Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

piątek, 29 września 2017

Czekoladowo-bakaliowe biscotti

Jesienne wieczory bez dobrej książki i filiżanki herbaty się nie liczą. Zdecydowanie się nie liczą. Na spokojny, piątkowy wieczór, polecam wspaniałe ciasteczka. Obłędnie czekoladowe biscotti, z masą zdrowych dodatków. Ciasteczka niestety uzależniają. Sprawdziłam i na sobie, i na reszcie rodziny. Koniecznie trzeba pomoczyć je w herbacie, albo w kawie. Świetnie sprawdzi się też kakao. Inspirację znalazłam u Marty Stewart. Nie miałam jednak pistacji, miałam za to nadmiar bakalii, różnych bakalii, które wpakowałam do ciasta. Jest tutaj i żurawina i orzeszki piniowe, i sezam i pestki słonecznika. Jest też dużo gorzkiej czekolady. I masa pysznego smaku. Taka słodycz z mniejszą liczbą wyrzutów sumienia. Ja je po prostu pokochałam!
Ostatni tydzień, choć męczący, był bardzo przyjemny. Szczególnie mam na myśli pogodę. Co prawda ranki są zimne i bardzo rześkie, ale  w ciągu dnia rozpieszcza mnie słoneczna pogoda. Liczę, że w weekend także pokaże na co je stać i zostanie na te wolne chwile. Bo mam pewne plany i słońce jest mi niezbędne do ich realizacji :)



Składniki:
2 duże  jajka
80 gramów masła
150 gramów mąki krupczatki
150 gramów mąki orkiszowej
3 łyżki cukru
Czubata łyżka gorzkiego kakao
50 gramów posiekanej gorzkiej czekolady
2 łyżki sezamu
2 łyżki posiekanych orzeszków piniowych
Garść pestek słonecznika
2 garście  suszonej żurawiny
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Gruby cukier do wypieków - 2 łyżki

Namaczam żurawinę we wrzątku, odcedzam.
Masło siekam razem z cukrem , dodaję mąki wymieszane z proszkiem do pieczenia,kakao, oraz jajka. Na koniec dosypuję wszystkie bakalie, oraz posiekaną gorzką czekoladę.  Zagniatam szybko ciasto - gdy jest za twarde dodaję wody, gdy za rzadkie, troszkę mąki.
Z ciasta formuje bochenek na długość blaszki do pieczenia. Posypuję grubym cukrem. Piekę ciasto przez 15-20 minut w 180 stopniach. Zostawiam do wystudzenia.
Następnie bochenek kroję na kromki, układam je na blaszce i piekę 15 minut w 180 stopniach.





Moje rady:
Do ciasteczek możecie dodać ulubione bakalie.
Ciasto należy kroić na kromeczki dopiero jak "bochenek" całkiem wystygnie. Ja nie czekałam, i jak widać trochę mi się pokruszyło :)

czwartek, 28 września 2017

Schabowy w sezamie

Schabowy co niedzielę? Niekoniecznie. Ale raz na jakiś czas, zjem z przyjemnością. Tak też było ostatnio. Przygotowałam schabowe na specjalne zamówienie mojego taty. Dodałam jednak sezam do panierki, który całkiem odmienił smak tego dobrze znanego kotleta. Oczywiście na duży plus. Wcześniej mięso namoczyłam w mleku, dzięki czemu było niesamowicie wręcz soczyste i delikatne. Polecam, nie tylko na niedzielny obiad. Robi się takie kotlety szybko i bezproblemowo.
Trochę z problemami - odwołany lot, powrót dzień później, do miasta na drugim końcu kraju i 7 godzinna podróż pociągiem, ale moja damska część rodziny wróciła do domu. A to oznacza jedno - chwilę spokoju i oddechu. Podróżniczki w końcu wróciły naładowane południowym słońcem i tamtejszą energią. Ja postanowiłam więc po pracy zajmować się tylko sobą. Będę spacerować, relaksować się w każdej wolnej chwili i czytać do upadłego. Albo przynajmniej do momentu kiedy pójdę spać.


Składniki:

5 kotletów schabowych bez kości
1 spore jajko
3 łyżki bułki tartej
1,5 szklanki mleka
Czubata łyżka jasnego sezamu
Czubata łyżka czarnego sezamu
Sól
Pieprz
Słodka papryka
Olej do smażenia


Kotlety płuczę, lekko rozbijam, moczę w mleku z solą i pieprzem - minimum godzinę.
Roztrzepuję jajko ze słodką papryką.
Oba rodzaje sezamu łączę z bułką tartą.
Kotlety wyjmuję z mleka, zanurzam w jajku,następnie panieruję w bułce. Na rozgrzanym oleju smażę kotlety na rumiano. Podaję z ziemniakami i ogórkami.

wtorek, 26 września 2017

Śmietankowe pomidory

Sobota była jesienna. Niedziela letnia. Dziwne, ale prawdziwe. Letnią niedzielę musiałam więc spędzić nad morzem. Dacie wiarę, że pierwszy raz w  tym roku zanurzyłam rękę w morskiej wodzie? Wcześniej jakoś nie było okazji. Była ciepła. No, lepiej brzmi letnia, ale nie była zimna. Bardzo przyjemna w każdym razie. Szkoda tylko, że takie pogodne dni przyszły do nas prawie w październiku,a  nie w lipcu czy sierpniu. Wielka szkoda. Najważniejsze jednak jest to, by prostu z nich korzystać, kiedy w końcu nadejdą.
A przed takimi letnio-jesiennymi spacerami, trzeba dobrze zjeść. Polecam coś na kształt sałatki. Inspiracji dostarczył Jamie Oliver. Marynowane pomidory o wyraźnie cytrynowej nucie i zwykły serek wiejski. Banale w przygotowaniu, ale na pewno nie w smaku. Spróbujcie koniecznie na śniadanie.

