Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

czwartek, 31 sierpnia 2017

Lekka sałatka na śniadanie z wędzonym serem

Wakacje. Nawet te najlepsze, najwspanialsze, najbardziej idealne, najpiękniejsze pogodowo mają tę jedną wadę - lubią się kończyć. Kiedy byłam uczennicą, to zawsze w tym tygodniu, w ostatnim tygodniu wakacji, przeżywałam prawdziwy dramat. Jak to już? Miało być dwa miesiące, a nie tydzień ledwo. Znów kierat, szkoła, lekcje, obowiązki, poranne wstawanie i pęd ku szkole? Nie, nie i jeszcze raz nie. Potem było trochę lepiej, studenckie wakacje trwały miesiąc dłużej. Pod warunkiem, że zdało się letnią sesję w terminie i nie miało się nad głową widma poprawki i nauki. No i stresu. Jeżeli to nie występowało ( a u mnie tak było) wakacje trwały i cały wrzesień. A jak zaczynał się rok akademicki to było już tak nijako na zewnątrz, że wizja spędzenia paru miesięcy w ciepłych salach wykładowych taką złą nie była. Teraz moje wakacje to marny urlop. W tym roku rozbity na trzy części. Najpierw dwa dni i wyjazd na koncert, potem 8 dni wyjazdu do mojego uzdrowiska, a potem 4 dni w Kazimierzu. Było naprawdę wspaniale. Ale nie będę ukrywać, wspominając swoje przeszłe wakacje, te studenckie i te szkolne, i mam niedosyt. Eh, kiedy człowiek był młodszy dorosłość wydawała mu się taka kusząca. A teraz proszę, najchętniej znów przeniósłby się we wspaniałe lata, te szkolne. Co z tego, że lekcje niezrozumiałej chemii, prace domowe, które nie miały końca i sprawdziany. Znów chciałabym bym mieć tyle wakacji!
Zostawmy wakacyjne/powakacyjne rozważania. Skupmy się na śniadaniu. Dziś proponuję lekką, ale i sycącą sałatkę, którą przygotowałam sobie ostatnio do pracy. Kilka zwykłych składników i bardzo przyjemny ( smakowo) efekt. Czasem niewiele trzeba, by zwykłe śniadanie w pracy zamienić w całkiem konkretną ucztę. Ser, grzanki, warzywa i wyrazisty sos. Więcej nie trzeba!


Składniki:
2 kromki chleba żytniego
2 plastry wędzonego żółtego sera
Kilka liści lodowej sałaty
Pół pomidora
Garść szczypiorku
Olej lniany
Wędzona papryka
Pieprz

Chleb opiekam w tosterze ( albo na suchej patelni), dzielę na mniejsze kawałki. 
Ser kroję w grubsze kawałki. Warzywa myję i kroję. 
W miseczce układam warzywa, dodaję ser i grzanki. Olej lniany łączę z papryką i pieprzem, polewam sosem sałatkę. 

Moje rady:
Jeżeli sałatkę zabieracie do pracy, osobno zapakujcie grzanki i dodajcie bezpośrednio przed jedzeniem. 



wtorek, 29 sierpnia 2017

Jajka na grzankach

W sobotę zarządziłam wielkie sprzątanie. Oczywiście udało mi się zrobić tylko połowę tego co planowałam. Bo jakoś za szybko skończył się dzień. Zdecydowanie za szybko. Udało mi się tylko wyskoczyć na rynek i na mały, bo 30 minutowy spacer. Uznałam jednak, że odbiję sobie to w niedzielę. Pogoda piękna, słońce, ciepło, ale nie upalnie, zaplanowałam trasę na mój spacer, nawet zestaw piosenek na ten moment miałam w głowie. I bach. Niedziela powitała mnie okropną burzą. Od 6 na ulicę wylewało się wiadro za wiadro, a niebo co chwilę przeszywały błyskawice i grzmoty. Zamiast więc dnia spędzonego poza domem, w zieleni i pełnego spacerowej aktywności kwitłam  jak plankton w środku. To, że czerwiec i lipiec były fatalne, to przyjęłam do wiadomości. To, że sierpień był taki sobie, ok. Ale nie podejrzewałam losu o taką wyrafinowaną perfidię i sprowadzanie na ostatnią niedzielę sierpnia pogodowej katastrofy w postaci szarości,deszczu i chłodu. Nie tak się matko naturo umawialiśmy!
Wiadomo, takiego dnia, takiego ranka, nie sposób zacząć inaczej niż od solidnego i leniwego śniadania. Jako, że ostatnio kupiłam trochę za dużo chleba, zostało mi pół bochenka 3 dniowego pieczywa. Pierwsza myśl - tosty francuskie. Do tego owoce, miód, może czekolada? Wiecie- a zdarza się to bardzo rzadko, nie miałam ochoty na słodkie śniadanie. Moje ciało i dusza wołały - daj nam coś konkretnego. Prośbę więc spełniłam i tak oto przygotowałam jajka na grzankach. Szalenie proste danie, w sam raz na śniadanie. Ale sprawdzi się też na bardzo szybki obiad, w wyjątkowo zabiegany dzień.


