmiało możecie je dodać. Pasować będzie też ryba czy krewetki.


piątek, 4 maja 2018

Jagodowa manna

Nie ma to jak kasza manna. A kasza manna z jagodami, to już sama przyjemność. Taką przyjemność serwuję sobie na koniec tego pięknego, majowego weekendu. Jak tam Wasze wycieczki, albo domowe lenistwo? Mam nadzieję,że pogoda dopisała/dopisuje i możecie w pełni oddać się ulubionym aktywnościom. A jeżeli nie wiecie czym można ją jeszcze sobie osłodzić, to polecam jagodową mannę. Czyli wspaniały deser/śniadanie/kolację, w pięknym kolorze, które pozwoli choć na moment przenieść się w beztroski stan dzieciństwa. Ja wypróbowałam, to naprawdę działa. Oby końcówka tego weekendu przyniosła piękną pogodę i dużo relaksujących chwil. Tego Wam życzę, sama mam nadzieję,że moje niedzielne plany dojdą do skutku i nie popsuje ich zła pogoda. Bo jutro czeka mnie sobota pracująca. Pranie, sprzątanie, prasowanie, mycie, pucowanie. Będzie pracowicie.


Składniki:
5 łyżek kaszy manny
250 ml mleka
Duża garść mrożonych jagód
Łyżka soku jagodowego
Ekstrakt waniliowy
Skórka z cytryny

Mleko gotuję razem z wanilią i cytryną. Dosypuję kaszę manną i sok z jagód, gotuję około 8-10 minut, na gęsty krem. Kaszę przekładam do miseczki i jeszcze gorącą posypuję mrożonymi jagodami, popękają tworząc pyszny i naturalnie słodki sos.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...