Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

niedziela, 15 października 2017

Z wizytą w..... Ping Pong

Nie, nie będziemy dzisiaj grać w tę sportową grę. Chociaż w zasadzie ta gra jest podpowiedzią. Jak wiadomo ping pong to gra szalenie popularna w Azji i to właśnie Azja jest słowem kluczem. Ping Pong to bowiem knajpa azjatycka. Tego dnia trafiłam do niej zupełnym przypadkiem. Na marginesie muszę dodać, że ostatnio wiele fajnych knajpek odkryłam właśnie zupełnym przypadkiem. Tak więc, tego dnia planowałam odwiedzić inne miejsce, ale z powodu nadmiaru gości musiałam zrezygnować, zmienić plany, przejść całe 10 metrów i zająć miejsce w Ping Pongu. Nawiasem mówiąc, zajęliśmy ostatni wolny stolik. Trafiło nam się fartem.


Ping Pong to stosunkowe dość nowe miejsce na kulinarnej mapie Gdańska. Znajduje się w Garnizonie, w miejscu gdzie jako dziecko jeździłam z tatą w niedzielne poranki na filmy, a dziś rozwinęła się tam praktycznie nowa dzielnica miasta. I nawiasem mówiąc jest to jedno z moich ulubionych miejsc. Sama knajpa jest ciekawie urządzona, bardzo nowocześnie, dekoracje przyciągają wzrok i co ważniejsze cieszą oko. Wielbiciele nowoczesności i industrialnych miejsc będą zachwyceni. Dobrze czuły się zarówno grupy znajomych, jak i rodziny z dziećmi. To duży plus.
Menu nie jest skomplikowane. Mamy jasny podział na kategorie dań, a wszystko jest szczegółowo opisane. Ciekawa jest sama forma zamówienia, dostajemy karteczkę z menu, i ołówek, każda osoba zaznacza co chce zamówić. Nas skusił kurczak po wietnamsku, żeberka, i bardzo ostre zielone curry. Do picia aloesowa lemoniada z ogórkiem i biała herbata, mrożona, bo wtedy było jeszcze naprawdę ciepło. Kuchnia jest na wpół otwarta, można więc obserwować pracę kucharzy i zgadnąć kto robi nasze danie.

Po 15 minutach dania pojawiły się na stole. Wcześniej kelnerka przyniosła marynowaną rzepę z sezamem. Z początku nie wiedziałam za bardzo co to za warzywo, smakowało genialnie, lekko, chrupiąco i słodkawo. Napoje były genialne. Kokosowo-aleosowa lemoniada smakowała bosko. Mogłabym codziennie ją popijać. Do tego ogórek i cytryna. Zdecydowanie smak do odtworzenia w domu. Czas na dania główne. Zacznę od mojego wyboru, czyli kurczak po wietnamsku. Co się składało na to danie? Mięso w chrupiącej panierce, lekko pikantnej. Do tego ryżowe kluseczki, kiełki, jarmuż, pestki dyni i dość ostry sos. Samo mięso było idealne. Soczyste, delikatne, z chrupiącą panierką. Sos był naprawdę ostry i wyrazisty. A kluseczki? Mam co do nich trochę wątpliwości. Były bez smaku, co było plusem, bo maczane w sosie lekko łagodziły jego smak i stanowiły idealne tło. Ale to co mi nie odpowiadało, to konsystencja. Taka dość gumiasta, za gumiasta jak na moje gusta. Żeberka były pyszne, bardzo fajnie zamarynowane i świetnie upieczone. Do tego idealnie ugotowany ryż i porcja zdrowia czyli brokuły. Na koniec zielone curry. W menu było ostrzeżenie, że jest to danie bardzo ostre. Mój brat się tym jednak nie przejął, bo kocha to co pikantne. Ale musiał przyznać, że ten kurczak był po prostu ognisty. Smaczny, ale piekielnie ostry.  Ogólnie wszystkie dania były bardzo świeże, pięknie podane, porcje w sam raz. Smak też bez większych zarzutów - wyłączając kluseczki, wolałabym dostać do pysznego kurczaka makaron ryżowy.