Składniki:
2 malinowe pomidory
1 opakowanie serka wiejskiego
Skórka i sok  z połowy cytryny
Olej lniany
Bazylia
Sól
Pieprz
Odrobina cukru


Pomidory myję, obieram ze skórki, kroję  w kostkę. Posypuję połową skórki z cytryny i całą porcją soku. Dodaję sól,pieprz, cukier i olej lniany. Odstawiam na 5 minut.
Serek łączę ze skórką z cytryny, wykładam na talerz, z wierzchu kładę pomidory. Dodaję bazylię.

poniedziałek, 25 września 2017

Polędwiczka z dorsza na brokułowym puree

Jestem wielką fanką ryb. Ale piekielnie boję się ości. Ja mam dreszcze już wtedy kiedy ktoś przy mnie je szprotki czy śledzie i nie przejmuje się ośćmi. Dla mnie to całkowicie niezrozumiałe. Wybór ryb  mam więc ograniczony, zawsze wybieram słynne od paru dni "filety", albo właśnie polędwiczki. W całości mogę zjeść jedynie łososia. Ale ostatnio miałam ochotę właśnie na delikatne polędwiczki z dorsza. Zazwyczaj robię je pieczone, ale brat poprosił o wersję z panierką. Jego życzenie dla mnie rozkazem. Przygotowałam chrupiącą, paprykową panierkę. I brokułowe puree. Przy brokule krzywił się mój tatko. Jak on nie znosi brokułów, największe zło świata dla niego czai się w tym zielonym warzywie. Ale postanowiłam podejść go podstępem. Brokułowe puree zrobiło furorę. Tata zażyczył sobie dwóch dokładek. Taki obiad robi się naprawdę dość szybko. Puree gotuje się samo, a ryba wymaga dosłownie 10 minut. Jeżeli jak ja nie cierpicie na nadmiar wolnego czasu, to polecam taki obiad. Zrobi wrażenie, a nie zabierze czasu.
W sobotę zgodnie z prognozą pogody, miało być pięknie. Było zaś szaro i deszczowo. Udało mi się jednak wyrwać na spacer po uroczym parku i rozgrzać się, w tak samo uroczej kawiarni, aroniową herbatką. Plotki z ulubioną kuzynką, w jesienne dni powinny być zapisywane na receptę.


Składniki:
3 polędwiczki z dorsza
1 duże jajko
Łyżka mleka
Łyżka mąki
3 łyżki bułki tartej
Po dużej szczypcie słodkiej i ostrej papryki
Sól
Pieprz
Masło klarowane


Puree

5 ziemniaków
1 średni brokuł
1 duży ząbek czosnku
Gałka muszkatołowa
Sól
Pieprz
1 łyżka masła
3 łyżki mleka


Ziemniaki obieram i myję, kroję na mniejsze kawałki, gotuję około 10 minut. Brokuł myję, dzielę na różyczki, razem z obranym czosnkiem dodaję do ziemniaków. Gotuję 10-15 minut, do miękkości. Następnie odcedzam, dodaję przyprawy, masło i mleko, dokładnie ugniatam.
Rybę płuczę, suszę, posypuję solą i pieprzem. Jajko roztrzepuję razem z mlekiem. Do bułki tartej dodaję paprykę. Polędwiczki lekko posypuję mąką,a następnie panieruję w jajku i bułce tartej. Smażę na rozgrzanym maśle około 4 minut  z każdej strony.
Polędwiczkę podaję razem z brokułowym puree.


sobota, 23 września 2017

Placuszki bananowo-kokosowe

Śniadanie, drugie śniadanie, kolacja, a może deser? Te pyszne placuszki pasują po prostu na każdą okazję. U mnie okazją była słodka kolacja. Po prostu potrzebowałam takich placuszków. Rozejrzałam się dobrze po kuchni i znalazłam banana, który leżakował już u nas cały tydzień. Jedno spojrzenie na jego intensywnie brązowe plamki i już wiedziałam, że jest idealny do tego by jednym ruchem widelca, zamienić go w pyszne placuszki, które umilą mi wieczorne chwile. Dodałam mąkę kokosową, jajko i gotowe. Wspaniałe placuszki, które zapachem zwabiły mi do kuchni brata i tatę, i kazały podzielić się posiłkiem. Ale dałam im tylko jednego do podziału. Zołza ze mnie, wiem, ale ten smak jest po prostu uzależniający i nie zachęca do podzielenia się. Dlatego też od razu warto zrobić ich więcej, dużo więcej.
Takie placki będą ciekawą opcją na niedzielne, rodzinne, albo samotne, ale leniwe śniadanie. Sobotę miałam intensywną, niedziela też obfituje w plany, ale dopiero od południa. Poranek zamierzam spędzić leniwie. I pewnie znów sięgnę po ten przepis. Takie placki zjedzone w łóżku, z dobrą książką u boku to czysta przyjemność.


