Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

niedziela, 23 września 2018

Smoothie-Gruszka-Mango-Biała Herbata

Na urodziny dostałam od kuzynki książkę o koktajlach, smoothie, i różnego rodzaju napojach, a nawet i daniach do zjedzenia łyżeczką ze szklaneczki. Jakoś przez 3 miesiące nie mogłam się jednak zebrać w sobie i czegoś przygotować, chociaż, daję głowę i dwie ręce na dodatek, każdy przepis kusił. W końcu powiedziałam sobie - dziś robię jakiś zdrowy napój, na chybił trafił wybrałam stronę i w ten oto sposób na moim stole pojawiło się smoothie o kuszącym smaku mango i gruszki. Ciekawym dodatkiem jest  biała herbata, która sprawia, że napój jest bardzo orzeźwiający. W sam raz na śniadanie, albo na popołudniową przekąskę. Słodką,ale i zdrową. Uwielbiam mango, więc tym egzotycznym smakiem, chciałam pożegnać lato. Taki słoneczny napój naprawdę poprawia nastrój. Pewnie dlatego, że od czego, ale od mango to ja jestem uzależniona. W przepisie oryginalnym mango połączone było z jabłkiem, ja jednak z rozpędu wzięłam gruszkę, i nieskromnie powiem, że to połączenie smaków, okazało po prostu wyśmienite. A teraz przyszło mi rozkoszować się deszczem za oknem. Nie lubię jesieni. Nie lubię...



Składniki:
1 mango
1 średnia gruszka
Łyżeczka soku z cytryny
200 ml ostudzonej białej herbaty


Obieram mango i gruszkę, kroję na kawałki i miksuję. Dodaję napar z białej herbaty oraz sok z cytryny. Podaję natychmiast po przygotowaniu. 

piątek, 21 września 2018

Cytrynowy placek z makiem i porzeczkami

Kolejny weekend. Pewnie minie raz, dwa. Nawet nie zdążę się odwrócić, dopić do końca herbaty, a już będzie kolejny poniedziałek i kolejny dźwięk budzika. Ostatni tydzień był naprawdę piękny. Weekend zaś ma być typowo jesienny. Niestety, muszę na nowo zaprzyjaźnić się z płaszczem i botkami.Jedyną przyjemnością był fakt, że musiałam zakupić nowe botki. Ostatnio dziwnie podobają mi się ubraniowe zakupy. I mnie to cieszy, i martwi jednocześnie. Kuszą mnie już jesienne sweterki, z pewnością marzy mi się nowy szal. I w zasadzie jakaś jesienna sukienka, byłoby miło powitać jesień nową, kwiatową kreacją.... I aż mi słabo. Ale się ogarnę. Zacznę omijać sklepowe alejki. Inaczej nie doczekam do pierwszego i wypłaty.
Zaszyję się w kuchni. Na weekend planuję kuchenne zabawy. Na pewno na stole pojawi się zupa krem z dyni. Tę zupę pokochała cała moja rodzina, a jako, że zaczął się dyniowy sezon, to zdecydowanie nadszedł czas na rozgrzewającą zupę. Moja mama wspominała, że w tym roku musimy przygotować jakieś przetwory z gruszek. Z pewnością zajmiemy się więc produkcją gruszek w syropie.  W zimowe dni będą idealnym dodatkiem do pysznych deserów. Tych całkiem prostych jak jogurtowy krem, albo nieco bardziej skomplikowanych. W każdym razie ten jesienny weekend, z prawdziwie jesienną pogodą, spędzę w bardzo jesienny sposób.A towarzyszyć mi będzie takie oto ciasto. Prosty placek cytrynowy z makiem i porzeczkami. Miękki, puszysty i niezwykle apetyczny. Do tego gotowy w kwadrans! W sam raz na jesienny weekend.


Składniki:
3 jajka
400 gramów mąki pszennej
4 łyżki maku
2 cytryny
100 ml oleju
100 ml mleka
Ekstrakt waniliowy
Pół szklanki czerwonych porzeczek
Łyżka proszku do pieczenia

Lukier:
3 łyżki cukru pudru
2 łyżki soku z cytryny

Dodatkowo:
Masło i bułka tarta do formy


W misce łączę mąkę z proszkiem do pieczenia i makiem.
Cytrynę parzę wrzątkiem, dokładnie myję, ścieram skórkę, wyciskam sok, dodaję do mleka.
Lekko ubijam jajka z cukrem i wanilią, dolewam olej. Dodaję masę jajeczną do mąki, na końcu wlewam mleko, dokładnie wszystko ucieram.
Porzeczki opłukuję, dodaję do ciasta. Bardzo delikatnie łączę je z innymi składniki.
Tortownicę smaruję masłem, wysypuję bułką tartą, wylewam ciasto. Piekę placek w 190 stopniach przez 60 minut. Po wystudzeniu polewam lukrem.


środa, 19 września 2018

Rumiankowo-migdałowy napój na dobry sen

Czy Wy też macie czasem takie dziwne wrażenie, że nad głową wisi burza? I co najgorsze, te burzowe chmury za nic w świecie nie chcą się ruszyć. Choć o milimetr. I tak sobie stoją i co chwila straszą piorunami i przerażają grzmotami. I w zasadzie nie bardzo jest jak i czym się chronić. Trzeba przeczekać i liczyć, że pogoda ducha się odmieni. U mnie tak właśnie było. Cały tydzień z problemami. Od tych małych, takich przeciwności losu, co po czasie, nawet stają się zabawną anegdotką, w stylu - a pamiętasz jak na środku ulicy odpadła ci podeszwa od trampek? Bo te naprawdę solidne, o których chce się jak najszybciej zapomnieć. Ale niestety, wieczorami, im bardziej jestem wykończona problemami, tym bardziej to zmęczenie, fizyczne i psychiczne, nie pozwala mi zasnąć. I tak się wiercę, i czytam książki, i przeglądam kolorowe gazetki o gwiazdach i gwiazdeczkach. I słucham muzyki i próbuję zająć czymś głowę. I nie wychodzi. Na szczęście odkryłam pyszny napój. Mój nowy wieczorny przyjaciel to magiczny napój, relaksujący, kojący,  pozwalający się odprężyć, złapać dystans i pozwalający łatwiej zasnąć. Miks rumianku, migdałowego mleka, wanilii i cynamonu. Jest naturalnie słodko, kojąco, pysznie. Z każdym kolejnym łykiem czuję się spokojniejsza. Jakbym  opatuliła się ciepłym kocem....