Składniki:
2 jajka
2 kromki czerstwego pieczywa
Świeżo mielony pieprz
Szczypta soli
1 ząbek czosnku
Szczypiorek
Łyżka masła klarowanego

Chleb kroję w kostkę. Rozgrzewam masło, drobno siekam czosnek i chwilę podsmażam, dodaję kromeczki chleba i podsmażam po minucie z każdej strony. Na grzanki wbijam jajka, posypuję solą i pieprzem, dodaję szczypiorek. Smażę około 2 minut. Jeżeli lubicie bardziej ścięte żółtko, smażcie minutę dłużej.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Żuławski dwór i niedzielny obiad

Odkąd pamiętam, naszą rodzinną tradycją, były coniedzielne wizyty w restauracji. Teraz też bardzo chętnie kultywujemy ten miły zwyczaj. Chociaż oczywiście, ze względu na różne obowiązki doktoranckie siostry, i studenckie brata nie możemy wybierać się tak często jakbyśmy chcieli. Ale kiedy sprzyja nam czas, to zbieramy nasz pięcioosobowy oddział i ruszamy w teren. Dziś zapraszam Was na rodzinny obiad do Żuławskiego dworu, restauracji położonej właśnie na Żuławach. Niedaleko Gdańska.

Miejsce jest urokliwie położone, cisza, spokój, pełno zieleni dookoła. Obszerny ogród i plac zabaw dla dzieci, a także mini "żuławskie" zoo, to idealne otoczenie na obiad dla całej rodziny. Trochę mniej cicho jest kiedy trafi się na poprawiny na jednej z sal. Ja cztery razy miałam to szczęście. Ale mówiąc szczerze, obiad w rytmie disco polo bywa bardzo zabawny. Wystrój jest przyjemny, dość tradycyjny, w końcu to Żuławski dwór. Myślę sobie, że wystrój jest dość neutralny i spodoba się wielu osobom. Nie przytłacza, nie męczy. Ja i tak letnią porą, najbardziej lubię jeść obiad wśród zieleni, co i innym polecam.
Menu nie jest bardzo obfite, ale to i dobrze. Codziennie trafimy też na danie dnia, sezonową propozycję od kucharza. Cena jest atrakcyjna, więc sporo osób decyduje się właśnie na to danie. Ja jednak byłam tym razem odporna. Odporny nie był mój tata i skusił się na chłodnik, zawijany kotlet schabowy z serem, pieczone ziemniaczki i pomidory ze śmietaną. Menu jest tradycyjne. Pierogi, dania mięsne znane od lat, placek po cygańsku. Szczególnie polecana jest kaczka, specjalność zakładu. Miałam okazję jeść i polecam. Tym razem jednak nasze zamówienie składało się z dania dnia, placka po cygańsku, tradycyjnego devolaya i grillowanej piersi z kurczaka. Czyli dość tradycyjny niedzielny i rodzinny obiad.


Czas oczekiwania na dania to około 20 - 25 minut. Ale spokojnie, aby zaspokoić głód i nie czekać przy pustym stole, dostajemy przystawkę. Domowy smalec z dużą ilością mięsa, domowe ogóreczki, i swojski chleb, pieczony w restauracji. Porcja jest słuszna, świeża i przepyszna. Parę razy kupiłam w tej restauracji smalczyk do domu. Ale o tym cicho sza. W końcu przychodzą dania główne. Wszystko ciepłe, estetycznie podane, a same porcje są naprawdę spore. Devolay ma w sobie sporo masła i pietruszki, jest świeży, delikatny i mięciutki. Podobnie jak pierś z grilla, porcja solidna, a mięso zrobione w punkt. Kotlet schabowy jest naprawdę smaczny, a do tego konkretny, w sam raz dla mężczyzny. Placek jest idealnie usmażony, oblany solidną porcją smacznego gulaszu. Ma trochę za dużo śmietany, ale nie jest to wielki błąd. Do tego świeże i smaczne surówki. Szczególnie pyszna jest ta buraczana. Frytki smażone są na świeżym oleju, w środku miękkie, z wierzchu zaś bardzo chrupiące.