Składniki:
1 duży, dojrzały banan
3 łyżki mąki kokosowej
1 małe jajko
Masło klarowane
Ekstrakt waniliowy
Maliny
Cukier puder


Rozgniatam banana widelcem. Dodaję jajko,wanilię i mąkę kokosową. Mieszam.
Rozgrzewam masło, z masy formuję średniej wielkości placki, smażę do zrumienienia - około 5 minut. Podaję z malinami i odrobiną cukru pudru.


piątek, 22 września 2017

Omlet cesarski z malinami

Ten moment gdy o 4.30 budzi ciebie zmywarka, donośnie ogłaszając, że umyła już wszystkie naczynia. Ciemno, cicho. Najpierw się złościsz. A potem powoli sięgasz po książkę, włączasz radio, planujesz dzień. Jest bardzo leniwie. Prawie jak w sobotni poranek. Dobrze, że uświadamiasz sobie, że to jednak piątek. Zbierasz swoje kości i szykujesz do pracy. Mając zapas czasu możesz przygotować sobie coś pysznego na śniadanie. Uśmiechało się do mnie pudełeczko malin. Aha, czyli na śniadaniu pojawią się maliny. Kasza manna, owsianka, jogurt? Nie, chciałam zjeść omlet. Nie jadłam go już tak dawno! Wymyśliłam więc sobie omlet cesarski z malinami i cynamonem. Bardzo prosty sposób by błyskawicznie dodać sobie porannej porcji smacznej energii. Takim omletem miło będzie zacząć weekend. Szczególnie posmakuje dzieciom. Tym małym, ale i tym troszkę większym. Prognozy pogody były fatalne, ale szczerze udało się wyrwać parę słonecznych chwil. Nawet mimo nawału pracy. Ciekawe jaki będzie weekend? Planów mam sporo, mam nadzieję, że choć połowę uda mi się zrealizować. Wtedy będę w pełni zadowolona.



Składniki:
2 jajka
4 łyżki mleka
2 łyżki mąki orkiszowej
Szczypta cynamonu
Dwie garście malin
Masło klarowane
Łyżeczka cukru kokosowego
Odrobina soli

Oddzielam białka od żółtek. Białka ubijam z solą. Delikatnie do żółtek  dodaję mleko i mąkę, mieszam trzepaczką do uzyskania idealnie gładkiej konsystencji,na koniec dodaję białka i łączę delikatnie całość. . Dodaję cynamon. Połowę porcji malin rozgniatam, dodaję do masy jajecznej.
Rozgrzewam masło, wylewam masę na omlet, smażę aż masa zetnie się z jednej strony, kroję na kawałki, posypuję cukrem i smażę aż całość będzie rumiana. Podaję z malinami.

środa, 20 września 2017

Kurczak w miodzie na kuskusie

Na szczęście tydzień zmierza do końca. Tydzień pracy. Przez ostatni tydzień miałam pod opieką dwóch panów. Tatę i brata. Miłe to osoby, ale mało ogarnięte w domowych kwestiach. Za to posiadają obaj duże wymagania. Na czas nieobecności głowy rodziny czyli matki i żony, musiałam przejąć jej obowiązki. Już nie mogę się doczekać kiedy wróci z tych ciepłych plaż. Mój tato wymaga zdrowej diety, tak to bywa u cukrzyka po zawale. Trzeba go pilnować, bo sam nie pamięta, że czas wziąć leki, zjeść  i iść spać. Gdyby mógł to do 3 w nocy oglądałby powtórki wszystkich meczów. I nie ważne czy mecz był wczoraj, czy 15 lat wstecz. Brat cieszy się ostatnimi dniami studenckich wakacji, postanowił więc zażywać relaksu ile wlezie. A ja z przyjemnością zajmuję się kuchennymi zadaniami. Co prawda nie mam czasu na bardzo pracowite obiady, dlatego też improwizuję na szybko. Jak z tym szybkim kurczakiem na kuskusie. Smakował wszystkim. A do tego robi się go naprawdę szybko. Bardzo dobry efekt osiągnie się, jeżeli zamarynuje się rano i odłoży od lodówki. Słodko, i wytrawnie jednocześnie, rozgrzewający imbir. Po prostu pycha.


Składniki:
1  pierś z kurczaka
2 łyżki miodu lipowego
Czubata łyżka musztardy francuskiej
Kawałek korzenia imbiru ( 3 cm)
Duży ząbek czosnku
Sól
Pieprz
Oliwa z oliwek - 3 łyżki
2-3 pomidory
Kuskus

Mięso myję i suszę.
W miseczce łączę miód,musztardę i oliwę. Miażdżę czosnek, trę imbir i dodaję do marynaty. Łączę z  oliwą, solą i pieprzem. Zostawiam na minimum 20 minut, a najlepiej na parę godzin.
Mięso podsmażam na teflonowej patelni około 5 minut z każdej strony. Pod koniec smażenia dodaję pokrojone w kostkę pomidory. Podsmażam aż zmiękną, ale zachowają kształt.
Na kuskusie układam kawałki mięsa, podaję z pomidorami.


poniedziałek, 18 września 2017

Koktajl mango dla zdrowia

Bardzo lubię tradycyjne mango lassi. Często je sobie robię wczesną jesienią. Ma idealny kolor, pyszny smak i jest bardzo zdrowe. W sobotnie popołudnia zastępuje mi drugie śniadanie. Dodaje porcji zdrowej i radosnej energii - to przez ten kolor, żółciutki i optymistyczny. Dziś proponuję koktajl z mango w wersji nieco rozszerzonej. Mango, ananas, jogurt, miód, kurkuma i maliny. Duża porcja owocowej przyjemności. Gęsty, kremowy, delikatnie słodki. Czasem tak niewiele trzeba by poprawić sobie humor.
Przede mną ciężki tydzień. Niestety, będzie pracowicie, chwilami męcząco, i pewnie już jutro stracę siły i cały zapał do pracy. Ale muszę dać radę. Tym razem postanowiłam, że z porcją przyjemności nie będę czekać aż do weekendu. Taki intensywny okres wymaga osłodzenia go sobie miłymi chwilami i drobnymi przyjemnościami. Wczoraj wybrałam się do kina.  A dziś wybieram się na sesję relaksującej jogi. Zdrowo i przyjemnie. Mimo deszczu.



