Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

wtorek, 31 października 2017

Podwójnie czekoladowe Brownie z kawą

W jesienne dni potrzeba mi sporej dawki czekolady. I jeszcze większej ilości czekolady. A jakby tak czekoladę posypać czekoladą? Ach, byłoby pysznie. Dziś będę kusić bardzo czekoladowym Brownie. Z podwójną dawką czekolady. Mamy tutaj nie tylko kakao, gorzką czekoladę, ale i białą czekoladę. Która co prawda nieco ginie w czarnej masie, ale za to dodaje ciastu ciekawy, mleczno-karmelowy posmak. No i kawa. To pomieszanie smaków, jest naprawdę świetne. Takie proste, a jak pyszne. Brownie ma to do siebie, że jest tym ciastem, które wyjdzie każdemu. Nie trzeba specjalnie się nim przejmować. Im większy zakalec tym lepiej. Ja tym bardziej przypiekłam swoje ciasto bardziej, bo takie było zamówienie rodziny. Ale Wy śmiało możecie trzymać wypiek parę minut krócej w piecu. Czekolada, kawa, więcej czekolady. Kto się skusi?


Składniki:
1 tabliczka gorzkiej czekolady min 70 % kakao
Pół tabliczki białej czekolady
3 jajka
70 gramów masła
300 gramów mąki
2 czubate łyżki kakao
1 czubata łyżka kawy rozpuszczalnej
4 łyżki cukru
Szczypta soli
Cukier puder


W garnuszku topię masło razem z  gorzką czekoladą, dodaję kawę i mieszam. Studzę mieszankę.
Siekam białą czekoladę. Do masy czekoladowej dodaję jajka, sól, mąkę przesianą razem z kakao i cukier. Dokładnie mieszam, a na końcu wsypuję białą czekoladę.
Formę wykładam papierem do pieczenia, wylewam ciasto. Piekę Brownie przez 22-25 minut w 185 stopniach.
Posypuję cukrem pudrem.




niedziela, 29 października 2017

Kremowy omlet ze szczypiorkiem

Nie wiem jak u Was, ale jak mi coś posmakuje to dręczę temat niczym pełnokrwisty dręczyciel. Ostatnio u mnie na tapecie są weekendowe omlety.  Być może to wpływ pogody, albo chęć na niedzielne lenistwo ? W każdym razem od paru tygodni co niedziela, to wiadomo, że będzie omlet. Tym razem przygotowałam omlet bez mąki. Tylko jajko i dużo, dużo szczypiorku. Podsmażyłam go tylko z jednej strony, dzięki temu wierzch wyszedł maksymalnie kremowy i delikatny, a spód wysmażony i bardzo omletowy. Taki mi bardzo, bardzo smakuje. Dwa w jednym. Jedna część smakuje trochę jak jajecznica, druga to klasyczny omlet. Bardzo fajnie smakuje podany z kremowym twarożkiem. Jeszcze więcej kremowości,a  tej nigdy dość. Udanej niedzieli Wam życzę. Na przekór fatalnej pogodzie. Przynajmniej u mnie leje i wieje. Ale to ostatnio standard. Listopad w tym roku przyszedł o dwa tygodnie za wcześnie. W zasadzie to z roku, na rok, przychodzi coraz szybciej.



Składniki :

2 średnie jajka
2 łyżki mleka
Sól
Pieprz
Duża garść szczypiorku
Masło klarowane

W miseczce ubijam jajka z mlekiem solą i pieprzem. Siekam szczypiorek i dodaję do masy omletowej.
Rozgrzewam masło, wylewam jajeczną masę i smażę, delikatnie podważając omlet, tak aby nieścięta masa z wierzchu wpływała pod spód. Składam omlet na pół i smażę dodatkowo minutę.
Podaję z ulubionymi warzywami.



piątek, 27 października 2017

Golden Latte

Przyznaję szczerze, ten magiczny napój próbowałam dopiero pierwszy raz podczas infekcji. Oczywiście słyszałam o nim wiele, wiele razy. Ale jakoś nie przygotowywałam go sobie w obliczu choroby. Dopiero teraz, przy okazji zapalenia gardła, z dużą chęcią piłam go dzień dnia. I piję do dziś, na wzmocnienie. Nie tylko smakuje bowiem idealnie, ale i działa. Naprawdę, ten napój ma magiczne właściwości. Przyjemnie rozgrzewa, szczególnie polecam go popijać zimą zamiast kakao, albo kawy. Ale i przed snem się sprawdza, ułatwia zasypianie i wprowadza w błogi nastrój. Możecie użyć oczywiście ulubionego mleka. Ja użyłam pół na pół to tradycyjne, i migdałowe, bo siostra kazała mi zużyć resztki. Myślę,że mleko migdałowe sprawdza się tutaj po prostu idealnie. Daje przyjemny, orzechowy, lekko słodki aromat, który wprowadza w dobry nastrój. Taki rozgrzewający napój, jesienno -zimową porą to pozycja obowiązkowa.