Ceny nie są najniższe, ale jeżeli bierzemy pod uwagę lokalizację i jakość, to nie jest źle. Obiad dla trzech osób wyniósł 125 złotych.
Ja na pewno wrócę do Ping Ponga. Jesienną porą mam ochotę na Ramen.
Ping Pong, ul. J. Słowackiego, 21, Gdańsk


piątek, 13 października 2017

Sezamowa owsianka

I kolejny piątek. Przed nami kolejny weekend. Czym go zacząć? Może sezamową owsianką? Pyszna, sycąca i bardzo rozgrzewająca? O wspaniałym sezamowym smaku? Taką owsianką naprawdę warto zacząć dzień. Coraz zimniej. Niestety, szczególnie poranki są coraz chłodniejsze i domagają się solidnych śniadań. Na ciepło oczywiście. Na szczęście taką owsiankę, można przygotować w parę minut. Kiedyś nie byłam specjalną fanką owsianek na śniadanie. Potem robiłam je codziennie. Następnie tak się nimi znudziłam, że porzuciłam je na parę lat! Ostatnio jednak chętnie do nich wracam. Staram się urozmaicać moje owsianki jak mogę, kiedyś jadłam jeden rodzaj - płatki gotowane na mleku z cynamonem. Teraz cenię śniadaniową różnorodność. I taką owsiankę serdecznie polecam. Na te coraz chłodniejsze poranki będzie jak znalazł.
Wczoraj przeczytałam, że na stałe ma się nam wprowadzić czas letni. Osobiście jestem przeciwko. Wydaje mi się, że wszyscy zapominają, że godzina słońca dłużej wieczorową porą, nie jest gratis. Oznacza to godzinę rano ciemności więcej. Wiecie, że już w sierpniu słońce będzie wstawać dopiero o 7 rano? A w grudniu aż o 9? Wyobrażacie sobie takie funkcjonowanie? Bo ja nie . Nie znoszę szarych i ciemnych poranków. Rano potrzebuję słońca. Dużo bardziej niż jego zachodów o 18 czy 21. A jakie jest Wasze zdanie? Jak dla mnie obecne rozwiązanie jest idealne. Nawet biorąc pod uwagę parę dni lekko rozkojarzonych przez zmianę czasu.


Składniki :
5 łyżek płatków owsianych
Niepełna szklanka mleka ( zwykłe lub roślinne)
2 łyżki pasty sezamowej 
1 łyżeczka kakao
1 łyżka miodu
Łyżka prażonych ziaren sezamu
Maliny

W garnuszku płatki owsiane zalewam mlekiem, dodaję pastę sezamową oraz kakao i gotuję aż płatki staną się gęste - około 6 minut. Dosładzam miodem i mieszam owsiankę. Przekładam ją do miseczki, posypuję sezamem, podaję z malinami.







środa, 11 października 2017

Placek Earl Grey z czekoladą

Pierwsze ciasto herbaciane upiekłam parę lat temu. Było to zimą, były to imieniny mojego taty. Zapomniałam o przygotowaniu jakiegoś ciasta, a, że akurat w telewizji Anna Olson szykowała taki placek,zrobiłam go, bo był taki prosty. Bez jajek, z paru składników. Z masą żurawiny, o intensywnym herbacianym kolorze. Kiedy go robiłam moja mama łapała się za głowę, jak coś takiego można zjeść? Bała się, że wyjdzie niejadalne coś, ale wyszło pyszne ciasto. Ciast herbacianych upiekłam już parę, ale nie mam ich dość. Tym razem wypróbowałam nową wersję tego ciasta. Z dużą ilością czekolady. Herbata i czekolada? Kawa i czekolada to duet wręcz oczywisty, ale herbata? To już mnie popularne zestawienie. Ale nie ma się czego bać. Lekko cytrusowy aromat herbaty earl grey, wspaniale współgra z wyrazistą gorzką czekoladą. Ciasto jest pyszne. Miękkie, delikatne, wspaniale komponuje się z cytrynowym lukrem. Do tego jest to oczywiste prosty wypiek. Taki, który świetnie pasuje do filiżanki herbaty popołudniową porą. Musicie spróbować. Z pewnością będziecie zachwyceni tym ciastem!
Ja już mam dość tego tygodnia. Rozkłada mnie przeziębienie i rozłożyć nie może. W pracy wszyscy chorzy, i już nie wiem jak schować się przez atakiem bakterii i wirusów. I nie wiem jak zmusić męskich pracowników do pójścia do lekarza. Ręce opadają.