Składniki:
1 mango
3 plastry ananasa
300 ml jogurtu naturalnego
Kilkanaście malin
Kurkuma
Łyżka miodu

Mango i ananasa kroję w kostkę, razem z jogurtem, kurkumą i miodem przekładam do blendera i miksuję na gładką masę.
Na dnie szklanek układam kilka malin, wlewam koktajl i dodaję resztę malin.
Najlepiej smakuje po 10 minutach w lodówce.


niedziela, 17 września 2017

Owsiankowe ciasteczka

Sama nie wiem jak to się dzieje, że znów witam niedzielę? Mam wrażenie, że ostatnimi dniami czas po prostu pędzi bez wytchnienia. Nie zdążę na dobrze przyzwyczaić się do początku nowego tygodnia, a on już się kończy. Bardzo bym chciała by czas nieco zwolnił i pozwolił delektować każdą chwilą. Na przykład tą śniadaniową. Nie wiem jak u Was, ale u mnie bardzo ciężko jest obliczyć idealnie ile potrzebuję na przykład owsianki śniadaniową porą? Nie wiem ile przygotować, i często robię za dużo. Częstuję potem rodzinę, albo zostawiam na później. Ostatnio jednak nadmiar owsianki zamieniłam w błyskawiczne ciasteczka. Oczywiście można je przygotować, bez gotowania porannej owsianki. Te ciastka są wyjątkowo zdrowe, pyszne i zaspokajają potrzebę na słodkości w naszej diecie. Śmiało można zabrać je na drugie śniadanie. Razem z owocem i jogurtem będą wspaniałą przekąską w szkole dla ucznia. Proste, szybkie, i bardzo smaczne. Z wierzchu chrupiące, w środku miękkie. Wspaniałe ciastka, które umilą nowy tydzień.



Składniki:
6 łyżek płatków owsianych
250 ml mleka
2 łyżki masła orzechowego
Łyżka masła
Szczypta cynamonu
Czubata łyżka cukru kokosowego


W garnuszku podgrzewam mleko z cukrem i cynamonem, dodaję płatki owsiane, masło i podgrzewam około 3 minut. Dodaję masło orzechowe i gotuję dosłownie minutę - masło orzechowe ma idealnie połączyć się  z resztą składników. Studzę owsiankową masę przez 5 minut.
Łyżką formuję ciasteczka i przekładam je na papier do pieczenia. Piekę 12-15 minut w 180 stopniach.

piątek, 15 września 2017

Sernik cynamonowy na powitanie jesieni

Co prawda jesień oficjalnie zagości u nas za jakiś czas, ale pogodowo rozgościła się u mnie w zasadzie na początku kwietnia i może miała z 10 dni urlopu przez ten cały czas. Naprawdę czuję się jakby od pół roku trwał listopad. Nic tylko pada i wieje i jest zimno. W połowie maja nosiłam czapkę. A na początku września jesienny płaszcz. I bywało, że kiedy przemoczona wchodziłam do pracy, żałowałam, że nie założyłam zimowej kurtki. Dzieci noszą rękawiczki, ciepłe czapy i szaliki. A dorośli masowo przerzucili się na kalosze. Sama zrobiłam już remanent w szafie. Letnie sukienki, spódnice i lekkie koszulki zostały schowane. Czas na miękkie, i cieplutkie sweterki. Szale. Kardigany. I jesienne botki. Coraz więcej liści w żółtej barwie i tysiącach odcieniach czerwieni. Coraz więcej szarości, tej porannej i tej wieczornej. Nie lubię tego. Ale na pewne rzeczy nie ma rady. Pory roku się zmieniają. Pogoda jest coraz bardziej dynamiczna i zmiany następują-niestety, coraz szybciej. Trzeba się z tym pogodzić i w jakiś sposób przyzwyczaić. Polecam słodki sposób na pogodzenie się z jesienną nieuchronnością. Sernik cynamonowy. W zasadzie to miałam szykować szwedzkie bułeczki cynamonowe. Bardzo cynamonowe, jesienne, pięknie pachnące, idealne do popołudnia z książką. Ale byłam leniwa. Tak, złapałam jesiennego lenia. Nie chciało mi się wyrabiać ciasta, czekać aż urośnie, wałkować itp. Poszłam na łatwiznę. Zrobiłam więc sernik cynamonowy z nadzieniem dobrze znanym z cynamonowych bułeczek. Ten sernik jest kremowy, aksamitny, rozpływa się w ustach. Do tego obłędnie pachnie cynamonem. Jest słodki, maślany, lekko chrupiący. Po prostu rewelacyjny. Z takim sernikiem żadna jesień mi nie straszna!



Składniki:
150 gramów ciastek pełnoziarnistych
80 gramów masła
Czubata łyżeczka cynamonu

Masa serowa :
1 kilogram twarogu na sernik
2 duże jajka
200 ml śmietany 12 %
1,5 paczki budyniu śmietankowego
4 łyżki cukru

Cynamonowe nadzienie
2 łyżki cynamonu
4 łyżki brązowego cukru
3 łyżki masła
Łyżka mąki pszennej

Dodatkowo masło i bułka tarta do formy



Kruszę ciastka. Topię masło, łączę z ciasteczkami i cynamonem. Masą wylepiam spód tortownicy, którą wcześniej wysmarowałam masłem i wysypałam bułką. Podpiekam przez 10 minut w 180 stopniach.