Składniki:
100 ml mleka
100 ml mleka migdałowego
Łyżeczka kurkumy
Duża szczypta suszonego imbiru
Duża szczypta cynamonu
Opcjonalnie odrobina łagodnego miodu


W garnuszku podgrzewam oba rodzaje mleka z przyprawami, mleko nie powinno się zagotować. Zostawiam na parę minut i dodaję miód. Wypijam póki jest ciepłe.


czwartek, 26 października 2017

Krem jaglany a'la Bounty

Deser, podwieczorek, albo słodka kolacja. Nawet na śniadanie. To pierwsze i to drugie. Tak naprawdę ten krem może trafić do naszych rąk o każdej porze dnia. I zawsze się sprawdzi. Smakuje jak słynny batonik kokosowy z czekoladą. Jako małe dziecko byłam w nim po prostu zakochana. Niemal do szaleństwa. Mogłabym jeść i jeść. Potem mi przeszło. Ale ostatnio chciałam przypomnieć sobie ten smak, ale w zdrowszej, dużo zdrowszej wersji. Kasza jaglana, kokos, gorzka czekolada. I nic więcej. Zero dodanego cukru i innych składników, które niekoniecznie lubimy. Nawet ci, którzy niezbyt przepadają za smakiem kaszy jaglanej, z chęcią spróbują tego kremu. Szczególnie warto podawać go dzieciom w okresie jesienno-zimowym, bo pomaga zapobiegać przeziębieniom i je leczy. Jako, że ja często się przeziębiam, więc kaszę jaglaną będę jeść parę razy w tygodniu. Jeżeli chcecie ten krem podać jako deser, śmiało dajcie więcej czekolady. Ja zrobiłam go na śniadanie, więc nieco ograniczyłam ilość cukru z rana.


Składniki:
5  łyżek kaszy jaglanej
100 ml mleka kokosowego
200 ml mleka
2 łyżki wiórków kokosowych
4 kostki gorzkiej czekolady

|Siekam czekoladę. Płuczę kaszę pod wrzątkiem. Kaszę zalewam mlekiem i gotuję aż wchłonie cały płyn. Dodaję wiórki kokosowe i blenduję. Połowę kremu przekładam do miseczki, posypuję połową porcji czekolady, wykładam kolejną porcję kremu, posypuję czekoladą i odrobiną wiórków kokosowych. Najlepiej smakuje po schłodzeniu chwilę w lodówce.

poniedziałek, 23 października 2017

Babka czekoladowo-śmietanowa

I jak tam po weekendzie? Gotowi na rozpoczęcie nowego tygodnia? Jak zwykle weekend był za krótki. Dopiero co spakowałam torbę i wyszłam z biura, a tu proszę. Budzik znów dzwoni i ogłasza poniedziałek. Trochę to już nudne. Zdecydowanie postuluję o 4 dniowe weekendy. Z opcją 5 dniowych co trzeci tydzień. Może wtedy byłabym w pełni wypoczęta. Nie wiem tylko kto zechciałby wprowadzić moje postulaty w życie?
Ale nie myślmy przez chwilę o poniedziałku. Myślami jestem bowiem przy weekendzie i weekendowym cieście. Tym razem inspiracją była dla mnie książka. Nie, przepisu nie znalazłam w książce. Inspiracją była treść książki. Babcia i wnuczka. Ich odnalezienie, próby nawiązywania relacji, nadrobienia straconego czasu i poznania się wzajemnie. Pomyślałam sobie, że Alice i Kate mogłyby siedzieć na tarasie i zajadać właśnie to ciasto. Takie babcine. Proste, a jednak wspaniałe. Bardzo czekoladowe. Delikatne dzięki śmietanie. Ta babka wyjdzie każdemu. Jest prosta i przepyszna. Koniecznie musicie jej spróbować!


Składniki:
100 gramów gorzkiej czekolady
80 gramów masła
150 ml mleka
2 duże jajka
250 ml śmietany 18 %
2 szklanki mąki pszennej
5 łyżek cukru
Olejek śmietankowy
Łyżka proszku do pieczenia
Odrobina soli
Masło i bułka tarta do formy


W garnuszku topię czekoladę razem z połową szklanki mleka. Studzę.
Masło ucieram z cukrem. Dodaję śmietanę,mleko i mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. Dzielę ciasto na dwie nierówne części. Do większej dodaję czekoladę i szczyptę soli. Do mniejszej, olejek śmietankowy. Obie dokładnie mieszam.
Formę na babkę smaruję masłem i wysypuję bułką tartą. Na dnie układam połowę masy czekoladowej, na to wylewam śmietankową masę, i przykrywam częścią czekoladową. Babkę piekę przez 40 minut w 180 stopniach.
Można posypać cukrem pudrem.