Ceny nie są najniższe, biorąc pod uwagę lokalizację - około 15 kilometrów od Gdańska,na wsi. W porównaniu z poprzednią wizytą poszły w górę. Ale biorąc pod uwagę jakość potraw, ich smak i przyjemną obsługę nie jest to problem. Zawsze można skorzystać z dania dnia, które jest w atrakcyjnej cenie. My za obiad dla 5 osób z napojami wydaliśmy 170 złotych.

Żuławski Dwór, Grabiny - Zameczek, Cedrowa 4






piątek, 25 sierpnia 2017

Krem Princessa

Ostatnio jestem kulinarnie dość leniwa. Efekt wakacji. Zdecydowanie czuję wakacyjną aurę. Chociaż urlop za mną, to ja wciąż żyję na zwolnionych obrotach. Skoro w pracy niestety, nikt poza mną, nie chce zwolnić, muszę zwolnić w domu. Stąd też w gotowaniu idę na skróty. Zamiast piec ciasto, robię pyszny, kremowy deser. Znalazłam bowiem kuszące ciasto o smaku popularnego białego wafelka z kokosowym nadzieniem i białą czekoladą. Nie będę udawać, nie byłam w odpowiednim nastroju do pieczenia. Ale za to byłam w ogromnej słodyczowej potrzebie. Stąd też powstał ten oto krem. Prosty, pyszny, uzależniający. Słodki, nieco rozpustny, ale co tam. Raz się żyje. Zresztą jesień coraz bliżej, czuć to w porannym wietrze. I w ogóle, ranki wymagają już założenie płaszcza. Nie ma to tamto, dni coraz krótsze, poranki coraz ciemniejsze - widać to jeżeli jak ja wstaje się o 5.30 rano. Taka dawka cukru i kokosowej słodkości, raz na jakiś czas dobrze człowiekowi zrobi. Ukoi smutki, rozjaśni ponury dzień i doda pozytywnej energii. Co z tego, że na krótko. Od tego jest łyżeczka, by nabrać nią kolejną porcję kokosowej pyszności....
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczne Piątki



Składniki na 2 porcje
1 kokosowy wafelek w białej czekoladzie
6 kostek białej czekolady
300 gramów serka homogenizowanego naturalnego
2-3 łyżki ricotty
Łyżka wiórków kokoswowych
Łyżka mleka ( polecam kokosowe)

Białą czekoladę topię na parze  z mlekiem kokosowym.
Serek łączę z ricottą i czekoladą, dodaję wiórki kokosowe. Krem chłodzę przez minimum 20 minut w lodówce.
Kruszę wafelki, wykładam nimi dno pucharka, przykrywam kokosowym kremem. Można udekorować wafelkami, albo wiórkami kokosowymi.





środa, 23 sierpnia 2017

Śniadaniowy burger morsko - górski

Zawsze kiedy jestem rano w centrum, jestem zachwycona jednym - rodzajem i wielością rodzajów kanapek,jakimi kuszą knajpki i piekarnie. Przyznaję, że bywam bardzo leniwa. Do pracy biorę bułkę z serem i sałatą. I wierzcie, mi potrafię tak robić przez cały tydzień. Jak nie mam weny, to mi nie przeszkadza ta monotonia. No dobrze, nie przeszkadzała. Bo zaczęła przeszkadzać. I w ten oto sposób zostałam zmuszona do jakiejś kanapkowej zmiany. Rano grzebałam więc w szafkach i lodówce, kupiłam smakowitą bułkę, połączyłam parę składników i moja wspaniała morsko - górska kanapka,a  raczej burger był gotowy do zjedzenia. Albo raczej do zabrania z sobą do pracy. Solidna porcja pyszności. Mało pracy, a spore urozmaicenie. Trzeba tylko wytrzymać tęskne spojrzenia współpracowników i obiecać, że kiedyś się podzieli taką kanapką.
Wczoraj, wychodząc rano po gazety poczułam jesień. Było chwilę po deszczu, zimno, bardzo rześko, szaro i wietrznie. Zasadniczo lata w tym roku nad morzem nie było. Ale nie sądziłam, że tak szybko poczuję ten nieprzyjemny powiew jesieni. Początek jesieni nawet lubię. Ale tylko sam początek. Liczę więc, że po tych paru ponurych dniach, wróci lato. W końcu jeszcze jest z nami cały miesiąc!