Jajka ucieram z cukrem. Dodaję ser -minimum dwa razy zmielony. Całość ucieram.
W śmietanie rozprowadzam proszek budyniowy, dokładnie mieszam by nie było grudek. Dodaje do masy serowej i delikatnie mieszam.
Szykuję nadzienie cynamonowe. Roztapiam masło z cukrem i cynamonem. Gdy całość się połączy, odstawiam na parę minut do przestudzenia i dodaję łyżkę mąki, energicznie mieszam.


Na podpieczonym cieście rozprowadzam połowę masy serowej. Łyżką robię na serniku "maziaje" z połowy nadzienia cynamonowego. Wykładam drugą część sernika, i z wierzchu znów robię łyżką esy floresy z masy serowej.
Na dnie piekarnika kładę naczynie z ciepłą wodą. Sernik piekę przez 65-70 minut w 180 stopniach. Studzę przy uchylonych drzwiczkach piekarnika.
Po ostudzeniu można posypać cukrem pudrem.


czwartek, 14 września 2017

Moje tosty a'la caprese

Tosty. Zdecydowanie jest to śniadaniowa klasyka. Robią się błyskawicznie i zawsze smakują. Można jeść je solo. Można z dżemem. Można z miodem i owocami. Można na wytrawnie, z serem i pomidorem. Albo po hawajsku. Co kto lubi. Ja miałam ochotę na tosty z serem. Ale oczywiście nie przygotowałam takich zwykłych tostów. Wybrałam Mozzarellę i rzodkiewki, bazylia i sos z chilli. Dzięki temu powstało nowe danie. W sam raz na kolację. W taką pogodę naprawdę lubię jeść ciepłe posiłki. Zimne letnie kanapki, chętnie zastępuję takimi wynalazkami. Nie trzeba wiele, nie trzeba wymyślnych składników, by zaproponować swoim bliskim coś innego. Ostatnio nie mam za wiele czasu na gotowanie wymyślnych dań. No dobrze, przez pogodę, czasu mam sporo. Bo cóż tu robić, kiedy non stop pada? Ale motywacji i chęci brak. Muszę ją w sobie odnaleźć. Kreatywność - proszę wrócić. Nieważne w jakiej kałuży ciebie zgubiłam, proszę wróć do mnie.
Za mną 6 godzinny post od rana. Medycyna pracy kazała się stawić. Niestety, badania dopiero o 11.30. Kazali być na czczo to byłam. Chociaż z głodu miałam ochotę zjeść ścianę i papier. Ledwie po godzinnej kolejce, dowiedziałam się, że mogę pracować tam gdzie pracuję. I mogłam zjeść śniadanie. O 12.20.



Składniki:
2 kromki pieczywa ( u mnie wiejski chleb na zakwasie )
Kulka Mozzarelli
2 spore rzodkiewki
Kilka listków bazylii

Sos:

Olej lniany
Szczypta chilli
Szczypta słodkiej papryki
Sól
Pieprz

Chleb rumienię w tosterze, albo na suchej patelni.
Z podanych składników szykuję sos.
Na gorących tostach kładę pokrojoną w plastry Mozzarellę, plasterki rzodkiewek i listki bazylii.



wtorek, 12 września 2017

Napój na rozgrzanie

Ostatnio nie było praktycznie dnia bym nie wróciła do domu przemoknięta - i to mimo posiadania ogromnego parasola, albo przemarznięta. Niestety, 11 stopni we wrześniu nie brzmi zbyt dobrze. I kiedy tak mocuję się z parasolką i jesiennym szalem, marudzę pod nosem i czekam na lepszą pogodę dnia następnego. Niestety, moje moce są wciąż za małe. Pogoda nie zmienia się ani o stopień w górę. Ani o parę kropli deszczu mniej. W takiej sytuacji, kiedy wraca się mokrym i zziębniętym, trzeba działać szybko. Niektórym starcza gorąca herbata, inni sięgają po kakao. A inni lubią pokombinować. I stąd właśnie ten napój. Bardzo szybko rozgrzewa i na pewno wzmacnia odporność. Mieszanina imbiru, soku z cytryny, malin i miodu, nie tylko działa, ale i genialnie smakuje. Potrafi uratować najbardziej przemokniętego człowieka na świecie i poprawić mu nastrój. Oczywiście mam nadzieję, że pogoda się w końcu uspokoi, i pojawi się ta piękna złota jesień. Ale jakby nie, to mam sposób by przechytrzyć deszcz i ogrzać się po powrocie z jesiennego spaceru z pracy.


Składniki:
 2-3 centymetry korzenia imbiru
Sok z małej cytryny
Duża łyżka miodu ( u mnie faceliowy)
Około 10 malin
Szklanka gorącej wody

Imbir kroję  w plastry, zalewam wrzątkiem i zostawiam na około 8=10 minut. Najlepiej przykryć kubek talerzykiem i zaparzyć imbir. Do wywaru dodaję sok z cytryny i miód. Dokładnie mieszam, dodaję maliny. Wypijam od razu.

Moje rady:
Ostatnio odkryłam miód faceliowy, który szczególnie dobrze wpływa na drogi oddechowe, do tego smakuje naprawdę pysznie. Polecam go poszukać, na pewno warto.




niedziela, 10 września 2017

Restauracja Kania. Przodkowo.