Składniki:
150 gramów masła
3 duże jajka
200 ml przestudzonej herbaty Earl Grey
350 gramów mąki pszennej
50 gramów startej gorzkiej czekolady
5 łyżek cukru
1 opakowanie cukru z prawdziwą wanilią
Łyżeczka proszku do pieczenia
Łyżeczka startej skórki z cytryny

Lukier
3 łyżki cukru pudru
1 łyżka soku z cytryny


Masło i jajka najlepiej wyjąć z lodówki, pół godziny przed pieczeniem. Następnie ucieram masło z cukrem na jasny krem, pojedynczo dodaję jajka i ucieram do połączenia się składników. Mąkę przesiewam z proszkiem do pieczenia, dodaję tartą czekoladę i skórkę cytrynową, dokładnie ucieram składniki - ciasto będzie bardzo gęste.Na końcu dodaję herbatę, mieszam całość na jednolitą masę.
Tortownicę wykładam papierem do pieczenia, wylewam ciasto i wkładam je do piekarnika rozgrzanego do 185 stopni. Ja piekłam placek 40 minut  w 180 stopniach z termoobiegiem.
Gdy ciasto nieco przestygnie, polewam je cytrynowym lukrem.







poniedziałek, 9 października 2017

Mielone pod puree

Mielone i puree. To połączenie to swoisty klasyk. Któż go nie lubi, albo nie zna? Chyba nikt. Ale czasem pragnie się odmiany. Planując przygotowanie mięsa mielonego i puree, można pójść w nieco inną stronę. Dodać parę składników, zmienić formę i podzielić się z rodziną zupełnie nowym daniem. Na przykład wspaniałą zapiekanką z mięsa mielonego, pomidorów, kukurydzy i puree. Taka zapiekanka smakuje wyśmienicie. A jej przygotowanie jest jest zbyt pracochłonne czy skomplikowane. Jako, że jest to sycące danie, świetnie sprawdzi się na jesienny obiad. W mojej rodzinie zrobiła furorę. Zniknęła w parę minut i każdy prosił o dokładkę. Po prostu nie mogła nie smakować. Banalnie prosty przepis, dobrze znane składniki, odrobina przygotować i prawdziwie jesienny obiad gotowy. Rozgrzewa, dodaje energii i sprawia, że w nowy tydzień można wejść ze smaczną porcją energii.

Składniki:
600 gramów mięsa mielonego wołowego
10 średnich ziemniaków
3 ząbki czosnku
1 mała cebulka
2 duże pomidory
Mała puszka kukurydzy
2 łyżki mleka
2 łyżki masła
Olej rzepakowy - 2 łyżki
Sól
Pieprz
Ostra papryka - szczypta
Słodka papryka - łyżeczka
Kmin rzymski- duża szczypta

Ziemniaki obieram, myję i gotuję na miękko z ząbkiem czosnku.
Siekam czosnek i cebulkę. Rozgrzewam olej i podsmażam warzywa, gdy staną się szkliste, dodaję mięso mielone i smażę 6-7 minut. Następnie kroję pomidory w dużą kostkę i dodaję do mięsa, doprawiam solą, pieprzem i resztą przypraw. Smażę 5 minut, dodaję kukurydzę i podduszam 5 minut.
Ziemniaki odcedzam, dodaję masło i mleko, ugniatam na gładkie puree.
Na dnie naczynia do zapiekania wykładam mięso z dodatkami i przykrywam puree. Całość wstawiam do piekarnika nagrzanego do 190 stopni i piekę przez 35 -40 minut,aż puree ładnie się zrumieni.