sobota, 21 października 2017

Włoski omlet

Czemu włoski? Bo z parmezanem. Niby mała rzecz, a całkowicie zmienia smak porannego omletu. Garść tego sera sprawia, że omlet zyskuje zupełnie nowy wymiar. Przyznaję, kiedyś nie byłam fanką tego sera. Do tego stopnia, że parę lat temu w pewnej włoskiej knajpce zdejmowałam z wielką pasją drobinki sera z makaronu. Ile ja się wtedy napracowałam! Ale po prostu nie pasował mi wyrazisty smak parmezanu. Widocznie zmienił mi się gust, być może dojrzałam? W każdym razie dziś parmezan mam na stałym wyposażeniu lodówki i nie wyobrażam sobie by go tam nie było. Bo jeżeli najdzie mnie ochota na drobną zmianę w śniadaniowym menu, wystarczy trochę sera, i gotowe. Parmezanowy omlet po 5 minutach ląduje na talerzu. I kusi pysznym smakiem i apetycznym zapachem. Takim omletem bardzo miło jest przywitać weekend. Co z tego, że jesienny. W końcu wolne chwile :)


Składniki:
2 średnie jajka
Duża garść startego Parmezanu
2 łyżki mleka
Szczypta soli
1 suszony pomidor
Bazylia
Masło klarowane

Rozgrzewam patelnię z masłem.
Jajka ubijam z solą, dodaję mleko i ser. Na koniec bardzo drobno posiekany suszony pomidor. Wszystko delikatnie mieszam. Masę omletową wylewam na patelnię, smażę aż na wierzchu zacznie się ścinać - około 2 minut. Przewracam na drugą stronę i dosmażam minutę.
Podaję z bazylią.

czwartek, 19 października 2017

Jesienne ciasto z gruszką i kakao

Jesienne wypieki zdecydowanie kojarzą mi się z kakao i owocami, którymi raczy nas jesień. Czyli z gruszkami i jabłkami. Do tego korzenne przyprawy i ciasto gotowe. Dziś przychodzę z przepisem na bardzo proste jesienne ciasto, które można upiec w środku tygodnia. Jest bezproblemowe, banalnie proste, cały proces szykowania to jedna miska, jedna łyżka i mieszanie. I oczywiście pokrojenie gruszki na kawałki. Moim zdaniem to jest właśnie domowego ciasta. Czyli takiego, które można przygotować z tego co akurat znajdzie się w kuchennych szafkach. Co w 10 minut ląduje w piecu, a jedzenie tego przysmaku nie wymaga talerzyka, łyżeczek i sztywnego siedzenia przy stole, bo kremy, bo warstwy, bo coś się pobrudzi. Moim zdaniem nie ma nic przyjemniejszego niż uprzyjemnienie sobie jesiennego dnia zapachem cynamonu i kakao. Kawałkiem ciasta, upieczonego bez zbędnego wysiłku, ale z dużą porcją miłości.



Składniki:
2 małe gruszki ( bardzo słodkie)
350 gramów mąki orkiszowej
3 łyżki cukru trzcinowego
2 łyżki kakao
3 jajka
1/2 szklanki neutralnego oleju
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
Cukier puder



Gruszki myję, obieram, kroję w małą kostkę.
Jajka ucieram z cukrem na jasny krem. Dodaję powoli olej i dalej ucieram aż składniki się połączą.
Przesiewam mąkę z kakao, proszkiem do pieczenia i cynamonem, dodaję do masy jajecznej. Na koniec wsypuję gruszki, mieszam delikatnie.


Blaszkę do pieczenia wykładam papierem do pieczenia. Piekę placek 40 minut w 190 stopniach - do suchego patyczka. Po wystygnięciu posypuję cukrem pudrem.


Moje rady: Do ciasta możecie dodać również jabłka, albo połączyć oba rodzaje owoców

wtorek, 17 października 2017

Domowe risotto. Na szybko.

Kiedy człowieka dopada przeziębienie, długie gotowanie jest ostatnią rzeczą o jakiej się wtedy myśli. Ideałem byłoby gdyby ktoś przygotował wtedy kichającemu i zmęczonemu człowiekowi wielki gar rosołu z dużą dawką makaronu. Na marginesie, ja nie wiem co mnie bardziej leczy, domowa zupa, czy jednak makaron? W każdym razie ostatni weekend spędziłam w domowym zaciszu, próbując w szybkim czasie pozbyć się zapalenia gardła. Jednak nie dałam rady i biurowe wirusy okazały się silniejsze. Niestety. Sama jestem sobie winna. Jeszcze parę dni temu marudziłam mojej przyjaciółce, jak to przydałoby mi się takie lenistwo, nic tylko ja, koc, książka, serial i czysty relaks. Trzeba zdecydowanie dobrze się zastanowić o czym się marzy, bo to może się niestety spełnić. I wtedy bywa ciężko. Bo relaksowanie się z palącym od bólu gardłem i głową ciężką jak armata, przynosi mało korzyści. Zdecydowanie wolałabym inaczej spędzić ten weekend. Ale cóż, choroba nie wybiera.
Wróćmy do przepisu. W niedzielę byłam w domu sama, musiałam zatroszczyć się więc o jakiś obiad. Najpierw chciałam po prostu zrobić sobie kanapkę. Ale odrzuciłam ten pomysł bo chciałam zjeść co na ciepło. Parówka? Nie. Jajecznica? Mało niedzielnie. Miałam ograniczony repertuar, na zakupy iść nie mogłam, musiałam korzystać z tego co znalazłam w swojej kuchni i tak zrobiłam bardzo smakowite risotto z warzywami i serem Mozzarella. Bardzo proste i naprawdę pyszne. Do tego szybkie i tanie. Idealnie się sprawdzi jako danie po męczącym i pracowitym dniu. Gdy na obiad pomysłu brak, na zakupy iść nie chce, a nie przepada się za zamawianą pizzą.