Jest niedziela. Jest wycieczka. Tym razem zapraszam do Przodkowa. Miejsca oddalonego o 35 kilometrów od Gdańska. Przodkowo to całkiem spora kaszubska wieś, otoczona piękną przyrodą. Droga nie jest za długa, tak w sam raz na niedzielny obiad. A co przyciąga gości do Kani? Placki ziemniaczane, czyli tak zwane plince. Pierwszy raz próbowałam ich tutaj bardzo, bardzo dawno temu. Byłam wtedy drobnym bąblem. Miejsce się zmieniło, zdecydowanie się rozrosło, ale sentyment zdecydowanie pozostał. Zaraz sprawdzimy czy słusznie.


Miejsce na pewno nie każdemu się spodoba. Spodoba się tym, którzy nie szukają miejsc z oryginalnym, nowoczesnym i bardzo przemyślanym wyglądem. Kania to typowa restauracja. Na rodzinny obiad na pewno się sprawdzi. Jest sympatycznie, choć jeżeli ktoś lubi odwiedzać "piękne" restauracje to może poczuć się nieco rozczarowany. Na górze mamy pokoje hotele, na dole część restauracyjną. W niedzielę często odbywają się tutaj różne rodzinne imprezy. Jak byłam 4 razy w ciągu ostatnich 2 lat, to zawsze trafiałam a to na chrzciny,a to na poprawiny czy jakiś jubileusz. Ale sale są podzielone i oddzielone od siebie, więc nie przeszkadzamy sobie wzajemnie.
Dobrze, stolik zajęty. Obsługa jest niezwykle sympatyczna. Od razu można poczuć się jak w domu, na imieninach u cioci. Jeżeli macie nieco gorszy humor, to panie kelnerki od razu go poprawią. Uśmiechnięte, dowcipne i serdeczne. Aż się nie chce wychodzić!
Menu nie jest zbyt obszerne, co jest akurat sporym plusem. Nie trzeba godzinami go studiować i wybierać idealnej potrawy. Są typowe zupy, dania mięsne i coś na co tutaj przyjechałam  ostatnim razem - plince. W wielu wersjach. Solo, z gulaszem, albo na słodko. My zdecydowaliśmy się na rosół z domowym makaronem, żurek, plince po przodkowsku ( z gulaszem) i na słodko, z musem brzoskwiniowym. Czekanie umila chleb ze smalcem. Wiadomo, na dobre placki trzeba troszkę poczekać. ale po około 15-20 minutach, potrawy są już na stole. Wcześniej pojawiły się zupy. Fani żurku byli zadowoleni solidną porcją. Rosół był naprawdę domowy, nie z kostki,a drobiowy. Makaron zaś był delikatny i pyszny. Do tego zupy były ciepłe i przyjemnie umilały czekanie na danie główne. Placki nie zawiodły, solidna porcja, ładnie podana. Plince były cienkie i bardzo chrupiące, bliżej im do szwajcarskich Rosti, niż puchatych placków, gdzie dodaje się masę mąki. Te były świetnie usmażone, chrupiące, złociste, ale nie spalone. Gulasz był świeży i świetnie doprawiony. Do tego w cenie znajduje się spory zestaw surówek. Placki na słodko podane były ze sporą ilością brzoskwiniowego dżemu. Podejrzewam, że był to dżem ze słoika, ale nie przeszkadzało mi to, bo był dobry,a  placki po prostu idealne.


Jak więc widać, mimo upływu lat, restauracja Kania trzyma stały, wysoki poziom. Ich plince są najlepsze na całych Kaszubach. Do tego wspaniała obsługa i bardzo atrakcyjne ceny. I już mamy miejsce, gdzie warto wpaść na przyjemny rodzinny obiad.



piątek, 8 września 2017

Budyniowa owsianka z malinami

Zawsze kiedy wchodzę na bloga Ani i widzę jej wspaniałe owsiankowe propozycje, to ogarnia mnie dzika ochota by porwać jej ta przepyszną miseczkę i zjeść do ostatniej łyżeczki. No, ale niestety, próbować to ja sobie mogę. Przyznaję szczerze, latem nie jestem największą fanką śniadań na ciepło. Ale ostatnie zimne poranki zmusiły mnie do przygotowania sobie ciepłego śniadania. Kiedy tak wczoraj wstałam i ujrzałam po raz kolejny deszcz za oknem, od razu popędziłam do kuchni i zabrałam się za przygotowanie owsianki. Moja wersja jest bardzo gęsta. Bo takie lubię najbardziej, gęste, konkretne i bardzo kremowe. Dodałam do tego maliny i gorzką czekoladę. Zestaw idealny na poprawę humoru od rana. Jak wiadomo, czekolada dostarcza magnezu, a maliny porcję słodkiej przyjemności. Taka owsianka z rana nie tylko rozgrzewa, ale i sprawia, że deszcz jakby trochę mniej przeszkadza.
Czy ja dobrze widzę? Znów piątek? Oby weekend choć przez moment był łaskawy i pokazało się słońce. Tylko tyle, odrobinki słońca sobie życzę.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek.


Składniki:
4  czubate łyżki płatków owsianych
200 ml mleka
1 łyżka budyniu waniliowego
Kilkanaście malin
2 kostki gorzkiej czekolady

W garnuszku podgrzewam mleko, dodaję płatki owsiane. Gotuję aż płatki zmiękną, delikatnie łączę z budyniem, dokładnie mieszam by nie było grudek. i chwilę razem gotuję.
Na dnie miseczki układam połowę malin, przykrywam je owsianką. Z wierzchu układam maliny i posiekaną czekoladę. Dzięki gorącej owsiance, maliny puszczą sok i naturalnie osłodzą owsiankę, dodając jej owocowego smaku.