Składniki:
1 duża bułka (polecam z ziarnami)
2 łyżki tuńczyka z puszki ( bez oleju)
3 plasterki wędzonego sera
2 plastry pomidora
2 listki sałaty lodowej
Garść szczypiorku
1 łyżka oliwy
Pieprz
Szczypta ostrej i słodkiej papryki


Oliwę mieszam z pieprzem i paprykami, połową smaruję dół bułki.
Myję warzywa, układam je na bułce, na nich układam ser i tuńczyka. Polewam pozostałą oliwą.

Moje rady:
1. Ja użyłam ser litewski, ale można użyć rodzimego oscypka, albo wędzony ser żółty. Spróbujcie też z wędzonym twarogiem.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Pikantny murzynek ze śliwkami

Jakiś czas temu, wracając z wakacji zajrzałam do Bydgoszczy. To zaskakujące, ale moje pierwsze spotkanie z tym miastem było kiepskie, a teraz? Zmiana o 180 %. Pamiętam jak z 10 lat temu, po przerwie sporej, pojechałam do kuzynki w Bydgoszczy. Wujek odebrał mnie z okropnie wyglądającego dworca, przewiózł przez smutne centrum i zabrał do swojego domu. Cieszyłam się kiedy wizyta dobiegła końca. Miasto wyglądało po prostu źle. 3 lata temu było już zupełnie inaczej. Ładniej, klimatyczniej i spokojniej. A w tym roku zaskoczyło mnie to miasto zupełnie. Na plus oczywiście. No dobrze, ale w temacie jak nic widnieje murzynek, do tego pikantny i śliwki. A ja tutaj o Bydgoszczy. Bez związku? Nie, jest związek. To właśnie w Bydgoszczy skusiłam na pyszny deser, lekkie i delikatne maślane ciasto o nieco piernikowej nucie, ze śliwkami. Zainspirowało mnie do stworzenia murzynka, z pikantną nutą i dodatkiem śliwek. Połączenie okazało się po prostu idealne! Słodkie, maślankowo- maślane ciasto, czekolada,  chilli, imbir i śliwki.  Moja mama nie mogła się oderwać, skubała cały wieczór, kawałek po kawałku. Nie dziwię się jej. Jednogłośnie rodzina orzekła, że to ciasto smakowało lepiej niż oryginał. Koniecznie spróbujcie. Robi się szybko i prosto. Ale dzięki oryginalnemu smakowi będzie pasować zarówno jako niedzielne ciasto do kawy, jak i świetnie się sprawdzi w roli deseru na przyjęciu. Będzie smakowało po prostu każdemu. Miękkie, czekoladowe, pikantne, pyszne.


Składniki:
200 ml maślanki
3 średnie jajka
120 gramów masła
400 gramów mąki orkiszowej tortowej
2 czubate łyżki kakao
20 gramów gorzkiej czekolady
Czubata łyżeczka proszku do pieczenia
Po dużej szczypcie imbiru, kardamonu i chilli
Ekstrakt waniliowy
4 łyżki brązowego cukru plus łyżeczka
1 paczka cukru z prawdziwą wanilią
Łyżeczka cynamonu
6 -7 śliwek węgierek
2 pełne łyżki powideł śliwkowych Jamar

Dodatkowo :
Cukier puder



Śliwki myję, kroję na połówki, usuwam pestki, posypuję łyżeczką cukru plus cynamonem, mieszam i zostawiam z boku.
Masło ucieram z cukrem i wanilią na jasny krem. Stopniowo dodaję jajka. Gdy wszystkie składniki się połączą dodaję mąkę przesianą z przyprawami i proszkiem do pieczenia. Ścieram gorzką czekoladę. Na koniec dolewam maślankę i dodaję powidła. Ciasto nie powinno być bardzo gęste.


Tortownicę przykrywam papierem do pieczenia, wylewam ciasto. Z wierzchu układam śliwki - skórką do dołu. Murzynka piekę 40-45 minut w 185 stopniach, do suchego patyczka.
Po upieczeniu ciasto można posypać cukrem pudrem.