niedziela, 8 października 2017

Śniadaniowy placek z mango

Coś pomiędzy omletem,a  racuchem, albo i naleśnikiem. Po prostu placek. Na śniadanie. Solidny, pożywny i przepyszny. Cynamonowy, z kawałkami mango. Umili każde śniadanie. Szczególnie polecam na to weekendowe, nieco leniwe i spokojne śniadanie. Solo, w duecie, albo w grupie. Rodzinnej czy przyjacielskiej to nieważne. Najważniejsze, że na stole leży ciepły placek z mango i można planować co się będzie robiło w wolny od pracy dzień. Ach, jaka szkoda, że te słoneczne dni już za nami. Że za nami spacery w promieniach słońca! I zamiast kawiarnianych ogródków,trzeba będzie spędzać czas w ciepłych pomieszczeniach. Najważniejsze by codziennie nie padało. Deszczowej jesieni nie znoszę, po prostu nie potrafię polubić deszczu przez cały dzień. Na szczęście wczorajszy deszcz był mało uciążliwy, a jego brak z rana pozwolił mi zrobić wszystko to co sobie na szybko zaplanował. Ba, wieczorne załamanie pogody, stanowiło nawet całkiem ładne tło to filmowego seansu. Na dziś nic nie planowałam. Na szczęście. Pogoda zaplanowała bowiem dzień typowo domowy. Typowo jesienny.


Składniki:
2 jajka
4 pełne łyżki mąki orkiszowej
3 łyżki mleka
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Szczypta cynamonu i kardamonu
Połowa mango
Masło klarowane
Cukier puder


Mango kroję w kostkę. Posypuję cynamonem i kardamonem.
Jajka ubijam aż staną się jasne, dodaję mleko. Delikatnie łączę z mąką i proszkiem do pieczenia, ubijam trzepaczką by nie było grudek.
Na patelni rozgrzewam odrobinę masła klarowanego. Wylewam masę jajeczną, z wierzchu układam mango. Smażę aż wierzch zacznie się ścinać, kroję na 4 kawałki, odwracam na drugą stronę i smażę jeszcze minutę.
Posypuję cukrem pudrem.


piątek, 6 października 2017

Lekka zupa cytrynowa z kuskusem

Czy już mówiłam, że nie jestem największą na świecie fanką zup? Owszem, jest parę takich, za które oddam wiele. Na przykład rosół, pomidorowa, albo kalafiorowa. Uwielbiam flaki. Nie pogardzę krupnikiem. Ale nie uważam, że obiad jest kompletny, dopiero wtedy kiedy jest zupa i drugie danie. W zupach zdecydowanie najlepsze są dodatki. Makaron, grzanki, kasze, uszka, czy inne pyszności. Od czasu do czasu czuję jednak potrzebę zjedzenia zupy. O ile w ciepłe miesiące zupełnie zapominam o ich istnieniu, to jesienią i zimą, lubię wrócić do domu i w ponury dzień zjeść porcję ciepłej i smakowitej zupy. Nie codziennie, ale często, a w porównaniu z letnią porą, to nawet bardzo często. Niedawno przygotowałam zupę cytrynową. Z mięsem z kurczaka, z kuskusem. Lekka, ale bardzo wyrazista w smaku. Cytrynowa, pełna wdzięku, sycąca, ale i delikatna. Taką zupę szykowała moja inaczej. Nieco inaczej, mama opowiadała, że dodawała koniecznie ryż, i zaciągała ją żółtkiem. Ja robię swoją wersję. Z kuskusem, z dużą ilością cytryny, z cebulką i obowiązkowym czosnkiem. Zupę robi się szybko, smakuje świetnie, a jeżeli poda się ją z dużą ilością kuskusu i mięsa, to może robić za cały lżejszy obiad. Musicie koniecznie jej spróbować.
#krakus #smacznieiszybko