Składniki:
200 ml mleka migdałowego
2 torebki rumiankowej herbatki
Pół łyżeczki cynamonu
Łyżeczka miodu
Ekstrakt waniliowy

W garnuszku podgrzewam mleko migdałowe razem z rumiankiem. Po około 10 minutach wyjmuję torebki herbatki, dodaję cynamon i wanilię, podgrzewam minutę. Na koniec słodzę napój miodem. Popijam póki jest ciepły.

poniedziałek, 17 września 2018

Kuskus poranny

Lubię spokojne poranki. Naprawdę lubię ten moment w ciągu dnia, kiedy na spokojnie mogę przygotować sobie śniadanie. Lubię poranną ciszą i brak zamieszania. Lubię jak w domu jest tak spokojnie...
Jestem gadułą i uwielbiam ludzi. Mam na to papiery. W zerówce robili nam bilans. Mama wypisała, że jestem niejadkiem, często choruję, jestem nieśmiała i bardzo wrażliwa. Pani pielęgniarka napisała, że mam niedowagę i silną alergię. A pani wychowawczyni stwierdziła, że jestem gadułą, nie usiedzę w jednym miejscu, bardzo lubię inne dzieci i wszędzie mnie pełno. Dwie wykluczające się diagnozy. Bo jak nieśmiała osóbka, może być gadułą, która uwielbia towarzystwo innych dzieci? Może, jestem tego żywym przykładem. Jestem chorobliwie wręcz nieśmiała. Ale i jestem okropną gadułą. Potrafię zagadać człowieka na śmierć. Gdyby ktoś, gdzieś, organizował konkurs w gadaniu na czas, wygrałabym w przedbiegach. Tyle, że na widowni musiałoby być góra z 5 osób. I najlepiej by było jakbym wszystkie znała i bardzo lubiła. Istnieje obawa, że przed obcymi osobami nie powiedziałabym ani słowa. W zasadzie to nie obawa, to pewność. Mam dokładnie taką samą potrzebę kontaktu z innymi ludźmi, jak i taką samą potrzebę samotności i bycia z samą sobą. 
Dlaczego o tym mówię? Bo dzisiejsze śniadanie, to dla mnie łączenie nieznanych, a może i nawet przeciwstawnych lądów. Kuskus, dotychczas był dla mnie składnikiem sałatek i dodatkiem do obiadu, zamiast ziemniaków czy makaronu. Tymczasem przygotowałam go sobie na śniadanie, w wersji na słodko. Z mlekiem i owocami. Wyszło pyszne i pożywne śniadanie. Kuskus nie musi być tylko na wytrawnie. Tak samo jak można być nieśmiałą gadułą. 


Składniki:
100 gramów kaszy kuskus
100 ml dowolnego mleka
Szczypta cynamonu
Ekstrakt waniliowy
Po garści malin i borówek
Łyżka miodu
Duża garść ziaren słonecznika
Do miseczki wsypuję kuskus. Zalewam go gorącą wodą, dodaję cynamon i wanilię, odstawiam na 5 minut, kilka razy mieszam kaszę. 
Napęczniały kuskus łączę z miodem. Zalewam mlekiem, podaję z owocami i ziarnami słonecznika. 








piątek, 14 września 2018

Jaglanka z bananem i masłem orzechowym

Dziś będzie jaglanka, która przywołuje swoimi smakami zimę. Banan, cynamon i masło orzechowe. Takie trio rozgrzewa. Wystarczy samo wspomnienie o tych smakach i już jakoś tak milej na duszy. Dni są wciąż ciepłe, ale poranki zmuszają do nałożenie kurtki i owinięcia szyi apaszką. Marznę w balerinkach, rano rządzą trampki. Znów nastał ten nielubiany czas, kiedy dzień ma dwie strefy klimatyczne- tę chłodną poranną, i tę ciepłą i wciąż letnią południową. Maszeruję więc w kurtce, a potem wracam z kurtką pod pachą i narzekam. No w trampkach jakby za ciepło, a w ogóle to wolałabym sukienkę i sandałki. Czai się we mnie silny strach przed jesienią. Każdy powiew wiatru i chmura na niebie, przypomina mi o jesieni. Co roku obiecuję sobie, że się polubimy. I trwamy w przyjaźni do listopada. Potem zrywamy więzi i patrzymy na siebie z nienawiścią. Jesień atakuje mnie zimnem i deszczem, a ja wzmagam swoją niechęć używając wszystkich trzech brzydkich słów jakie mam. Aby jednak nie zapadać już teraz w szeroko pojęty pesymizm, oswajam te jesienno-zimowe smaki taką oto, śniadaniową jaglanką. Jest pysznie, kremowo, słodko i błogo. I od razu jest milej. 


Składniki na dwie porcje:
Pół szklanki kaszy jaglanej
Szklanka  dowolnego mleka ( u mnie migdałowe)
Pół szklanki wody
3 czubate łyżki masła orzechowego
1 duży banan
Ekstrakt waniliowy
Duża szczypta cynamonu

Kaszę przepłukuję wrzątkiem na sicie, przekładam do garnka, zalewam wodą i mlekiem. Dodaję wanilię i cynamon, mieszam składniki i gotuję kaszę pod przykryciem około 15 minut. 
Połowę banana rozgniatam i razem z 2 łyżkami masła orzechowego dodaję do ciepłej kaszy, dokładnie mieszam. 
Kaszę podaję z resztą banana i polewam masłem orzechowym. 


środa, 12 września 2018

Drożdżowe racuchy z malinami

Drożdżowe racuchy to dla mnie definicja błogości. Tego stanu kiedy wszystko jest po prostu idealnie. I oczywiście nie musi być tak, że szykuję te racuchy wtedy kiedy wszystko idealnie się układa. Raczej robię je wtedy, kiedy coś idzie źle, a ja chcę odzyskać spokój i ową błogość. Racuchy kojarzą mi się  z babcią. Babcia prowadziła praktycznie racuchową linię produkcyjną. Z tych niewielu potraw, które robiła dobrze, racuchy wychodziły jej rewelacyjnie. Obowiązkowo z jabłkami, a na wierzchu z truskawkowym dżemem, albo śliwkowymi powidłami. Względnie po prostu z grubą warstwą cukru pudru. No i nadszedł taki wieczór, że potrzebowałam porcji racuszków. Dużej porcji racuszków. Zamiast jabłek, dodałam maliny. Nie pamiętam bym kiedykolwiek przygotowała racuchy z malinami, to mój debiut. I wiecie co? Wyszedł z tego pyszny debiut. Niby klasyk, ale wystarczy zmienić jabłko na maliny i mamy coś zupełnie nowego i świeżego. Coś czuję, że te malinowe racuszki na stałe zagoszczą w moim menu i będę często wracać do tego przepisu.



Składniki:
2 jajka
1,5 szklanki  mąki
100 ml mleka
Ekstrakt waniliowy
3/4 szklanki malin
1/2 paczki suszonych drożdży
1 łyżka cukru
Szczypta soli
Olej rzepakowy

Dodatkowo : cukier puder

Do miski wsypuję mąkę z cukrem, dodaję jajko i mleko w temperaturze pokojowej. Dosypuję drożdże, dodaję wanilię i sól. Mieszam i odstawiam na kwadrans.
Myję maliny, osuszam i dodaję do ciasta (zostawiam trochę do dekoracji), zostawiam na 5 minut.
Rozgrzewam olej, smażę racuchy na rumiano z obu stron - około 6 minut.
Podaję jeszcze ciepłe z pozostałymi malinami, posypane cukrem pudrem.






poniedziałek, 10 września 2018

Ryżowe pralinki

Ostatnio lubię słuchać jednej piosenki. Ale tak non stop. Co się skończy, to zaczynam od początku. A raczej inaczej, nie zdąży się skończyć, a ja już w obawie przed ciszą i przerwą, przełączam na sam początek. I piosenka ta jest znana, mocno dojrzała, i w zasadzie w wersji oryginalnej, nieco już zapomniana.
I tak sobie podśpiewuję.
Więcej mi nic nie trzeba... Nie trzeba.... Nie trzeba...
No tak, wszystko jasne. Chyba wszyscy, albo prawie wszyscy, już słyszeli, jednym się podoba, innym nie. Mi do ucha wpadło za 2, 3, 6 razem. Ale jak wpadło, tak wyjść nie chce.
Zapalasz się, słyszę twój szept....
I tak nucę. I jak nucę, to myślę, że takie odgrzewane kotlety nie są wcale takie złe. Ale nie będzie przecież o kotletach. Bo ta piosenka, bo taki powrót do przeszłości, "odgrzewany kotlet", wywołał we mnie swoistą kulinarną melancholię. Słuchałam więc tego i przygotowałam owsiane pralinki. Coś co robiła moja babcia, kiedy dzieci domagały się słodkości, a w kuchennej szafce hulał wiatr. Robi się je dosłownie w chwilę. Smakują oczywiście wyjątkowo. Choć nie oszukujmy się, nie są najbardziej wykwintne słodkości na ziemi. Płatki ryżowe, mleko, kakao i cukier. No i trochę masła, dwie ręce, chwila w lodówce i gotowe. Dzieci zachwycone.Nie tylko zresztą dzieci. Taka ekspresowa słodkość potrafi uratować życie. Przetestowane...
Wszystko czego dziś chcę......