Niespodzianka od firmy Jamar. Ekologiczna i praktyczna torba na zakupy i zdrowe produkty ;)


niedziela, 20 sierpnia 2017

Słodki krem z ricotty

Tosty. Naleśniki. Grzanki. Chałka. Racuszki. Gofry. Owsiane ciastka. Herbatniki. Albo solo, z łyżeczką. Ten krem jest po prostu wspaniały. Słodki, waniliowy, z czekoladą i odrobiną miodu. Prostota w pełnej krasie. U mnie powstał dość przypadkiem. Akurat miałam opakowanie ricotty, które trzeba było dość szybko zużyć. Miałam też parę kawałków chałki, którą chciałam zamienić na francuskie tosty. I w ten oto sposób, łącząc parę rzeczy powstał słodki krem do ciepłych tostów. Zdecydowanie zdrowszy niż gotowe kremy ze słoiczka o smaku czekoladowym. A tak pyszne, że ciężko się powstrzymać by nie wyjeść całego po prostu łyżeczką. Koniecznie spróbujcie. Jestem pewna, że będzie Wam smakować i zagości na stałe na Waszych śniadaniowych stołach. Szczególnie polecam na te weekendowe śniadania. Bardzo leniwe. Ja, pierwszy raz od 3 tygodni spędzam weekend w domu. Nawet nie wiecie jak się stęskniłam za leniwym i spokojnym porankiem w towarzystwie domowego śniadania!



Składniki:
200 gramów Ricotty
4 kostki gorzkiej czekolady
1 łyżeczka miodu
Parę kropli ekstraktu waniliowego
Duża garść borówek

Ricottę rozcieram z miodem i wanilią. Chłodzę przez minimum kwadrans.
Na tarce ścieram czekoladę. Łączę z kremem, posypuję borówkami. Przed podaniem chłodzę.



Moje rady:
Do kremu możecie dodać ulubione drobne owoce, polecam maliny czy jeżyny
Wybierzcie ulubioną czekoladę, będzie pasowała i mleczna i biała. 

piątek, 18 sierpnia 2017

Drożdżówki pomarańczowe

Drożdżowe. Uwielbiam. Nie wyobrażam sobie by raz na jakiś czas, nie wypełnić domu zapachem świeżo upieczonego drożdżowego ciasta. Tym razem na tapetę poszły drożdżówki o pomarańczowym aromacie. Proste, rozkosznie wręcz pyszne, nieco uzależniające. Wyjątkowe. Zakręcone, idealne. W sam raz na wakacyjne i weekendowe wypady nad wodę, na łąkę, czy też na drugie śniadanie zjedzone na domowym pikniku przed telewizorem, kiedy pada. Robiłam je dwa razy i na pewno nie poprzestanę na tej ilości. Bo są zdecydowanie za dobre by nie robić je częściej. Musicie spróbować. Weekend, sobotni poranek, albo popołudnie, to wymarzona pora do zabawy z drożdżowym ciastem. Owszem, nie jest to ciasto, które za kwadrans będzie gotowe, ale dostarcza tyle radości, że warto się z nim pobawić i zaopiekować odpowiednio. Ogrzać, chuchać i dmuchać. Ale efekt końcowy zdecydowanie wynagradza wszystkie trudy przygotowań. Jeżeli macie ochotę na drożdżówki, ale te z jagodami i malinami Wam się znudziły, to polecam.
Kolejny weekend przed nami. Ten tydzień był wyjątkowy, bardzo krótki. Oczywiście chodzi mi o tydzień pracy. Chociaż ciałem grzecznie jestem w biurze, to moje myśli i mój duch, zdecydowanie wciąż jeszcze jest w Kazimierzu. I ciężko mu wrócić do domu!


Składniki:
1/2 paczki świeżych drożdży
450 gramów mąki pszennej plus łyżka
150 ml soku pomarańczowego ( świeżo wyciśniętego)
80 gramów masła
6 łyżek mleka plus łyżka
1 średnie jajko
1 czubata łyżka cukru
Ekstrakt waniliowy
Szczypta soli

Nadzienie:
4 łyżki brązowego cukru
50 gramów masła
Łyżka startej skórki pomarańczowej
Szczypta cynamonu

Lukier
3 łyżki cukru pudru
1 łyżka soku pomarańczowego


Szykuję zaczyn. Drożdże rozcieram z łyżką mąki, mleka i cukru. Zostawiam na kwadrans w ciepłym miejscu.
W międzyczasie podgrzewam mleko, sok z pomarańczy i masło. Studzę.
W dużej misce łączę mąkę, sól i zaczyn. Dolewam pomarańczową mieszankę, dodaję jajko. i wanilię, zagniatam gładkie ciasto. Proces ten trwa około 10 minut. Gdy ciasto nie klei się do dłoni, formuję kulę, przykrywam ściereczką i zostawiam w ciepłym miejscu do podwojenia objętości - trwa to około godziny.
Szykuję nadzienie. Ucieram masło, razem z cynamonem, skórką pomarańczową i cukrem.