Składniki na 2 porcje:
350 gramów ryżu
2 szklanki domowego bulionu
2 ząbki czosnku
1 mała czerwona cebulka
1 opakowanie Mozzarelli
200 gramów mrożonych warzyw
1 łyżka oliwy
Sól
Pieprz
Zioła prowansalskie
Suszona pietruszka

Bardzo drobno siekam czosnek i cebulkę, rozgrzewam oliwę na patelni i podsmażam warzywa około 2 minut. Następnie wsypuję ryż i smażę do momentu aż przestanie być szklisty. Bardzo delikatnie dolewam pierwszą szklankę bulionu, gotuję aż ryż wchłonie całą wodę. Dodaję warzywa,przyprawy, dolewam pół szklanki bulionu, znów gotuję aż potrawa wchłonie cały ryż i powtarzam tę czynność z ostatnią częścią bulionu. Na sam koniec dodaję rozkruszoną w palcach Mozzarellę, mieszając,podgrzewam aż ser się całkiem rozpuści. Od razu podaję.


niedziela, 15 października 2017

Z wizytą w..... Ping Pong

Nie, nie będziemy dzisiaj grać w tę sportową grę. Chociaż w zasadzie ta gra jest podpowiedzią. Jak wiadomo ping pong to gra szalenie popularna w Azji i to właśnie Azja jest słowem kluczem. Ping Pong to bowiem knajpa azjatycka. Tego dnia trafiłam do niej zupełnym przypadkiem. Na marginesie muszę dodać, że ostatnio wiele fajnych knajpek odkryłam właśnie zupełnym przypadkiem. Tak więc, tego dnia planowałam odwiedzić inne miejsce, ale z powodu nadmiaru gości musiałam zrezygnować, zmienić plany, przejść całe 10 metrów i zająć miejsce w Ping Pongu. Nawiasem mówiąc, zajęliśmy ostatni wolny stolik. Trafiło nam się fartem.


Ping Pong to stosunkowe dość nowe miejsce na kulinarnej mapie Gdańska. Znajduje się w Garnizonie, w miejscu gdzie jako dziecko jeździłam z tatą w niedzielne poranki na filmy, a dziś rozwinęła się tam praktycznie nowa dzielnica miasta. I nawiasem mówiąc jest to jedno z moich ulubionych miejsc. Sama knajpa jest ciekawie urządzona, bardzo nowocześnie, dekoracje przyciągają wzrok i co ważniejsze cieszą oko. Wielbiciele nowoczesności i industrialnych miejsc będą zachwyceni. Dobrze czuły się zarówno grupy znajomych, jak i rodziny z dziećmi. To duży plus.
Menu nie jest skomplikowane. Mamy jasny podział na kategorie dań, a wszystko jest szczegółowo opisane. Ciekawa jest sama forma zamówienia, dostajemy karteczkę z menu, i ołówek, każda osoba zaznacza co chce zamówić. Nas skusił kurczak po wietnamsku, żeberka, i bardzo ostre zielone curry. Do picia aloesowa lemoniada z ogórkiem i biała herbata, mrożona, bo wtedy było jeszcze naprawdę ciepło. Kuchnia jest na wpół otwarta, można więc obserwować pracę kucharzy i zgadnąć kto robi nasze danie.

Po 15 minutach dania pojawiły się na stole. Wcześniej kelnerka przyniosła marynowaną rzepę z sezamem. Z początku nie wiedziałam za bardzo co to za warzywo, smakowało genialnie, lekko, chrupiąco i słodkawo. Napoje były genialne. Kokosowo-aleosowa lemoniada smakowała bosko. Mogłabym codziennie ją popijać. Do tego ogórek i cytryna. Zdecydowanie smak do odtworzenia w domu. Czas na dania główne. Zacznę od mojego wyboru, czyli kurczak po wietnamsku. Co się składało na to danie? Mięso w chrupiącej panierce, lekko pikantnej. Do tego ryżowe kluseczki, kiełki, jarmuż, pestki dyni i dość ostry sos. Samo mięso było idealne. Soczyste, delikatne, z chrupiącą panierką. Sos był naprawdę ostry i wyrazisty. A kluseczki? Mam co do nich trochę wątpliwości. Były bez smaku, co było plusem, bo maczane w sosie lekko łagodziły jego smak i stanowiły idealne tło. Ale to co mi nie odpowiadało, to konsystencja. Taka dość gumiasta, za gumiasta jak na moje gusta. Żeberka były pyszne, bardzo fajnie zamarynowane i świetnie upieczone. Do tego idealnie ugotowany ryż i porcja zdrowia czyli brokuły. Na koniec zielone curry. W menu było ostrzeżenie, że jest to danie bardzo ostre. Mój brat się tym jednak nie przejął, bo kocha to co pikantne. Ale musiał przyznać, że ten kurczak był po prostu ognisty. Smaczny, ale piekielnie ostry.  Ogólnie wszystkie dania były bardzo świeże, pięknie podane, porcje w sam raz. Smak też bez większych zarzutów - wyłączając kluseczki, wolałabym dostać do pysznego kurczaka makaron ryżowy.