Składniki:
200 ml mleka
2 łyżki masła
3 łyżki gorzkiego kakao
Szklanka płatków ryżowych
Ekstrakt waniliowy
1/3 szklanki brązowego cukru

W garnuszku podgrzewam mleko z cukrem, wanilią, kakao i masłem. Gdy składniki się połączą dodaję płatki ryżowe i gotuję całość 2 minuty. Następnie odstawiam masę do wystudzenia.
Z zimnej masy formuję kulki, można dodatkowo obtoczyć jej w kakao. Przechowuję je w lodówce.





piątek, 7 września 2018

Serniczek w winnej galaretce z piernikiem

Pamiętam jak to było. Dokładnie pamiętam. Był chyba maj, wieczór, chwila przed pójściem spać. Mama powiedziała, że na pewno będziemy miały brata i mamy zdecydować czy będzie Michałem czy Mikołajem? Mówiąc szczerze, było mi obojętne, czy będzie Michał, czy Mikołaj. W ogóle obojętne mi było czy będzie brat czy siostra. Nie robiło to dla mnie żadnej różnicy. Poszłam do kuchni, gdzie tata kończył sprzątanie po kolacji i powiedziałam, że może być Michał. I tak zostało. Dopiero jak się urodził, to doszłam do smutnego wniosku, że dziecko jest prawdziwe. Że płacze, i zajmuje 90 % uwagi rodziców. Byłam zbuntowaną 6 latką. Do tej pory to ja byłam najmłodsza, najmniejsza i najsłodsza. A teraz stałam się środkowym dzieckiem. Generalnie nie polubiłam brata tak od razu. Ale pamiętam, jak pierwszy raz się uśmiechnął i wtedy uznałam, że jest nawet fajnym gościem. I tak sobie płynął czas, a brat dorósł. Sama nie wiem jak to zleciało? Zawsze był " Mały" i "Młody", teraz to pilny student medycyny w okularach, kitlu i ze stetoskopem na szyi. Za całkiem niedługo pan doktor. Jakoś ciężko mi się z tym pogodzić. Ale i cieszę się, że dobrze go z siostrą wychowałyśmy. Razem chodzimy na koncerty, czytamy te same książki, a mój brat to najlepszy stylista na świecie. Niczego nie kupię bez jego akceptacji! Choć czasem mierzi mnie jego absurdalny i cyniczny dowcip, ale nie ma się czemu dziwić, uczył się od mistrza, czyli mnie. Ale do rzeczy, brat miał urodziny. W środku tygodnia. W pracy zamęt, nie było czasu na pieczenie ciasta. Przygotowałam więc jego ulubiony sernik, ale w zupełnie innej wersji. Sernik utopiony w malinowej galaretce na czerwonym winie. Z wyraźnym smakiem pysznego piernika. To nie mogło nie smakować!


Składniki:
300 gramów kremowego serka ( u mnie Philadelphia)
150 gramów serka Mascarpone
2 łyżki miodu
Łyżka ekstraktu waniliowego
200 gramów malin
1 czubata łyżka brązowego cukru
1 łyżeczka przyprawy do piernika
200 ml czerwonego wina
Pół opakowania malinowej galaretki
Kilkanaście pierniczków - Całuski z nadzieniem wiśniowym Kopernika


Zaczynam od przygotowania serniczka. Łączę serki z miodem i wanilią na gładki krem, wstawiam do lodówki na minimum kwadrans.
Maliny płuczę i przekładam do garnuszka, zasypuję cukrem i przyprawami. Zalewam winem, gotuję owoce około 6-7 minut, aż zaczną się rozpadać. Do masy dodaję galaretkę i bardzo dokładnie mieszam całość. Gorącymi malinami z winem napełniam szklanki, odstawiam na 10 minut. Do sosu wkładam po 3 łyżki serniczka, deser odstawiam na pół godziny do lodówki.
Przed podaniem posypuję całość pokruszonymi pierniczkami.


wtorek, 4 września 2018

Cukinia faszerowana. Mięso, seler, ser.

Na naszej działce rosła armia kabaczków. I mniej więcej o tej porze roku co 3 dzień na obiad był kabaczek faszerowany mięsem mielonym. Nie dziwić więc powinno to, że nie mogłam patrzeć na takie połączenie. Warzywa i mięso? A fuj. Kiedy kabaczka zamieniłam na cukinię, okazało się, że mogę z powrotem jeść ten miks. Parę dni temu wróciłam do domu i zastałam 3 duże cukinie i karteczkę- zrób coś na obiad. Placki z cukinii były całkiem niedawno, poza tym brakowało mi nastroju na godzinne smażenie placków. Postanowiłam przygotować cukinię faszerowaną mięsem mielonym. Danie dość banalne i ograne. Tym razem do mięsa dodałam seler naciowy. Niby nic, a jednak zupełnie zmieniło to smak dania. Po 20 minutach cukinie były w piekarniku, zostało tylko przygotowanie ryżu i spokojne czekanie aż ser apetycznie się zapiecze. Zapachy kusiły, ale dałam  radę. Dotrwałam. Ta wersja zapiekanej cukinii smakowała wszystkim. Komplementy płynęły niczym rozpędzona rzeka. Kluczem jest mocne doprawienie mięsa i wyjęcie dania w odpowiednim momencie. Za długie pieczenie sprawi, że mięso będzie suche. Niecierpliwość zaś sprawi, że cukinia będzie twarda i niesmaczna. Ale w gruncie rzeczy to naprawdę prosty i pyszny przepis. Spróbujcie.


Składniki:
3 cukinie
70 dg mięsa mielonego ( u mnie z łopatki)
4 laski selera naciowego
1 mała cebulka
2 duże ząbki czosnku
100 ml domowego bulionu
1 kulka mozzarelli
2 łyżki oleju
1 łyżka słodkiej papryki
1 łyżeczka kminu rzymskiego
1 łyżeczka czosnku granulowanego
Sól
Pieprz
Oliwa z oliwek

Do podania ryż i koperek

Siekam czosnek i cebulkę, podsmażam na rozgrzanym oleju na złoty kolor. 2 laski selera obieram jak rabarbar, wrzucam na patelnię, podsmażam 2 minuty. Dodaję mięso mielone i wszystkie przyprawy, smażę 8-10 minut.
Kroję w plasterki pozostałe laski selera, dodaję na patelnię, zalewam całość bulionem i duszę kilka minut. Odstawiam z kuchenki.
W międzyczasie myję cukinie, kroję je wzdłuż na pół, wydrążam środki, napełniam mięsnym farszem. Mozzarellę rozrywam w rękach, układam na cukinii, piekę danie przez 30 minut w 185 stopniach.
Podaję z ryżem i obficie posypuję koperkiem.