Raz jeszcze zagniatam ciasto. Dzielę na dwie części. Po kolei każdą wałkuję na prostokąt. Na środku smaruję cienką warstwą nadzienie. Zwijam w roladę, kroję na średniej grubości plastry. Przekładam na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, i zostawiam na 10 minut.
Drożdżówki piekę 20-25 minut w 185 stopniach.
Po wystudzeniu smaruję je pomarańczowym lukrem.



środa, 16 sierpnia 2017

Domowy budyń z białą czekoladą

Po paru dniach poza domem bardzo, bardzo pragnęłam tradycyjnego i domowego deseru. Obiadu oczywiście też, ale będzie deserowo. Więc tak na deser, po tradycyjnym obiedzie - mielone, puree i mizeria, przygotowałam domowy budyń z białą czekoladą. Do tego owsiane ciasteczka i borówki. I w ten oto sposób powstał bardzo fajny i bardzo smaczny, typowo domowy deser. Taki budyń nie jest wcale trudny ani czasochłonny. Jego przygotowanie jest prawie tak samo proste jak przygotowanie budyniu z proszku. A smakuje milion razy lepiej. Polecam, bo pasuje na każdy dzień i zamieni każde popołudnie w królewski podwieczorek.
Ostatni weekend spędziłam poza domem. Były to intensywne dni i chwile, które na długo zostają w pamięci. Bardzo lubię takie wyjazdy, chwile z rodziną i nawet te nasze spory, o to kto zajmuje więcej niż mu przysługuje miejsca w samochodzie. W tym tkwi cały urok letnich, i rodzinnych wypraw. Tym razem los, a raczej auto, zaprowadziło nas na drugą stronę kraju, do uroczego Kazimierza. Byłam tam jako dziecko, pamiętam słynnego chlebowego kogutka, i spacer po rynku. Ale byłam tam  jedynie na dwie godziny. Wyjazd zostawił mnie spory niedosyt. I dopiero po tylu latach udało się go zaspokoić. Dopiero po tylu latach udało mi się wrócić, i przez 3 dni być w tym mieście, chłonąć niezwykłą atmosferę, podziwiać widoki i totalnie się zrelaksować. Kazimierz to przepięknie miejsce, porównywane do Toskanii.W Toskanii co prawda nie byłam, ale nie mam wątpliwości. To naprawdę magiczne miejsce na mapie. Już tęsknię!


Składniki:
500 ml mleka
3 żółtka
1 laska wanilii
1 łyżka masła
2 łyżki skrobi ziemniaczanej
Czubata łyżka cukru kokosowego
6 kostek białej czekolady
Kilka ciasteczek owsianych
4 garście borówek

W garnuszku gotuję 400 ml mleka z laską wanilii i cukrem kokosowym.
Resztę mleka połączyć z żółtkami i mąką - najlepiej zrobić to trzepaczką. Gdy mleko się zagotuję, dodaję jajeczną mieszankę i gotuję, ciągle mieszając do zgęstnienia. Na końcu dodaję posiekaną białą czekoladę. Mieszam aż się rozpuści.
Do zimnych pucharków kruszę ciasteczka, nakładam budyń, posypuję umytymi borówkami.
Można jeść zarówno na ciepło, jak i po przestudzeniu.










niedziela, 13 sierpnia 2017

Pierożek, Gdynia

Kolejny długi weekend. Nie wiem czemu, ale odkąd pracuję na cały etat, to szalenie lubię takie chwile. Te wszystkie przedłużone weekendy, chwile na relaks i odpoczynek od pracy. Nawet kiedy chodziłam do szkoły, aż tak na nie nie czekałam. Może dlatego, że miałam 2 miesiące wakacji i liczne ferie. Teraz nie ma tak przyjemnie. Oj nie ma. Ale do rzeczy, są wakacje, są wakacyjne i weekendowe wyjazdy. Mniejsze i większe. Wiadomo, jak są wakacje, naród ciągle ku morzu. Ja to rozumiem i cieszę się, że morze mam dla siebie cały rok. Bo przyznam się Wam w tajemnicy, niezbyt lubię letnie tłumy na plaży. Ścisk, koc przy kocu, hałas, i poczucie, że nie czuję się komfortowo. Ale nie da się uniknąć wycieczki w ciepły dzień na plażowe okolice. Bardzo lubię spacerować po gdyńskim bulwarze. I Wam też to polecam. A jak już spacer Was zmęczy czas coś zjeść. Dziś odwiedzimy pierogarnię Pierożek, prawie nad samą wodą.