środa, 6 września 2017

Kawowy budyń i gorące maliny

Kawa i maliny. To połączenie znalazłam w książce. Niezbyt udanej na marginesie. Ale właśnie pewna zakonnica miała tam pewną słodką tajemnicę. Otóż, zajadała się , albo raczej popijała, kawę, a na dnie zawsze kładła łyżkę musu malinowego. Ja na taką kawę ochoty nie miałam, ale na takie połączenie już tak. Wymyśliłam więc sobie kawowy budyń z gorącym sosem malinowym. Bardzo kremowy, domowy budyń, o subtelnym aromacie kawy. I pyszny sos malinowy, z korzennymi przyprawami. Ten wieczorny deser, skojarzył mi się z jesienią. Korzenne maliny, ciepły budyń, kawa... Zdecydowanie najlepiej smakuje w zimny i ponury wieczór. Błyskawicznie poprawia nastrój. Sprawdziłam i działa. A jak dodacie do tego dobry film, to już pełnia szczęścia. Ja oczywiście naiwnie, mimo prognozy pogody, wierzę, że jeszcze będę miała okazję założyć letnią sukienkę i iść na nadmorski spacer. Mam nadzieję, że to marzenie uda mi się spełnić. A na razie budyniowa poprawa humoru. Słodka, aromatyczna i pyszna. Budyń to zdecydowanie mój comfort food.



Składniki:
Budyń kawowy
2 żółtka
400 ml mleka
1czubata łyżka mąki ziemiaczanej
1 łyżka cukru kokosowego
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
Odrobina masła

Sos:
20 gramów malin
1 łyżka miodu
Szczypta cynamonu
Szczypta kardamonu
Ekstrakt waniliowy

W garnuszku gotuję mleko ( 300 mililitrów) razem z cukrem i masłem.
Żółtka ucieram z resztą mleka, mąką ziemniaczaną i kawą. Mieszankę ostrożnie wlewam do gotującego się mleka, dokładnie mieszam i podgrzewam 2- 3 minuty, do zgęstnienia.
Szykuję sos. Owoce płuczę, przekładam do garnuszka, podlewam dwoma łyżkami wody, dodaję przyprawy i duszę aż owoce zmiękną. Na koniec dodaję miód, zdejmuję sos z ognia i mieszam aż miód się rozpuści.


wtorek, 5 września 2017

Sałatka z jajkiem na twardo

Ten weekend był taki sobie. Wszystko przez tą jesienną aurę. Nie sądziłam, że to nadejdzie aż tak szybko. Całe dnie były szare, deszczowe i wietrzne. Gdzieś przeczytałam,że czeka nas całkiem ładny wrzesień, suchy, ciepły i przyjemny. Aha, akurat. Wystarczyło tych parę dni, a ja już mam go dość. Rok temu wrzesień nas rozpieszczał. Chodziłam w letnich sukienkach i ukochanych spódnicach do ziemi. Po 12 zaczynałam roztapiać się z gorąca. Zajadałam lody i wygrzewałam w ogródku. W tym roku na palcach jednej ręki mogę policzyć ładne dni, typowo letnie. Niestety, przyszedł wrzesień i od razu przyniósł jesień. Zapomniał, że jeszcze przez parę tygodni powinien kusić latem i osładzać wizję listopada. A tu proszę, wstęp już był. Pierwsze spotkanie z listopadem za nami. Ten weekend, pogodowo był okropny. Musiałam go osłodzić sobie zakupami. Oczywiście ubraniowymi. Niestety, przez niesprzyjającą aurę, spadające ciśnienie, brak humoru i obniżkę, kupiłam nieco za dużo. I teraz zamiast być zadowoloną, jestem zła na siebie. I na moją siostrę. Bo komplementowała każdą rzecz, którą wzięłam do ręki i namówiła mnie do zakupów ponad plan. W ogóle szłam bez planu. To znaczy z planem oglądania. Wróciłam z pełną siatą.
Ale wróćmy do przepisu. Sałatka, prosta, smaczna, idealna na drugie śniadanie. W domu, albo w pracy. Parę minut i gotowe.



Składniki:
2 wiejskie jajka
Dwie garści mieszanki sałat
2-3 rzodkiewki
2 plasterki polędwicy drobiowej
Szczypiorek
Olej lniany
Sól
Pieprz
Słodka papryka


Jajka gotuję na miękko-najlepiej żeby żółtko było kremowe. Kroję na cząstki.
Rzodkiewki i szczypiorek myję, kroję. Na talerz wykładam mieszankę sałat. Dodaję warzywa, kładę jajka i pokrojoną w plasterki wędlinę.
Składniki na sos łączę, polewam nim sałatkę. Świetnie smakuje z bagietką.