niedziela, 2 września 2018

Cynamonowe ciasteczka do herbaty

Jakiś czas temu wyszłam z domu wczesnym rankiem. Naprawdę wczesnym. I wiecie co? Poczułam jesień w powietrzu. Było mokro, wilgotno, na chodniku tańczyły brązowe liście. Chłód, i szarość. I poczułam się źle. Naprawdę źle. Im jestem starsza tym lepiej czuję się w upalne dni. Owszem, siedzenie 8 godzin  w biurze, kiedy na zewnątrz jest z 35 stopni i nie ma klimatyzacji, to nie jest to co kocham, ale zdecydowanie lepiej mi się żyje w takie dni. A nie w te szare i jesienne chwile, gdy co prawda można odetchnąć od upału, ale mżawka i wiatr odbierają mi radość życia. Zdecydowanie jestem z tych cieplolubnych. Choć nie ukrywam, idea wieczoru z książką, pod kocem z kubkiem dobrej herbaty, przyjemną muzyką i ciasteczkami, jest mi bliższa niż nocne szaleństwa na plaży. Jako, że poczułam tę jesienną aurę, i ogarnęła mnie ochota na spokojny, niemal jesienny wieczór w domu, to przygotowałam te oto ciasteczka. Cynamonowe, z dużą ilością gorzkiej czekolady. Wyjątkowo proste, nie trzeba niczego wałkować, wycinać i brudzić. Wystarczy jedna miska i łyżka. Kwadrans, tyle wystarczy by cieszyć się ciastkami. I to jest czas, po jakim od wyjęcia masła z lodówki, do wyjęcia ciastek z piekarnika, możemy delektować się tym jesiennym aromatem. Ciasteczka są cudownie kruche, wyraźnie cynamonowe, od razu poprawiają nastrój. Musicie je sobie przygotować. Od razu z podwójnej porcji!


Składniki:
120 gramów masła
1 duże jajko
4 łyżki brązowego cukru
200 gramów mąki
60 gramów gorzkiej czekolady
1 czubata  łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Ekstrakt waniliowy

W misce ucieram masło z wanilią, jajkiem, cynamonem i cukrem. Dodaję mąkę z proszkiem do pieczenia, masa powinna być dość gęsta.
Siekam czekoladę, dodaję do miski, delikatne mieszam składniki.
Na blachę, wyłożoną  papierem do pieczenia wykładam łyżką ( polecam łyżkę do lodów) ciastka, spłaszczam je i piekę 10 minut w 190 stopniach.


Moje rady: Ciasteczka możecie polukrować cynamonowym lukrem.



piątek, 31 sierpnia 2018

Kokosowy omlet

Ostatnio dostałam od siostry smsa. Niby nic, często pisze do mnie. Tym razem napisała, że muszę koniecznie coś wymyślić by zużyć 1,5 kilogramowy worek kokosowych wiórków. Otóż, siostra skuszona niską ceną kupiła ten pokaźnych rozmiarów worek, nie sprawdzając, że data ważności kończy się za 2 tygodnie. No cóż, ciasto planowałam dopiero na weekend, więc wiórki trzeba było zacząć zużywać w inny sposób. Na kolację przygotowałam więc kokosowy omlet z twarożkiem i słodkimi truskawkami. Jak zwykle całość do przygotowania w parę chwil, ale za to z nutką egzotyki. No cóż, tydzień nie obfitował w upały, lemoniada poszła w odstawkę, zamiast tego znów wieczorami chętnie piję herbatę. Ostatnio nawet z miodem i cytryną. Te poranki są coraz ciemniejsze i niestety, chłodniejsze.... Lato mnie rozpuściło, ciągle mam ochotę na spacery po plaży. letnie sukienki, lemoniady w kawiarni i letnią beztroskę. Trzymam kciuki, by najbliższy weekend był bardziej letni, niż jesienny. Ale, w razie czego, mam ten omlet. Kokosowo-letni przysmak.


Składniki:
2 jajka
3 łyżki wiórków kokosowych
Ekstrakt waniliowy
2 łyżki mleka
1 łyżka masła klarowanego
3 łyżki serka wiejskiego
Łyżka miodu
Kilka truskawek ( maliny, borówki)

Serek mieszam z miodem i odrobiną wanilii.
Oddzielam białka od żółtek. Białka ubijam na pianę, żółtka ucieram z mlekiem,wanilią i żółtkami. Dodaję pianę do masy omletowej, rozgrzewam masło klarowane. Omlet smażę po 2 minuty z każdej strony.
Podaję go z miodowym serkiem i owocami.

środa, 29 sierpnia 2018

Poranny burger

Kiedyś byłam bardzo tradycyjna w kwestii porannych kanapek. Były dość nudne. Ser, albo szynka. Pomidor, bądź ogórek. Bułka, albo chleb. I tak dzień  w dzień. No, ale wiadomo, nawet najlepsze kanapki z najlepszym serem potrafią się znudzić. Dlatego kiedy mam tylko dodatkowe pięć minut w ciągu tygodnia, szykuję sobie coś bardziej skomplikowanego. Jako, że czekał mnie wyjątkowo pracowity dzień, moja kanapka musiała być naprawdę sycącą. Kiedy dopada mnie bowiem nawał pracy, nie mam czasu zjeść porządnie drugiego śniadania i dopiero koło 13 mogę coś przekąsić. Nie powinno więc dziwić to, że w moim burgerze jest i sadzone jajko i chipsy z boczku. Żeby było zdrowo, były i warzywa i bułka z ziarnami. Jedno jest pewne, bo takim śniadaniu żadne wyzwania nie są straszne, a kiedy ma się zapas energii, to i dzień jakoś tak szybciej mija. Oczywiście ta część dnia, którą spędza się w pracy. Bo te momenty po pracy, to akurat chciałabym przeciągnąć w nieskończoność.....



Składniki:
1 bułka z ziarnami
1 duże jajko
2 plastry wędzonego boczku
2 liście sałaty
2 plastry pomidora
Czerwona cebula
Kawałek Awokado
Sól, Pieprz

Na teflonowej patelni podsmażam boczek, powinien stać się chrupiący. Zdejmuję z patelni, a na tłuszczu ze smażenia boczku smażę jajko sadzone, doprawiam solą i pieprzem.
Bułkę przekrajam na pół, rozgniatam awokado i smaruję nim dolną połówkę bułki. Na nią kładę sałatę, pomidor i krążki czerwonej cebuli. Po warzywach czas na boczek i jajko sadzone. Całość przykrywam drugą połówką bułki.


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Błyskawiczne jabłka pod kruszonką

Jabłka pod kruszonką, albo po światowemu - crumble, to pyszny, już lekko jesienny deser. Po weekendowym załamaniu pogody, właśnie na taki deser miałam ochotę. Ale z racji niskiego ciśnienia, moje siły były ograniczone. W skrócie, ledwo doszłam do kuchni, a co dopiero miałabym zacząć piec. A potem porządkować. A do tego potrzebowałam deseru, który zjem w ciągu 5 minut, tak aby mieć dość siły, by z kuchni wrócić do pokoju i zaszyć się pod kołdrą z dobrą książką. Na czekanie aż upiecze mi się klasyczne crumble nie było więc mowy. Przygotowałam więc wersję iście ekspresową. Ale uwierzcie mi, tak samo pyszną i chrupiącą. Wykorzystałam  tutaj grójeckie jabłka, które przyjechały ze mną, z ubiegłotygodniowego urlopu. Bardzo słodkie i bardzo soczyste. Na surowo za słodkie i za soczyste, ale przetworzone były po prostu idealne. Leniwe jabłka pod kruszonką. Każdy je można przygotować!