Pierogarnia latem kusi sporym ogródkiem, w środku jest trochę tłoczno, ale dość przytulnie. Po sezonie, powinno być przyjemniej. W każdym razie latem nie nastawiajcie się na długie nasiadówki z przyjaciółmi czy rodziną. Jest jak na plaży, głośno i tłoczno. Ale ma to swój urok. W każdym  razie kiedy dostrzeżecie wolny stolik, wygodnie usiądźcie i przestudiujcie menu.
W nim jak wiadomo rządzą pierogi. W wielu, wielu wersjach. Te tradycyjne, pieczone, wersje na słodko i dla dzieci. Każdy znajdzie coś dla siebie. Na naszym  stole po długich, bardzo długich wahaniach znalazły się pieczone ruskie, ruskie tradycyjne i na słodko z jagodami.
Na zamówienie trzeba trochę poczekać, to jednak dobry znak, pierogi są świeżo lepione, a nie mrożone. Oczekiwanie warto sobie osłodzić pyszną lemoniadą. A jak przyjdzie czas na jedzenie, zabieramy się za jedzenie.

Na pierwszy ogień pieczone ruskie. Pyszne ciasto, bardzo wyrazisty farsz, naprawdę smaczne. Do tego sos, czosnkowy. Taka forma ruskich bardzo mi pasuje. Ruskie tradycyjne miały dokładnie ten sam farsz, ale przyznam szczerze, dużo bardziej smakował mi on w wersje pieczonej. Może z racji nowości? A może po prostu solidnie doprawiony farsz wymaga innego tła, takiego jak pieczone kruche ciasto? Pierogi z jagodami były zdecydowanie wakacyjne, nie słodkie, delikatne, pełne prawdziwych jagód, a nie konfitury. Dla mnie pierogi z jagodami to smak lata, te były idealne. Chętnie bym wzięła podwójną dokładkę!
Pierożek to dobry wybór na obiad. Raczej szybki,  rodzinny, albo z paczką znajomych. W sam raz gdy na spacerze dopadnie nas głód, a chcemy zjeść coś tradycyjnego i świeżego. A nie kusi nas mrożona ryba. Ja z wizyty w Pierożku byłam zadowolona, i na te pieczone ruskie wrócę z pewnością. Z wielką przyjemnością.









Pierogarnia Pierożek, Skwer Kościuszki 15, Gdynia

piątek, 11 sierpnia 2017

Spaghetti z fetą, pesto i żurawiną

Makaronowo u mnie ostatnio. Był "powrotny" makaron, parę dni temu, a dziś makaron w piątkowej wersji. Bez mięsa, ale za to z pełnią smaku. Pomysł na ten właśnie makaron przyszedł mi do głowy wyjątkowo spontanicznie, podczas przeglądu szafek i lodówki. Z pewną niewiarą połączyłam parę składników, i proszę bardzo, powstało pyszne danie, które robi się w mniej niż 5 minut. Nie ma co się oszukiwać, najdłużej trwa tutaj gotowanie makaronu. Nie przeskoczymy tego, więc należy grzecznie czekać. Przyznam się Wam szczerze, że smak tej pasty szalenie mi podpasował. Słonawa feta, wyraziste pesto i słodka żurawina. Idealna wprost kombinacja smaków i aromatów. Musicie spróbować.
Ledwo co się rozpakowałam, okazało się, że znów przychodzi czas pakowania się i kolejnego wyjazdu. Tym razem nadchodzi ta część wakacji, którą określam jako intensywną. Czyli nie ma relaksu, jest zwiedzanie nowych miejsc, albo tych, których dawno się nie widziało. Bardzo lubię takie kompromisowe wyjazdy. Gdyby moje wakacje miały polegać tylko na relaksowaniu się i lenistwie, zwariowałabym. Ale gdyby były to tylko wycieczki i codzienne aktywności od rana do wieczora, zwariowałabym jeszcze szybciej.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek


Składniki:
200 gramów makaronu spaghetti
Pół kostki Fety
2 garście suszonej żurawiny
Pęczek bazylii
 Duża garść orzechów włoskich
Łyżka tartego parmezanu
Oliwa z oliwek
1 ząbek czosnku
Sól
Pieprz

Gotuję makaron al dente w osolonej wodzie.
Bazylię myję, przekładam do blendera razem z orzechami, parmezanem, oliwą, pieprzem i czosnkiem. Miksuję na pesto.
Fetę siekam. Żurawinę zalewam wrzątkiem, odcedzam.
Ciepły makaron łączę z sosem. Wierzch posypuję kostkami fety, posypuję żurawiną.