Składniki:
1 ćwiartka z kurczaka
1 pojedyncza pierś z kurczaka
2 cytryny
2 ząbki czosnku
1 średnia cebulka
1 bulion drobiowy Krakus
2 litry wody
Koperek
Kuskus - ilość wedle uznania
2 listki laurowe
Pieprz
Oliwa z oliwek

Siekam drobno czosnek i cebulę. Myję mięso i dokładnie suszę. Cytryny myję i parzę wrzątkiem, ścieram skórkę z dwóch cytryn. Z jednej wyciskam sok.
Na rozgrzanej oliwie podsmażam czosnek, skórkę z cytryny i cebulę. Dokładam mięso i smażę około 5 minut do lekkiego zrumienienia. Zalewam wodą i gotuję 15 minut. Po tym czasie dolewam bulion Krakus oraz dodaję listki laurowe. Gotuję kolejny kwadrans i dodaję sok z jednej cytryny. Po 10 minutach wyjmuję z zupy mięso, oddzielam je od kości i kroję na kawałki.
Do zupy dodaję kuskus i kawałki mięsa. Dodaję sporą ilość koperku, doprawiam pieprzem, chwilę razem gotuję, aż kuskus napęcznieje. Rozlewam do talerzy.






Gotuj z Krakusem #smacznie i szybko!

środa, 4 października 2017

Ryżanka z mango

Dziś moja śniadaniowa propozycja. Płatki ryżowe, a do tego korzenne mango. Wspaniała i rozgrzewająca propozycja. W sam raz na jesienne poranki. Ale dzięki mango, wciąż czuć lato. Korzenne przyprawy od razu wprowadzają w dobry nastrój. I tak od samego rana. Ryż jest delikatny, sycący i lekkostrawny. Szczególnie posmakuje dzieciom. A każdy kto mnie zna to wie, że duże dziecko ze mnie i chętnie zajadam takie pyszności. Ostatnie dni były wspaniałe, chociaż okropnie męczące. Przyznam szczerze, że rzadko kiedy mogłam usiąść. Chociaż było naprawdę pięknie, i bogato w różne wrażenia, to czasem fajnie jest pocelebrować leniwe chwile i te momenty gdy człowiek nigdzie się nie śpieszy. I całkiem spokojnie może zjeść śniadanie. No może nie, że w ogóle nigdzie się nie śpieszy, bo jednak do pracy jakoś trzeba się dostać, ale lubię takie poranki, kiedy wstanę 5 minut wcześniej, ugotuję sobie coś dobrego, puszczę porządną muzykę, zrobię przegląd prasy i popatrzę za okno i po prostu pocieszę chwilą obecną. A kiedy za oknem tak szaro, to śniadanie w optymistycznym kolorze, jest po prostu niezbędne.



Składniki:
5 łyżek płatków ryżowych
200 mleka ( może być roślinne)
Szczypta cynamonu
Połowa mango
1 łyżka miodu
Szczypta cynamonu i kardamonu
Odrobina wody

W garnuszku gotuję mleko, dodaję płatki ryżowe i cynamon. Gotuję aż płatki zmiękną.
Mango kroję w  kostkę. Podlewam odrobiną wody i duszę z przyprawami parę minut. Na koniec dodaję miód.
Owoce układam na ryżowych płatkach. Polewam sosem.







poniedziałek, 2 października 2017

Z wizytą w ... Oliwa do ognia.