Składniki:
2 małe jabłka
10 herbatników
Duża garść rodzynek
1 łyżka masła
2 łyżki brązowego cukru
1 łyżeczka bułki tartej
1 łyżka wiórków kokosowych
Skórka z połowy cytryny
Łyżeczka cynamonu
Pół łyżeczki mielonego imbiru

Jabłka obieram, kroję na kawałki, podlewam 2 łyżkami wody, dodaję przepłukane rodzynki, pół łyżeczki cynamonu, skórkę z cytryny,cukier i imbir. Duszę około 5-6 minut.
Na patelni rozgrzewam masło, wsypuję bułkę tartą, cynamon i pokruszone herbatniki. Dodaję wiórki kokosowe i podsmażam około 2 minut.
Do miseczek przekładam jabłka, posypuję herbatnikową kruszonką.

sobota, 25 sierpnia 2018

Ryż na mleku z malinami i czekoladą

Pozostaję tak trochę w tych śniadaniowych klimatach. Ryż, maliny i czekolada. Jak dla mnie poranny miks idealny. Obecnie jem maliny do oporu, i co dziwne, nic a nic, mi się nie nudzą. Jakoś nie kuszą mnie inne owoce, mam niedobór malin we krwi i te niedobory, z wielką przyjemnością uzupełniam. Zaczynam od samego rana, od solidnej porcji waniliowego ryżu z gorącymi malinami i czekoladą. Takie połączenie zapewnia mi energię na pół dnia i bardzo dobry nastrój. A sobota czeka mnie intensywna, chociaż pogodowo dzień zapowiada się marnie. Jak i niedziela. A na niedzielę to ja mam dużo planów. I o ile sobotnie plany, są raczej domowe - marzy mi się porządek w szafie, bo wszystkie znane mi porządkowe zaklęcia wypowiadane z pełną pasją co rano, nie przyniosły efektu. Marzy mi się również uporządkowanie wszystkich zdjęć z wakacji. I posegregowanie wakacyjnych pamiątek. Od maja próbuję to zrobić, od powrotu z Krynicy i nic.  Marzy mi się również uporządkowanie urodzinowych prezentów. Tak, tak. Wstyd mi, bo urodziny miałam 2 miesiące wstecz, a ja wciąż nie znalazłam miejsca dla wielkiej formy na tartę i  książek. Wszystko więc zalega w kąciku i czeka aż mnie oświeci i znajdę im miejsce. No i marzy mi się, żebym poszła na spokojne zakupy. I posiedziała trochę w kuchni, pichcąc smakołyki. A wieczorem chciałabym obejrzeć film.... Jako, że już jestem zmęczona, zostawiam Wam przepis i lecę.

Składniki:
200 gramów ryżu jaśminowego
400 ml mleka
1 łyżeczka cukru z prawdziwą wanilią

1/2 szklanki malin
1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią
Łyżeczka miodu
Szczypta kardamonu
4 kostki gorzkiej czekolady

Do garnuszka wsypuję ryż, dodaję cukier z wanilią i mleko. Podgrzewam ryż przez około 25 minut, aż stanie się miękki i wchłonie cały płyn.
W międzyczasie szykuję maliny. Umyte owoce, przekładam do małego garnuszka, podlewam łyżką wody, dodaję cukier z wanilią i kardamon, gotuję około 5 minut, owoce mają puścić sok.
Ryż przekładam do miseczek, polewam sosem malinowym, posypuję posiekaną czekoladą.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Placuszki z musli i malinami.

Musli z reguły jadamy na śniadanie. Jako dodatek do jogurtu, mleka, kefiru. Niektórzy zajadają się nim na sucho. Znam ja i takich. Ale musli można wykorzystać na wiele sposobów. Co byście powiedzieli na śniadaniowe placki z musli i malinami? Do zrobienia w parę minut! Przyznaję, że po ostatnim wyjeździe, kiedy nie musiałam gotować nic a nic, a śniadania magicznie pojawiały się na stole, byłam śniadaniowo leniwa. Czekałam i czekałam, a tu nic. Jajecznica, kanapeczki i inne pyszności, nie przychodziły do pokoju. W końcu poirytowana przygotowałam te oto placki. Tak na zachętę. By przygotowanie śniadania znów stało się dla mnie przyjemnością. Musli, maliny, parę chwil pracy i pyszne placki gotowe. W sam raz na te dni, gdy nie możesz się zdecydować - płatki, czy placki? Ja miałam dylemat, połączyłam więc te dwa smaki i powstały te placki. Z moimi kochanymi malinami na dokładkę.
Czy tylko ja się cieszę, że już czwartek? Marzę o weekendzie. Niech nadchodzi jak najszybciej!


Składniki:
Pół szklanki  ulubionego musli ( u mnie orzechowe z czekoladą)
Kilkanaście malin
2 małe jajka
1/2 szklanki mleka ( u mnie ryżowe)
200 gramów mąki pszennej
Ekstrakt waniliowy
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Masło klarowane


W miseczce ubijam jajko z mlekiem. Dodaję mąkę z proszkiem do pieczenia, oraz ekstrakt waniliowy. Dosypuję musli, i maliny.
Rozgrzewam masło na patelni. Smażę średniej wielkości placki, podaję je z musli i malinami. Najlepiej smakują na ciepło.

środa, 22 sierpnia 2018

Stara Pierogarnia Gdańsk

Dawno nie byliśmy z wizytą w jakiejś knajpie, więc dziś zapraszam Was na pierogi.
W Gdańsku najpopularniejszą pierogarnią jest Mandu, i bardzo lubię tam wpadać. Chociaż w takie momenty, kiedy mam ochotę na pierogi, a nie mam ochoty na 1,5 godzinne oczekiwanie,szukam innych miejsc. Tym razem właśnie tak było, aplikacja w telefonie podpowiedziała mi, że niedaleko aktualnej lokalizacji, znajduje się pierogrnia. Mnie nie trzeba było dwa razy namawiać. Raz, dwa i jesteśmy na miejscu.
Stara pierogarnia mieści się z dala od centrum miasta, kiedyś na Niedźwiedniku, obecnie na Zaspie. Restauracja jest przytulna i przyjemnie urządzona. Zgodnie z informacją, jest to rodzinny lokal, w którym rządzą babcine smaki i tradycyjne receptury. Miła pani kelnerka proponuje stolik, podaje karty i z przyjemnością opowiada co dziś można zjeść. Niestety pierogi z płuckami już sobie poszły. Tak, tak, jestem fanką tych pierogów, ale rozumiem, że nie każdy je lubi. No cóż, może innym razem? Tym razem skusiły nas tradycyjne ruskie, oraz te z kaszą gryczaną i twarogiem. A jako, że w pierogarni można też zjeść dania obiadowe, wpadł też zacny zestaw mięsny- sznycel drobiowy z jajkiem, podsmażonymi kopytkami i surówkami.