Ceny nie są najniższe, ale jeżeli bierzemy pod uwagę lokalizację i jakość, to nie jest źle. Obiad dla trzech osób wyniósł 125 złotych.
Ja na pewno wrócę do Ping Ponga. Jesienną porą mam ochotę na Ramen.
Ping Pong, ul. J. Słowackiego, 21, Gdańsk


piątek, 13 października 2017

Sezamowa owsianka

I kolejny piątek. Przed nami kolejny weekend. Czym go zacząć? Może sezamową owsianką? Pyszna, sycąca i bardzo rozgrzewająca? O wspaniałym sezamowym smaku? Taką owsianką naprawdę warto zacząć dzień. Coraz zimniej. Niestety, szczególnie poranki są coraz chłodniejsze i domagają się solidnych śniadań. Na ciepło oczywiście. Na szczęście taką owsiankę, można przygotować w parę minut. Kiedyś nie byłam specjalną fanką owsianek na śniadanie. Potem robiłam je codziennie. Następnie tak się nimi znudziłam, że porzuciłam je na parę lat! Ostatnio jednak chętnie do nich wracam. Staram się urozmaicać moje owsianki jak mogę, kiedyś jadłam jeden rodzaj - płatki gotowane na mleku z cynamonem. Teraz cenię śniadaniową różnorodność. I taką owsiankę serdecznie polecam. Na te coraz chłodniejsze poranki będzie jak znalazł.
Wczoraj przeczytałam, że na stałe ma się nam wprowadzić czas letni. Osobiście jestem przeciwko. Wydaje mi się, że wszyscy zapominają, że godzina słońca dłużej wieczorową porą, nie jest gratis. Oznacza to godzinę rano ciemności więcej. Wiecie, że już w sierpniu słońce będzie wstawać dopiero o 7 rano? A w grudniu aż o 9? Wyobrażacie sobie takie funkcjonowanie? Bo ja nie . Nie znoszę szarych i ciemnych poranków. Rano potrzebuję słońca. Dużo bardziej niż jego zachodów o 18 czy 21. A jakie jest Wasze zdanie? Jak dla mnie obecne rozwiązanie jest idealne. Nawet biorąc pod uwagę parę dni lekko rozkojarzonych przez zmianę czasu.


Składniki :
5 łyżek płatków owsianych
Niepełna szklanka mleka ( zwykłe lub roślinne)
2 łyżki pasty sezamowej 
1 łyżeczka kakao
1 łyżka miodu
Łyżka prażonych ziaren sezamu
Maliny

W garnuszku płatki owsiane zalewam mlekiem, dodaję pastę sezamową oraz kakao i gotuję aż płatki staną się gęste - około 6 minut. Dosładzam miodem i mieszam owsiankę. Przekładam ją do miseczki, posypuję sezamem, podaję z malinami.







środa, 11 października 2017

Placek Earl Grey z czekoladą

Pierwsze ciasto herbaciane upiekłam parę lat temu. Było to zimą, były to imieniny mojego taty. Zapomniałam o przygotowaniu jakiegoś ciasta, a, że akurat w telewizji Anna Olson szykowała taki placek,zrobiłam go, bo był taki prosty. Bez jajek, z paru składników. Z masą żurawiny, o intensywnym herbacianym kolorze. Kiedy go robiłam moja mama łapała się za głowę, jak coś takiego można zjeść? Bała się, że wyjdzie niejadalne coś, ale wyszło pyszne ciasto. Ciast herbacianych upiekłam już parę, ale nie mam ich dość. Tym razem wypróbowałam nową wersję tego ciasta. Z dużą ilością czekolady. Herbata i czekolada? Kawa i czekolada to duet wręcz oczywisty, ale herbata? To już mnie popularne zestawienie. Ale nie ma się czego bać. Lekko cytrusowy aromat herbaty earl grey, wspaniale współgra z wyrazistą gorzką czekoladą. Ciasto jest pyszne. Miękkie, delikatne, wspaniale komponuje się z cytrynowym lukrem. Do tego jest to oczywiste prosty wypiek. Taki, który świetnie pasuje do filiżanki herbaty popołudniową porą. Musicie spróbować. Z pewnością będziecie zachwyceni tym ciastem!
Ja już mam dość tego tygodnia. Rozkłada mnie przeziębienie i rozłożyć nie może. W pracy wszyscy chorzy, i już nie wiem jak schować się przez atakiem bakterii i wirusów. I nie wiem jak zmusić męskich pracowników do pójścia do lekarza. Ręce opadają.