środa, 9 sierpnia 2017

Ryżowe placuszki z truskawkami


W tym roku miałam wykupiony pobyt z pełnym wyżywieniem, od rana do wieczora. Miało to swoje wielkie plusy, całkowity relaks, brak zmywania, kombinowania i robienia zakupów. Ale miało też jeden minus. No cóż, ukrywać nie będę faktu, że śniadania lubię słodkie. Może niekoniecznie codziennie, ale na pewno co drugi dzień. A już na pewno nie lubię tego stanu kiedy przez 7 dni muszę jeść jajka, parówki, tosty z serem i twarożki. Wszystko bez grama słodkości. Nawet bez miodu i dżemu. Zdrowo? Zdrowo. Ale mój mózg rano potrzebuje odrobiny słodyczy. Dlatego też pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po powrocie było porządne, słodkie śniadanie. Ryżowe placuszki o smaku waniliowym  z truskawkami. Robiłam je już parę razy i za każdym razem byłam zachwycona. Lekkie, delikatne, mleczne, truskawkowe. Do tego szykuje się je raz i dwa. Nie wymagają za wiele pracy i wysiłku. Idealne na letnie śniadanie. Uwaga, zdecydowanie za łatwo można się w nich zakochać!

Składniki:
6 łyżek płatków ryżowych
150 ml mleka
1 średnie jajko
2 łyżki mąki pszennej
Parę kropli esencji waniliowej
Kilka sporych truskawek 

W garnuszku podgrzewam mleko z wanilią, ciepłym płynem zalewam płatki, zostawiam na parę minut. 
Roztrzepuję jajko, dodaję do ryżowej mieszanki, dodaję mąkę- tak by masa była dość gęsta. Umyte truskawki kroję na plasterki, część dodaję do ciasta. 
Na rozgrzanej, teflonowej patelni smażę placuszki. Są bardzo delikatne, więc odwracać trzeba dopiero gdy całkiem się zetną z jednej strony. 
Podaję z truskawkami, można posypać cukrem pudrem. 


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Powakacyjny makaron

Nie wiem jak u Was, ale  u mnie zawsze najgorsze są powroty z wakacji. Ledwie co człowiek się rozpakował, oswoił z nowym miejscem, poczuł wygodnie i komfortowo, odkrył swoje ulubione miejsca i zaczął wypoczywać na całego, to już koniec. Już czas wracać. A potem to ranne pakowanie i wieczorne rozpakowywanie. I sortowanie pranie, i cały dzień prania, wieszania i prasowania. I jeszcze powrót do pracy. To jest zdecydowanie najgorszy moment. Tak, kiedy trzeba się przestawić z trybu wakacje na tryb sumienny pracownik. To jest zdecydowanie najtrudniejsze. Kolejny raz zdecydowanie twierdzę, że po urlopie należy się drugi urlop. Na dojście do siebie i ponowne poddanie się rutynie. Niestety, urlop się skończył i witaj poniedziałku, witaj praco. Na szczęście od jutra. Do gotowania w takie dni głowy się nie ma, dlatego też mam przepis na błyskawiczny obiad . Makaron, kurczak, lekki sos pomidorowy. Wszystko gotowe w 20 minut. Smakuje świetnie, wymaga minimum pracy. Zapraszam na powakacyjny makaron, który zrobi się prawie sam, gdzieś tak między wypakowywaniem walizki, a przeglądaniem zdjęć.

Składniki :
1 pierś z kurczaka
Pół paczki ulubionego makaronu ( 250 gramów)
1/2 szklanki passaty pomidorowej
1 mała cebulka
2 ząbki czosnku
Kawałek papryczki chilli
Słodka papryka
Odrobina suszonego cząbru
Sól
Pieprz
2- 3 łyżki śmietanki 30 %
Olej rzepakowy do smażenia

W dużym garnku gotuję makaron al dente.
Mięso z kurczaka osuszam i kroję w kostkę. Na patelni rozgrzewam olej, siekam drobno czosnek i cebulkę i wrzucam na patelnię, gdy się zezłocą dodaję kurczaka. Po około 5 minutach dodaję posiekane chilli, smażę całość dodatkowo 2 - 3 minuty. Doprawiam, dodaję passatę, i duszę około 5 minut. Na koniec delikatnie dodaję śmietankę.
Makaron łączę z sosem i podaję na ciepło.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...