Oczekiwanie na posiłek, nie jest jakoś szczególnie męczące, bo po 20 minutach dania znajdują się na stole. Ładnie podane, syte porcje. Czas na degustację. Pierogi mają ciasto w sam raz, ani nazbyt cienkie, ani szczególnie grube. Dobrze doprawiony farsz i do tego jest go bardzo dużo. Można się najeść. Pierogi są oczywiście ręcznie robione, i to widać i czuć, i to wielki plus. Bardzo tradycyjne, zupełnie jak domowe. Minusikiem dla mnie jest to, że osobno trzeba zamawiać okrasę. Jak się zapomni, to dostaje się pierogi "na sucho" i trzeba robić domówienie.  Ale to drobna niedogodność, ruskie mają idealną równowagę pomiędzy ilością ziemniaków, a twarogu. A te gryczane, są bardzo delikatne, ale wyraźnie czuć aromatyczną kaszę. Wyjątkowo mi smakowały. Danie mięsne również było świeże, smaczne i soczyste. Porcja spora, i można było konkretnie się najeść do syta.
Czy polecam wizytę w Starej pierogarni? Oczywiście, jeżeli będziecie szukać w Gdańsku miejsca z dala od tłoku i turystów, to musicie wpaść koniecznie. Ceny nie są zbyt wygórowane, i za 130 zł naje się 5 osób.
Stara Pierogarnia, Gdańsk Zaspa, Al. Rzeczpospolitej 33 B




poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Placek wiśniowo-kokosowy

Właściwie to podwójnie kokosowy. A co będę się w nowym tygodniu ograniczać? Zdecydowanie nie warto. Po takim tygodniu, ciężko będzie mi wrócić do codzienności. Po kolejnej porcji urlopu będzie mi bardzo, ale to bardzo ciężko wdrożyć się w rytm pracy. Tym ciężej, że kolejnego urlopu na horyzoncie brak. Po prostu brak. Zostają mi piękne wspomnienia. A tych podczas ledwie czterech dni powstała cała masa. Długie spacery, zwiedzanie, rodzinne biesiadowanie, odpoczynek, czysty relaks. Niesamowicie naładowałam wewnętrzne akumulatory pozytywną energią i przeżyłam tyle pięknych chwil, że będę do nich wracać. Kolejny raz udało mi się spędzić dzień idealny z moją przyjaciółką. I bardzo żałuję, że mieszka tak daleko. Gdybym mogła to co tydzień urządzałabym nam taki maraton. Spacery, knajpki, godziny rozmów, poważnych i mniej poważnych. Godziny żartów. I chociaż pokonałyśmy kilometry, w ogóle nie czułyśmy zmęczenia! Dzięki mojej przyjaciółce pokochałam Warszawę, która przez wiele, wiele lat, była dla mnie za tłoczna, za głośna i przereklamowana.  Mam jednak nadzieję, że pogoda będzie ładna i jeszcze długo będę mogła robić sobie mini wczasy podczas weekendów.



Składniki:
3 duże jajka
350 gramów mąki orkiszowej
100 gramów roztopionego masła
6 łyżek cukru
2 łyżki cukru z prawdziwą wanilią
3 łyżki wiórków kokosowych
1/2 szklanki wiśni
1 łyżka proszku do pieczenia

Kokosowa kruszonka:
4 łyżki wiórków kokosowych
50 gramów masła
2 łyżki cukru

Myję i dryluję wiśnie.
Ucieram jajka z cukrami na jasny krem. Dodaję wystudzone masło, mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i wiórki kokosowe. Na sam koniec dodaję wiśnie, delikatnie mieszam całość.
Formę do pieczenia wykładam papierem, przelewam ciasto. Placek piekę przez 30 minut w 190 stopniach.
W garnuszku podgrzewam masło, dodaję wiórki i cukier, podsmażam 2 minuty. Kokosową kruszonką smaruję wierzch placka, i podpiekam kolejne 10 minut w 185 stopniach.







piątek, 17 sierpnia 2018

Twarożkowy omlet na śniadanie

Za szybko przeleciał mi ten tydzień. Zbyt szybko...
Jak byłam dzieckiem, takim, które maszeruje do szkoły, po 15 sierpnia zaczynałam odczuwać silną panikę. Bo już zaraz koniec wakacji. Już trzeba myśleć o podręcznikach, zeszytach, sprawdzić czego brakuje w piórniku i czy plecak wytrzyma jeszcze jeden rok. Oczywiście za moich czasów szkolne przybory, nie były tak atrakcyjne jak teraz. Chociaż szkolne czasy mam już dawno, dawno za sobą, to i ja ulegam modzie na piękne zeszyty, kolorowe długopisy, kredki, teczki z pięknymi wzorami... Co prawda większości tych rzeczy nie udaje mi się sensownie wykorzystać, ale bardzo lubię je mieć w zapasie. A ten zapas mam naprawdę spory, bo przecież coś, kiedyś, może się przydać. Ale wróćmy do meritum sprawy, dziś będzie o śniadaniu. Konkretnie o twarożkowym omlecie. Omlet na wytrawnie, dodałam twarożek i do ciasta i do środka. Dzięki temu omlet jest niezwykle wręcz kremowy i delikatny. Polecam na śniadanie, i życzę Wam pięknego weekendu :) Ja tym razem bez planów, będzie spontanicznie. No żartuję. Wszystko mam zaplanowane. No chyba, że plany popsuje mi pogoda....


Składniki:
2 jajka
Czubata łyżka mąki
3 łyżki serka kremowego śmietankowego
2 łyżki mleka
Masło klarowane
Sól
Pieprz
Połówka pomidora
Szczypiorek

Ubijam jajka z mlekiem, solą i pieprzem. Dodaję mąkę, a na samym końcu 1 łyżkę kremowego serka, dokładnie łączę składniki.
Rozgrzewam masło na patelni, smażę omlet z jednej strony 3 minuty, przewracam na drugą stronę. Smaruję wierzch serkiem, układam pomidorki, składam na pół i smażę minutę. Podaję na gorąco, posypuję szczypiorkiem.

środa, 15 sierpnia 2018

Serniczek truskawkowy. Wersja słoiczkowa.

Moje balkonowe truskawki oszalały. Cały czerwiec i pół lipca leniuchowały. Postanowiły rozpieszczać mnie owocami, właśnie teraz. I tak sobie zbieram truskawkę, za truskawką, i rozkoszuję smakiem czerwca. I przygotowałam sobie serniczek na zimno. W słoiczku, z galaretką. Tradycyjnie pyszny. I oczywiście błyskawiczny. No, może nie do końca, bo nie da się obejść etapu chłodzenia w lodówce. Ale ten czas mija bardzo szybko. Można iść na spacer, poczytać książkę, popływać na wodnym rowerku, ba nawet można utknąć na mieliźnie i czekać na ratunek. Tak, przydarzyło mi się to bardzo niedawno. Jakieś 3 metry od brzegu, i stop. Nie ruszamy się. Ani w lewo, ani w prawo. W przód i tył też nie idzie. I tak po 10 minutach uświadamiamy sobie, że nasze wysiłki są daremne i po prostu zostaniemy w tym rowerowym łabędziu na wieki. No, a przynajmniej do jutra rana, aż znów ktoś wpadnie nad jezioro.Na nasze szczęście pan sobie przypomniał, że skończył się nam czas, i warto sprawdzić co się dzieje z "turystkami" ( rzecz działa się 2 kilometry od domu). Po krótkiej rozmowie, pan podciągnął nogawki, wszedł do wody i nas przyholował. Bezgłośnie płakałam ze śmiechu. Najważniejsze, bezpiecznie dotarłyśmy do domu. A w domu czekały na nas serniczki....



Składniki:
300 gramów serka homogenizowanego
1 opakowanie galaretki malinowej
Kilka biszkoptów
Kilkanaście truskawek


W 400 ml wody rozpuszczam galaretkę, zostawiam na kwadrans.
Serek homogenizowany łączę z połową porcji galaretki. Chłodzę w lodówce przez 10 minut.
Na dnie pucharków kruszę biszkopty. Na nie wykładam masę serową. Z wierzchu układam pokrojone w plasterki truskawki, zalewam całość galaretką. Chłodzę przez minimum godzinę.