Składniki:
150 gramów masła
3 duże jajka
200 ml przestudzonej herbaty Earl Grey
350 gramów mąki pszennej
50 gramów startej gorzkiej czekolady
5 łyżek cukru
1 opakowanie cukru z prawdziwą wanilią
Łyżeczka proszku do pieczenia
Łyżeczka startej skórki z cytryny

Lukier
3 łyżki cukru pudru
1 łyżka soku z cytryny


Masło i jajka najlepiej wyjąć z lodówki, pół godziny przed pieczeniem. Następnie ucieram masło z cukrem na jasny krem, pojedynczo dodaję jajka i ucieram do połączenia się składników. Mąkę przesiewam z proszkiem do pieczenia, dodaję tartą czekoladę i skórkę cytrynową, dokładnie ucieram składniki - ciasto będzie bardzo gęste.Na końcu dodaję herbatę, mieszam całość na jednolitą masę.
Tortownicę wykładam papierem do pieczenia, wylewam ciasto i wkładam je do piekarnika rozgrzanego do 185 stopni. Ja piekłam placek 40 minut  w 180 stopniach z termoobiegiem.
Gdy ciasto nieco przestygnie, polewam je cytrynowym lukrem.







poniedziałek, 9 października 2017

Mielone pod puree

Mielone i puree. To połączenie to swoisty klasyk. Któż go nie lubi, albo nie zna? Chyba nikt. Ale czasem pragnie się odmiany. Planując przygotowanie mięsa mielonego i puree, można pójść w nieco inną stronę. Dodać parę składników, zmienić formę i podzielić się z rodziną zupełnie nowym daniem. Na przykład wspaniałą zapiekanką z mięsa mielonego, pomidorów, kukurydzy i puree. Taka zapiekanka smakuje wyśmienicie. A jej przygotowanie jest jest zbyt pracochłonne czy skomplikowane. Jako, że jest to sycące danie, świetnie sprawdzi się na jesienny obiad. W mojej rodzinie zrobiła furorę. Zniknęła w parę minut i każdy prosił o dokładkę. Po prostu nie mogła nie smakować. Banalnie prosty przepis, dobrze znane składniki, odrobina przygotować i prawdziwie jesienny obiad gotowy. Rozgrzewa, dodaje energii i sprawia, że w nowy tydzień można wejść ze smaczną porcją energii.

Składniki:
600 gramów mięsa mielonego wołowego
10 średnich ziemniaków
3 ząbki czosnku
1 mała cebulka
2 duże pomidory
Mała puszka kukurydzy
2 łyżki mleka
2 łyżki masła
Olej rzepakowy - 2 łyżki
Sól
Pieprz
Ostra papryka - szczypta
Słodka papryka - łyżeczka
Kmin rzymski- duża szczypta

Ziemniaki obieram, myję i gotuję na miękko z ząbkiem czosnku.
Siekam czosnek i cebulkę. Rozgrzewam olej i podsmażam warzywa, gdy staną się szkliste, dodaję mięso mielone i smażę 6-7 minut. Następnie kroję pomidory w dużą kostkę i dodaję do mięsa, doprawiam solą, pieprzem i resztą przypraw. Smażę 5 minut, dodaję kukurydzę i podduszam 5 minut.
Ziemniaki odcedzam, dodaję masło i mleko, ugniatam na gładkie puree.
Na dnie naczynia do zapiekania wykładam mięso z dodatkami i przykrywam puree. Całość wstawiam do piekarnika nagrzanego do 190 stopni i piekę przez 35 -40 minut,aż puree ładnie się zrumieni.




niedziela, 8 października 2017

Śniadaniowy placek z mango

Coś pomiędzy omletem,a  racuchem, albo i naleśnikiem. Po prostu placek. Na śniadanie. Solidny, pożywny i przepyszny. Cynamonowy, z kawałkami mango. Umili każde śniadanie. Szczególnie polecam na to weekendowe, nieco leniwe i spokojne śniadanie. Solo, w duecie, albo w grupie. Rodzinnej czy przyjacielskiej to nieważne. Najważniejsze, że na stole leży ciepły placek z mango i można planować co się będzie robiło w wolny od pracy dzień. Ach, jaka szkoda, że te słoneczne dni już za nami. Że za nami spacery w promieniach słońca! I zamiast kawiarnianych ogródków,trzeba będzie spędzać czas w ciepłych pomieszczeniach. Najważniejsze by codziennie nie padało. Deszczowej jesieni nie znoszę, po prostu nie potrafię polubić deszczu przez cały dzień. Na szczęście wczorajszy deszcz był mało uciążliwy, a jego brak z rana pozwolił mi zrobić wszystko to co sobie na szybko zaplanował. Ba, wieczorne załamanie pogody, stanowiło nawet całkiem ładne tło to filmowego seansu. Na dziś nic nie planowałam. Na szczęście. Pogoda zaplanowała bowiem dzień typowo domowy. Typowo jesienny.