niedziela, 3 września 2017

Kruchy placek malinowy

Malinowo u mnie. Taki czas. Kocham te owoce. Po prostu kocham. Zaraz po truskawkach, albo i na równi? Nie wiem czemu, ale ewidentnie mam słabość do wszystkich małych i czerwonych owoców. Mogłabym je jeść kilogramami. Jako dziecko chodziłam na działkę i skubałam je wprost z krzaka. Te moje były oczywiście najlepsze. Najbardziej słodkie, najbardziej aromatyczne, po prostu najpyszniejsze. Ale cóż, działki już nie ma, maliny muszę kupować na ryneczku. Na szczęście mój uroczy pan co dostarcza najlepsze truskawki w województwie, ma również trochę malin. Zapasy zrobiłam, konfitura gotowa. Zostało mi trochę owoców, zrobiłam więc prosty placek z malinami. Nigdy nie robiłam kruchego placka z tymi owocami. Musiałam więc szybko nadrobić te braki. Braki nadrobiłam z nawiązką. To ciasto okazało się przepyszne. A do tego wyjątkowo wręcz proste. Słodkie, ale i nieco kwaskowate maliny, bardzo kruche, waniliowe ciasto i delikatny lukier cytrynowy. Jedynym minusem tego przysmaku jest to, że ciężko poprzestać na jednym kawałku!
I kolejny weekend. Czy ja tydzień temu coś wspominałam o deszczu? Chyba tak. W zasadzie niewiele się zmieniło. Deszcz jak lał, tak i leje. I przestać nie chce. Zrobiło się jesiennie. W mojej szafce pojawiła się pikantna herbatka z chilli i wanilią. Na te wieczory, coraz ciemniejsze i coraz chłodniejsze....

Składniki:
 Ciasto:
1 duże jajko
350 gramów mąki krupczatki
3 łyżki cukru kokosowego (albo zwykłego)
120 gramów masła
1-2 łyżki lodowatej wody
Szczypta soli
Ekstrakt waniliowy

Nadzienie:
350 gramów malin
2 łyżki budyniu waniliowego
Kilkanaście listków mięty

Dodatkowo:
3 łyżki cukru pudru
Sok z cytryny


Z podanych składników zagniatam szybko kruche ciasto. Kulę wkładam do woreczka, chłodzę w lodówce minimum 45 minut.
Maliny delikatnie myję, obtaczam w proszku budyniowym, listki mięty rwę na kawałeczki i dodaję do owoców.
Ciasto dzielę na dwie nierówne części. Tą większą wylepiam dno formy - polecam tę z ruchomym dnem. Formuję nieco wyższy brzeg. Wykładam maliny. Z reszty ciasta odrywam małe kawałki i układam na owocach. Można również je zetrzeć na tarce.
Placek piekę przez 40 minut w 180 stopniach. Po upieczeniu polewam lukrem.





piątek, 1 września 2017

Malinowy bałagan dla dorosłych

Zawsze uważałam, że instytucja brata to fajna rzecz. Sama posiadam bardzo udany egzemplarz. I chociaż mój brat jest młodszy o parę ładnych lat, to nie przeszkadza nam to w posiadaniu bardzo fajnej relacji. Chociaż na początku nie było tak różowo i malinowo. Kiedy on się urodził, ja właśnie poszłam do szkoły. W moim dziecięcym umyśle zrobiła się myśl - do szkoły poszłam bo pojawił się brat, a nie bo kazała mi to ustawa. Winę zwaliłam na noworodka. Wiecie, że snułam nawet diabelskie plany, żeby oddać go tam skąd go rodzic wzięli? Uznałam jednak ostatecznie, że instytucja brata bywa fajna. Wszystkie moje klasowe koleżanki były zachwycone moim bratem, bo słodziak z niego był nieziemski. Niektóre przychodziły tylko po to by pobawić się z nim, a nie mną. A jak nieco dorósł i zaczął wychodzić na podwórko? To było czyste szaleństwo. Ten to od małego coś takiego miał, że roztapiał wszystkim serca. Do tego miał niesamowity i niespotykany dar - brał na siebie wszystkie moje przewinienia. Stłukłam wazon? Mówiłam, że to brat, a on chętnie mówił,że i owszem i tak się uśmiechał, że mama go jeszcze tuliła. Niestety tę niezwykle cenną cechę stracił gdzieś tak koło 4 urodzin. Ale mimo tej wady, dalej go lubię. Dziś to dumny i sumienny student medycyny. Taki co non stop się uczy. Nawet na wakacjach. Powiem Wam w sekrecie, że jak się brata dobrze wychowa, to ma się z niego dużo pożytku. Jak mu się pokaże ( od małego) dobre filmy i muzykę to ma się potem wysokiego towarzysza na koncerty i zawsze chętnego do obejrzenia czegoś nowego kinomana. No tak, taki wstęp. W każdym razie brat miał urodziny. Niestety, nawał pracy sprawił, że tradycyjne urodzinowe ciasto będzie dopiero w weekend. Specjalne, coroczne, tradycyjny sernik. Tymczasem w dniu urodzin postanowiłam przygotować dla niego prosty, ale przepyszny deser. Inspirację znalazłam na wakacjach. Tam też jadłam podobną kremową pychotę, mus malinowy i krem. Ja przygotowałam wersję z gorącymi, winnymi malinami i słodkim jogurtem. Ten bałagan naprawdę robi wrażenie!
Przepis dodaję do akcji - Błyskawiczny Piątek


                                                                        Składniki:

200 gramów malin
2 łyżki Wermutu
1 łyżka cukru kokosowego
Po dużej szczypcie mielonego imbiru, kardamonu, mielonych goździków
Odrobina chiili
400 gramów jogurtu greckiego
1 czubata łyżka brązowego cukru
Ekstrakt waniliowy
Granola orzechowa
Listki mięty


Jogurt grecki posypuję brązowym cukrem. Zostawiam w lodówce na minimum kwadrans. Dodaję wanilię i dokładnie mieszam.
Maliny myję, przekładam do rondelka, posypuję cukrem, przyprawami, zalewam winem, duszę około 3-4 minut, owoce powinny się nieco rozpaść i puścić sok.
Gorące maliny przekładam do wysokich szklanek, wykładam na nie jogurt. Posypuję deser granolą, dekoruję malinami i listkami mięty. Podaję od razu po przygotowaniu.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...