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Malinowe serniczki z patelni.

Uff, co to był za weekend! Działo się wiele miłych rzeczy, zostaną piękne wspomnienia, do których będę wielokrotnie wracać. I chociaż w niedzielny ranek powinnam być ledwo żywa- wszakże wróciłam do domu przed 2 w nocy, to miałam zaskakująco wiele energii! Skąd ona się wzięła? Z koncertu. A raczej z koncertów. To był istny maraton. Janerka, Kortez, Organek, Nosowska, Zalewski i oczywiście clue programu, Męskie Granie Orkiestra. Pogoda była fatalna, od godziny 15 lało, wiało, było szaro, i przez moment zaświtała mi myśl- zostań  w domu, przecież to impreza plenerowa. Ale wiecie co? Kalosze na stopy, ciepła kurtka, parasol i w drogę. Na miejscu zmoczyła mnie gigantyczna ulewa, byłam kompletnie przemoczona, ale to się w ogóle nie liczyło. Liczyła się świetna muzyka. Genialna Nosowska, taka urocza, rozkoszna, dosłownie do zjedzenia łyżeczką! Genialny Zalewski, którego jestem psychofanką. Śpiewałam, nie darłam się  na całe gardło przy każdej piosence. I sam finał, zostałam fanką Podsiadły, serio, rapujący Dawid skradł moje serce. Gość specjalny w postaci Marcina Dorocińskiego nucącego Nie mam dla ciebie miłości, sprawił,że przeszedł mnie dreszcz. A Brodka i jej wersja Szarych Miraży? Do teraz czuję te emocje! I oczywiście finał.... Wielki finał i chóralne zaśpiewanie Początku. To był wspaniały dzień, a raczej noc! A ranek powitałam takimi serniczkami z patelni. Było pysznie.





Składniki:
200 gramów twarogu półtłustego
1 duże jajko
5 łyżek mleka
1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią
4 łyżki mąki ( u mnie orkiszowa)
Kilkanaście malin
Masło klarowane

Twaróg rozdrabniam widelcem z malinami, dodaję jajko i wanilię. Dolewam mleko, i dodaję mąkę. Ucieram dość gęste ciasto.
Rozgrzewam masło klarowane, formuję średniej wielkości placki i smażę na rumiano ( po 3 minuty z każdej strony).
Serniczki najlepiej smakują z malinami i odrobiną cukru pudru.


sobota, 11 sierpnia 2018

Letni placek z borówkami

Dziś będzie o najszybszym cieście świata. W końcu przed nami kolejny letni weekend, pogoda dopisuje, nie spędzajmy więc całego dnia w kuchni. Ten letni placek ma wiele zalet. Jego przygotowanie to dosłownie 5 minut, zawsze wychodzi, świetnie smakuje, genialnie znosi podróże. Najlepiej zaś smakuje jedzony na dzikiej plaży, w pełnym słońcu. Ale oczywiście w kwestii otoczenia proponuję pełną dowolność. Może być i jezioro, rzeka, park, przydomowy ogródek, albo wygodny fotel. To ciasto jest też genialne, kiedy zapowiadają się niezapowiedziani goście. Dzwonią, że za kwadrans nas odwiedzą, bo akurat są w okolicy. W ten kwadrans nie tylko zdążycie upiec ciasto, ale i schować gazety i jeszcze podmalować oko.
Ja tym ciastem zajadałam się na dzikiej plaży. Wybaczcie więc, że nie zdradzę gdzież ona jest. Wszakże wtedy przestałaby być dzika! Ale zdradzić Wam mogę, że dziś na  innej plaży planuję spędzić 8 godzin. Co prawda będzie tłum, ale tym razem, o to właśnie chodzi. Czuję się jakbym była  na plażowym  etacie!

Składniki na 9 sporych kawałków:
4 duże jajka
100 ml oleju
300 gramów mąki pszennej
1/3 szklanki cukru
1/3 szklanki borówek
2 łyżki cukru z prawdziwą wanilią
Czubata łyżka proszku do pieczenia

Dodatkowo:
Cukier puder


Jajka ubijam z cukrami na puszystą masę, następnie dodaję olej i dalej ubijam, aż składniki się połączą.
Mąkę łączę z proszkiem do pieczenia, delikatnie dodaję do masy. Mieszam składniki ciasta na gładką masę.
Tortownicę wykładam papierem do pieczenia, przelewam masę. Z wierzchu układam umyte borówki.
Placek piekę 45 minut w 190 stopniach. Po wystudzeniu posypuję cukrem pudrem.

Moje rady: To ciasto możecie przygotować z takimi owocami jakie macie pod ręką - śliwki, wiśnie, porzeczki, maliny-wszystko pasuje.


czwartek, 9 sierpnia 2018

Smażone kąski bananowe

Dziś chwila odpoczynku od malin, wiśni i jagód. Będą banany. W zasadzie to bananowe kąski. W domu znalazłam 3 banany, które krzyczały - zrób coś ze mną, bo się obrazimy i po prostu roztopimy, i będziesz miała problem. Aby uniknąć spektakularnej awarii, zaczęłam myśleć co też zrobić z bananów? Najprostsza opcja? Błyskawiczne lody. Ale akurat miałam ochotę na nieco bardziej konkretną kolację. Przygotowałam więc błyskawiczne bananowe kąski w kokosowym cieście. Bardzo letnio, rajsko i kokosowo. I sycąco. Te urocze kąski szczególnie posmakują dzieciom. Ale i dużym łasuchom sprawią naprawdę sporo radości. I oczywiście przyjemności z jedzenia. Czekałam na końcówkę tygodnia, i proszę bardzo, już  czwartek. Czas płynie szybko, ale wolałabym by jutro nieco zwolnił. Czeka mnie parę fajnych rzeczy i chwil, więc wolałabym by to wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Bym mogła smakować każdą chwilę i dokładnie ją zapamiętać. A tymczasem czas na kąski!






Składniki:
3 średnie banany
1 duże jajko
3 łyżki wiórków kokosowych
5 czubatych łyżek mąki orkiszowej
3 łyżki mleka
Ekstrakt waniliowy
Masło klarowane

Dodatkowo: wiórki kokosowe, cukier puder


Banany obieram, kroję na plastry średniej grubości.
Jajko ubijam z wanilią i mlekiem. Dodaję mąkę i wiórki i kokosowe, ciasto powinno być dość gęste. Plasterki owoców zanurzam w cieście i smażę na rozgrzanym maśle około 2-3 minut.
Kąski podaję z wiórkami kokosowymi i cukrem pudrem.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Duszone schabowe w cebulowym sosie

Bardzo lubię klasyczne schabowe. Ale lubię też wersję duszoną. I taką przygotowałam wczoraj na obiad. Wczoraj były pyszne kotlety z duszonego schabu, z dużą ilością kremowego sosu, o delikatnie cebulowym smaku. To danie robi się zaskakująco szybciej, i zdecydowanie brudzi się jego produkcji mniej naczyń. Przy schabowych z panierce potrzebne są osobne talerzyki na rozbite jajka, bułkę tartą i mąkę. No i deska do rozbicia kotletów... Tutaj idziemy na skróty, pyszne danie dostajemy minimalnym nakładem pracy. Mamy w końcu lato, wolny czas milej spędza się na spacerze, a nie w kuchni. Ja po wyjątkowo przyjemnym weekendzie, nie mogę doczekać się końcówki tego tygodnia. Mam masę planów i odliczam dni, byleby był już czwartek! Byleby już był ten czwartek! A potem piątek, sobotę i niedziela.....