Składniki:
2 jajka
4 pełne łyżki mąki orkiszowej
3 łyżki mleka
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Szczypta cynamonu i kardamonu
Połowa mango
Masło klarowane
Cukier puder


Mango kroję w kostkę. Posypuję cynamonem i kardamonem.
Jajka ubijam aż staną się jasne, dodaję mleko. Delikatnie łączę z mąką i proszkiem do pieczenia, ubijam trzepaczką by nie było grudek.
Na patelni rozgrzewam odrobinę masła klarowanego. Wylewam masę jajeczną, z wierzchu układam mango. Smażę aż wierzch zacznie się ścinać, kroję na 4 kawałki, odwracam na drugą stronę i smażę jeszcze minutę.
Posypuję cukrem pudrem.


piątek, 6 października 2017

Lekka zupa cytrynowa z kuskusem

Czy już mówiłam, że nie jestem największą na świecie fanką zup? Owszem, jest parę takich, za które oddam wiele. Na przykład rosół, pomidorowa, albo kalafiorowa. Uwielbiam flaki. Nie pogardzę krupnikiem. Ale nie uważam, że obiad jest kompletny, dopiero wtedy kiedy jest zupa i drugie danie. W zupach zdecydowanie najlepsze są dodatki. Makaron, grzanki, kasze, uszka, czy inne pyszności. Od czasu do czasu czuję jednak potrzebę zjedzenia zupy. O ile w ciepłe miesiące zupełnie zapominam o ich istnieniu, to jesienią i zimą, lubię wrócić do domu i w ponury dzień zjeść porcję ciepłej i smakowitej zupy. Nie codziennie, ale często, a w porównaniu z letnią porą, to nawet bardzo często. Niedawno przygotowałam zupę cytrynową. Z mięsem z kurczaka, z kuskusem. Lekka, ale bardzo wyrazista w smaku. Cytrynowa, pełna wdzięku, sycąca, ale i delikatna. Taką zupę szykowała moja inaczej. Nieco inaczej, mama opowiadała, że dodawała koniecznie ryż, i zaciągała ją żółtkiem. Ja robię swoją wersję. Z kuskusem, z dużą ilością cytryny, z cebulką i obowiązkowym czosnkiem. Zupę robi się szybko, smakuje świetnie, a jeżeli poda się ją z dużą ilością kuskusu i mięsa, to może robić za cały lżejszy obiad. Musicie koniecznie jej spróbować.
#krakus #smacznieiszybko


Składniki:
1 ćwiartka z kurczaka
1 pojedyncza pierś z kurczaka
2 cytryny
2 ząbki czosnku
1 średnia cebulka
1 bulion drobiowy Krakus
2 litry wody
Koperek
Kuskus - ilość wedle uznania
2 listki laurowe
Pieprz
Oliwa z oliwek

Siekam drobno czosnek i cebulę. Myję mięso i dokładnie suszę. Cytryny myję i parzę wrzątkiem, ścieram skórkę z dwóch cytryn. Z jednej wyciskam sok.
Na rozgrzanej oliwie podsmażam czosnek, skórkę z cytryny i cebulę. Dokładam mięso i smażę około 5 minut do lekkiego zrumienienia. Zalewam wodą i gotuję 15 minut. Po tym czasie dolewam bulion Krakus oraz dodaję listki laurowe. Gotuję kolejny kwadrans i dodaję sok z jednej cytryny. Po 10 minutach wyjmuję z zupy mięso, oddzielam je od kości i kroję na kawałki.
Do zupy dodaję kuskus i kawałki mięsa. Dodaję sporą ilość koperku, doprawiam pieprzem, chwilę razem gotuję, aż kuskus napęcznieje. Rozlewam do talerzy.






Gotuj z Krakusem #smacznie i szybko!

środa, 4 października 2017

Ryżanka z mango

Dziś moja śniadaniowa propozycja. Płatki ryżowe, a do tego korzenne mango. Wspaniała i rozgrzewająca propozycja. W sam raz na jesienne poranki. Ale dzięki mango, wciąż czuć lato. Korzenne przyprawy od razu wprowadzają w dobry nastrój. I tak od samego rana. Ryż jest delikatny, sycący i lekkostrawny. Szczególnie posmakuje dzieciom. A każdy kto mnie zna to wie, że duże dziecko ze mnie i chętnie zajadam takie pyszności. Ostatnie dni były wspaniałe, chociaż okropnie męczące. Przyznam szczerze, że rzadko kiedy mogłam usiąść. Chociaż było naprawdę pięknie, i bogato w różne wrażenia, to czasem fajnie jest pocelebrować leniwe chwile i te momenty gdy człowiek nigdzie się nie śpieszy. I całkiem spokojnie może zjeść śniadanie. No może nie, że w ogóle nigdzie się nie śpieszy, bo jednak do pracy jakoś trzeba się dostać, ale lubię takie poranki, kiedy wstanę 5 minut wcześniej, ugotuję sobie coś dobrego, puszczę porządną muzykę, zrobię przegląd prasy i popatrzę za okno i po prostu pocieszę chwilą obecną. A kiedy za oknem tak szaro, to śniadanie w optymistycznym kolorze, jest po prostu niezbędne.