Nie lubię pizzy. Nie znoszę. Do tego stopnia, że nie mogę wysiedzieć w pizzerii. Bardzo często nawet przejście w okolicy pizzowego przybytku, gdzie używa się produktów seropodobnych jest dla mnie męczący. Po prostu nie znoszę zapachu tego czegoś przypieczonego do granic możliwości. Nie lubię puszystego ciasta, masy dodatków w stylu - kiełbasa, kabanos, groszek,jajko, i jeszcze sos czosnkowy na majonezie. A fuj. Ostatni raz pizzę jadłam z 20 lat wstecz. Tak, dokładnie tyle lat temu. To był pieróg, nawet dobry był. Ale kiedy zamknęli tę pizzerię, po prostu każda inna odstraszała mnie zapachem taniego sera. I nigdy nie miałam w planie odwiedzin w pizzeriach. Tym razem było dokładnie tak samo. W planie miałam moją ukochaną pierogarnię i pierogi miesiąca. Nie przewidziałam jednak, że podobny plan będzie miało pół miasta. Byłam szczerze zdziwiona tym, że o 17.30 w dzień powszedni tłum wylewa się na zewnątrz i czeka na stolik. Jako, że czekania było na co najmniej 90 minut, zrezygnowałam i ruszyłam w poszukiwaniu innej knajpy. Do wyboru najbliżej były burgery albo pizza. Były też drinki, ale kiepsko można się nimi najeść. Burgery czy pizza? Średnio obie wersje mi pasowały, brat wybrał pizzerię, więc poszłam. Poszłam ze świętym przekonaniem, że zamówię jedynie herbatę i skończę w jakiejś piekarni z obiadowym pączkiem.


Po wejściu zaskoczył mnie zapach. A raczej jego brak. Nie czuć było sera. a przyjemny aromat pieczonego ciasta. Aż miło było usiąść. No właśnie usiąść, Oliwa do ognia to malutka knajpka. Owszem, z dużym klimatem, fajnie urządzona, ale bardzo mała. Gdyby nie to, że jedna pani postanowiła oddać nam swój stolik i iść na spacer w oczekiwaniu na przyjaciółki, musielibyśmy wyjść i szukać szczęścia dalej. Ale się udało. Wybór pizz nie jest za duży, ale to i dobrze. Szczerze mówiąc powiedziałam panu co robi włoskie placki, że pizzy nie lubię i nie wiem co wybrać . Polecił mi pan wersję wegetariańską i taką wybrałam. Dodatkowo wybrano, salami picante i pizzę dnia. Po niespełna 10 minutach wszystkie pizze były na stole.
To co zaskakuje to ciasto. Jest cienkie jak podpłomyk, idealne, kruche, delikatne, przepyszne, Wersja wegetariańska  w oryginale zawiera mozzarellę, pomidorki cherry, czerwoną cebulę i pieczarki, ja nie chciałam pieczarek, wybrałam rukolę. Dodatków nie było za dużo, i to jest plus. Warzywa były świeże, soczyste, i moim zdaniem całą robotę zrobiła tutaj orzechowa i lekko pikantna rukola. Pizza dnia to szynka, mozzarella i papryka. Całość była leciutko pikantna i również pyszna. Salami picante była ostra, wyrazista i dość męska. Dodatkowo do wyboru mamy wielki wybór oliw smakowych, którymi warto polać placek. Ja wybrałam oliwę truflową, która genialnie podkreśliła smak pizzy. Generalnie, to była najlepsza pizza, jaką jadłam w życiu, a mam w rodzinie Włocha, kucharza, właściciela restauracji!

Ceny, biorąc pod uwagę lokalizację - samo centrum Gdańska, smak, i jakość składników bez zarzutów. Wszystkie pizze są w tym samym rozmiarze i kosztują od 14 do 22 złotych. Ja wiem, że na pewno wrócę do Oliwy do ognia. Muszę spróbować pizzy z truflami i serem mascarpone.
Jeżeli lubicie tradycyjną włoską pizzę, na cieniutkim spodzie, z małą ilością dodatków, bez keczupu i majonezowego sosu, z prawdziwą mozzarellą, to miejsce dla Was. Jeżeli lubicie drożdżową bułę z przypalonym serem i toną byle jakiego salami, to nie wchodźcie. Nie będzie wam smakować. Ja wrócę z pewnością.




Oliwa do ognia, Garncarska 10/16 a, Gdańsk
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...