Składniki:
4 kotlety ze schabu bez kości
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
3 łyżki śmietanki kremówki
 Niepełna szklanka bulionu wołowego
Słodka papryka- pół łyżeczki
Sól
Pieprz
Czubata łyżka mąki
1 łyżka oleju rzepakowego
2 ziela angielskie
2 listki laurowe

Do podania : ziemniaki, i mizeria

Kotlety opłukuje, posypuję solą i pieprzem, lekko oprószam mąką.
Na patelni rozgrzewam olej, wkładam kolety i podsmażam je po 2 minuty z każdej strony. W międzyczasie siekam drobno cebulkę i czosnek, dodaję na patelnię i podsmażam około 5 minut na małym ogniu.
Zawartość patelni zalewam bulionem, dodaję wszystkie przyprawy, duszę 10 minut, aż sos zacznie gęstnieć. Na sam koniec dodaję śmietankę, dokładnie mieszam całość i duszę 5 minut.
Kotlety podaję z ziemniaki, mizerią i polewam je sosem.

sobota, 4 sierpnia 2018

Pudding z jabłkiem

Sobotnie śniadanie, sierpień za oknem. Wszystko jest takie intensywne, wyraźne, takie barwne i kolorowe. Poranki są cudowne. Aż żal zacząć taki dzień banalną, chociaż pewnie smaczną, kanapką. Albo porcją jogurtu i płatków Takie poranki trzeba celebrować. Na takie śniadania, bardzo, bardzo leniwe, proponuję pudding z jabłkami. To danie jest bardzo ekonomiczne, można użyć pieczywa, które chwile świetności i świeżości ma już za sobą. Bułka maślana, chałka, kawałki drożdżowej babki. Albo zwykłe kajzerki, które przestały uwodzić kruchością. Do tego pierwsze letnie jabłka. Słodkie papierówki, takie śniadanie to po prostu wstęp do wspaniałego dnia. A co na dziś planuję? Dziś planuję nadrobienie wszystkich domowych spraw. A potem planuję zgubić się na Jarmarku.Co prawda od razu ruszam na targ staroci, wszystko inne zostawiając daleko w tyle. Będę szukać unikatowych talerzyków, kubeczków i miseczek. I tego wszystkiego co mieści się pod szerokim pojęciem "dekoracji". Może coś mnie zauroczy? A może nic nie wpadnie mi w oko? W razie czego rozsiądę się w mojej ulubionej kawiarni z widokiem na Motławę. Zamówię jaśminową lemoniadę i będę rozkoszować tym pięknym letnim dniem. I tego Wam życzę!


Składniki:
Pół dużej  chałki ( najlepsza jest taka dwudniowa)
2 jajka
2 jabłka
200 ml mleka
Ekstrakt waniliowy
Pół łyżeczki cynamonu
Garść rodzynek
Masło do wysmarowania foremki
Chałkę kroję na kromki, a te na połówki. 
Podgrzewam mleko z cynamonem i wanilią, chwilę studzę i dodaję jajka, dokładnie ubijam wszystkie składniki. 
Rodzynki przepłukuję na sitku. Jabłka obieram i kroję w ósemki. 
Małą foremkę do zapiekania smaruję masłem, wykładam jabłka, rodzynki i kawałki chałki, całość zalewam mleczno-jajeczną mieszankę. Pudding piekę przez 25 minut w 190 stopniach. 
Można posypać cukrem pudrem, albo podać z miodem i owocami. 





piątek, 3 sierpnia 2018

Placki malinowe

Maliny. Po truskawkach to zdecydowanie moje ulubione owoce. Mam wielki sentyment do ich smaku. Przypomina mi się wielki krzak malin, na działce babci. Te letnie wieczory, kiedy chodziliśmy na działkę. Miałam z siostra pomagać babci przy ogórkach, podlewać kapustę, albo zbierać jabłka. A my chowałyśmy się w tym malinowym zakątku i podjadałyśmy jedna za drugą.... Maliny mogę jeść na kilogramy. Albo i na tony. Po prostu uwielbiam ich słodko-kwaśny smak. Intensywny kolor i niezwykły aromat. Dziś wykorzystałam maliny do placków. Ale takich nieco innych. To są placki bez mąki, mamy tutaj jajka, maliny, i.... mleko w proszku. To ono robi całą robotę. Daje plackom cudowny, mleczno-maślany, śmietankowy i kremowy smak. Nie muszę wspominać, że placuszki robi się błyskawicznie. Polecam je, nie tylko na weekendowe śniadanie.


Składniki:
1 duże jajko
5 łyżek mleka w proszku
5 łyżek wody
1 łyżka płatków owsianych
Kilkanaście malin
Ekstrakt waniliowy
Masło klarowane



Lekko ubijam jajko z wanilią i wodą. Dodaję mleko w proszku i płatki owsiane, bardzo dokładnie mieszam całość, tak by nie było grudek.  Do masy dodaję umyte maliny ( kilka zostawiam do dekoracji).
Na maśle klarowanym smażę średniej wielkości placki. Podaję z owocami, można posypać cukrem pudrem.



środa, 1 sierpnia 2018

Makaron con carne

Obiad po urlopie. Trudny temat. Przez tydzień można odwyknąć od gotowania, sprzątania, planowania i robienia zakupów. Od czasu do czasu, fajnie jest oddać się w czyjeś ręce, iść na gotowe, zjeść, podziękować i po prostu wyjść. Niczym się nie martwić. Ale niestety wszytko co dobre, szybko się kończy i czas wracać do rzeczywistości. I do gotowania obiadów. Na szybki obiad przygotowałam więc proste danie, makaron z sosem. Sos jak meksykańskie chilli con carne. Ale przygotowany błyskawicznie. Nie jest oszukany, jest mięso, są warzywa, przyprawy i kakao. Tak, kakao. No, ale jak to? Kakao, do fasoli? Właśnie, dwie łyżki kakao całkiem zmieniają smak sosu, dodają mu wyrazistości i pazura. Zdecydowanie nie trzeba się bać, tylko sypać kakao i cieszyć smakiem tego dania. To, co, raz, dwa, obiad gotowy, i można w końcu przeprosić się z walizką i zacząć ją rozpakować!

1 pierś z kurczaka
3 pomidory malinowe
3 łyżki passaty
Pół puszki czerwonej fasolki
1 mała cebulka
2 ząbki czosnku
2 łyżki gorzkiego kakao
2 łyżki oliwy
Kawałek papryczki chilli
Pół łyżeczki kuminu
1 łyżeczka suszonego oregano
1 łyżka cukru

Dodatkowo:
Makaron spaghetti


Gotuję al dente makaron w mocno osolonej wodzie, odcedzam.
Mięso osuszam papierowym ręcznikiem i kroję w kostkę.
Pomidory kroję w kostkę. Czosnek i cebulkę drobno siekam, podsmażam na rozgrzanym oleju, dodaję mięso i smażę około 8 minut.
Na patelnię wrzucam pomidory, passatę i przyprawy ( poza kakao), smażę 3-4 minuty. Następnie dodaję fasolkę i kakao, dokładnie mieszam całość i podsmażam 5-6 minut, aż wszystkie smaki się połączą.
Gotowy sos podaję z makaronem. Dekoruję pietruszką.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...