Składniki:
5 łyżek płatków ryżowych
200 mleka ( może być roślinne)
Szczypta cynamonu
Połowa mango
1 łyżka miodu
Szczypta cynamonu i kardamonu
Odrobina wody

W garnuszku gotuję mleko, dodaję płatki ryżowe i cynamon. Gotuję aż płatki zmiękną.
Mango kroję w  kostkę. Podlewam odrobiną wody i duszę z przyprawami parę minut. Na koniec dodaję miód.
Owoce układam na ryżowych płatkach. Polewam sosem.







poniedziałek, 2 października 2017

Z wizytą w ... Oliwa do ognia.

Nie lubię pizzy. Nie znoszę. Do tego stopnia, że nie mogę wysiedzieć w pizzerii. Bardzo często nawet przejście w okolicy pizzowego przybytku, gdzie używa się produktów seropodobnych jest dla mnie męczący. Po prostu nie znoszę zapachu tego czegoś przypieczonego do granic możliwości. Nie lubię puszystego ciasta, masy dodatków w stylu - kiełbasa, kabanos, groszek,jajko, i jeszcze sos czosnkowy na majonezie. A fuj. Ostatni raz pizzę jadłam z 20 lat wstecz. Tak, dokładnie tyle lat temu. To był pieróg, nawet dobry był. Ale kiedy zamknęli tę pizzerię, po prostu każda inna odstraszała mnie zapachem taniego sera. I nigdy nie miałam w planie odwiedzin w pizzeriach. Tym razem było dokładnie tak samo. W planie miałam moją ukochaną pierogarnię i pierogi miesiąca. Nie przewidziałam jednak, że podobny plan będzie miało pół miasta. Byłam szczerze zdziwiona tym, że o 17.30 w dzień powszedni tłum wylewa się na zewnątrz i czeka na stolik. Jako, że czekania było na co najmniej 90 minut, zrezygnowałam i ruszyłam w poszukiwaniu innej knajpy. Do wyboru najbliżej były burgery albo pizza. Były też drinki, ale kiepsko można się nimi najeść. Burgery czy pizza? Średnio obie wersje mi pasowały, brat wybrał pizzerię, więc poszłam. Poszłam ze świętym przekonaniem, że zamówię jedynie herbatę i skończę w jakiejś piekarni z obiadowym pączkiem.


Po wejściu zaskoczył mnie zapach. A raczej jego brak. Nie czuć było sera. a przyjemny aromat pieczonego ciasta. Aż miło było usiąść. No właśnie usiąść, Oliwa do ognia to malutka knajpka. Owszem, z dużym klimatem, fajnie urządzona, ale bardzo mała. Gdyby nie to, że jedna pani postanowiła oddać nam swój stolik i iść na spacer w oczekiwaniu na przyjaciółki, musielibyśmy wyjść i szukać szczęścia dalej. Ale się udało. Wybór pizz nie jest za duży, ale to i dobrze. Szczerze mówiąc powiedziałam panu co robi włoskie placki, że pizzy nie lubię i nie wiem co wybrać . Polecił mi pan wersję wegetariańską i taką wybrałam. Dodatkowo wybrano, salami picante i pizzę dnia. Po niespełna 10 minutach wszystkie pizze były na stole.
To co zaskakuje to ciasto. Jest cienkie jak podpłomyk, idealne, kruche, delikatne, przepyszne, Wersja wegetariańska  w oryginale zawiera mozzarellę, pomidorki cherry, czerwoną cebulę i pieczarki, ja nie chciałam pieczarek, wybrałam rukolę. Dodatków nie było za dużo, i to jest plus. Warzywa były świeże, soczyste, i moim zdaniem całą robotę zrobiła tutaj orzechowa i lekko pikantna rukola. Pizza dnia to szynka, mozzarella i papryka. Całość była leciutko pikantna i również pyszna. Salami picante była ostra, wyrazista i dość męska. Dodatkowo do wyboru mamy wielki wybór oliw smakowych, którymi warto polać placek. Ja wybrałam oliwę truflową, która genialnie podkreśliła smak pizzy. Generalnie, to była najlepsza pizza, jaką jadłam w życiu, a mam w rodzinie Włocha, kucharza, właściciela restauracji!

Ceny, biorąc pod uwagę lokalizację - samo centrum Gdańska, smak, i jakość składników bez zarzutów. Wszystkie pizze są w tym samym rozmiarze i kosztują od 14 do 22 złotych. Ja wiem, że na pewno wrócę do Oliwy do ognia. Muszę spróbować pizzy z truflami i serem mascarpone.
Jeżeli lubicie tradycyjną włoską pizzę, na cieniutkim spodzie, z małą ilością dodatków, bez keczupu i majonezowego sosu, z prawdziwą mozzarellą, to miejsce dla Was. Jeżeli lubicie drożdżową bułę z przypalonym serem i toną byle jakiego salami, to nie wchodźcie. Nie będzie wam smakować. Ja wrócę z pewnością.




Oliwa do ognia, Garncarska 10/16 a, Gdańsk
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...