Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

niedziela, 30 lipca 2017

Szybkie muffiny z truskawkami i brzoskwiniami

W końcu się doczekałam. W końcu mam swój wymarzony urlop. Tydzień poza domem. Tydzień niegotowania, niesprzątania, nierobienia nic czego bym nie chciała. Mam nadzieję, że będzie to tydzień relaksu, odrobinę leniwy, że będę chodzić na poranne spacery, korzystać z  oferty spa i rozpieszczać popołudniami w kawiarni. Zdecydowanie potrzebuję zmiany otoczenia, wyrwania się z codziennej rutyny. Mieć czas na leniwe chwile z książką, nie martwienie pracą i codziennymi problemami. Zgodnie z prognozą pogody najbliższy tydzień ma być upalny. Dlatego też szybko podjęłam decyzję, zarezerwowałam termin w ośrodku i w drogę. Parki, sosnowy las i świeże powietrze czeka. Przez tydzień wyłączę się z blogowego życia. Coś czuję., że taki tydzień spędzony z dala od komputera dobrze mi zrobi. Dlatego też nie przygotowałam przepisów na zapas. Każdemu potrzebny jest taki czas tu i teraz.
Ale zanim spakuję ostatnie sukienki i kosmetyki. Zdecyduję które sandałki zabiorę, zapraszam na pyszne i błyskawiczne muffinki. Mój brat uznał, że to najlepsze muffinki jakie kiedykolwiek zrobiłam. Lekkie, miękie, delikatne. Idealnie smakuje również połączenie brzoskwini i truskawek. Takie muffinki świetnie sprawdzą się na ogrodowych spotkaniach, piknikach na plaży, oraz w podróży. Niczego nie pobrudzą bo nie mają polew i kremów, są za to smakowitą przekąską i pysznym deserem. Ja je pokochałam, i polecam Wam te proste i przepyszne muffinki.


Składniki:
2 małe brzoskwinie
8-10 małych truskawek
200 ml jogurtu naturalnego
1/3 szklanki oleju
3 łyżki cukru kokosowego
350 gramów mąki
2 małe jajka
Ekstrakt waniliowy
Szczypta kardamonu

Dodatkowo cukier puder


Owoce myję, kroję na małe kawałki.
Jajka ucieram razem z jogurtem , wanilią i olejem. W drugiej misce łączę wszystkie suche składniki, nie należy mieszać zbyt długo. Na końcu dodaję owoce, mieszam raz jeszcze.

Formę do muffinek wykładam papilotkami, wlewam do niego ciasto - mniej więcej do 3/4 wysokości. Muffinki piekę przez 20-25 minut w 185 stopniach. \
Po wystudzeniu posypuję cukrem pudrem.





piątek, 28 lipca 2017

Czekoladowy deser z awokado

Niektóre przepisy są bardzo, bardzo spontaniczne. Jak ten. Bardzo spontaniczny mus z awokado i gorzką czekoladą. Jakiś czas temu kupiłam awokado. Było dość twardawe, więc na parę chwil o nim zapomniałam. A potem sobie przypomniałam. To znaczy jak już przypomniałam sobie o nim, to okazało się, że natychmiast trzeba je zużyć. Teraz i natychmiast. Ale co tu zrobić, kiedy ja miałam ochotę na coś słodkiego? Żadne tam kanapki czy pasty. Miało być słodko! Przypomniałam sobie o deserze, który dość często szykuje sobie moja siostra, a ja jeszcze nigdy go nie próbowałam. Musiałam więc nadrobić to rażące niedopatrzenie. Przygotowałam więc swoją wersję musu z awokado. Dodałam pełnoziarniste ciasteczka i morele. Wyszło pysznie i szalenie prosto. Nawet ci co nie przepadają za nieco mdłym smakiem awokado zajadali się ze smakiem, i w ogóle nie poczuli obecności tego zielonego owocu.  Bardzo czekoladowo, słodko, ale przełamała tę słodycz, nie tylko gorzka czekolada, ale i kwaskowata morela. Pełnoziarniste ciasteczka dodały nieco chrupkości i sprawiły, że deser stał się bardziej konkretny.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek



Składniki:
1 duże i bardzo dojrzałe awokado
3 łyżki mleka migdałowego
Łyżka miodu
6-7 kostek gorzkiej czekolady
2 morele
Kilka ciasteczek zbożowych

Czekoladę rozpuszczam na parze, dodaję mleko, chwilę studzę.
Awokado obieram, wydrążam łyżką, wkładam do wysokiego naczynia. Dodaję czekoladę i miód, miksuję przy pomocy blendera.
Na dnie naczynia do serwowania kruszę zbożowe ciasteczka, wykładam połowę kremu, kładę kawałki moreli, na to znów wykładam krem z awokado i kolejne kawałki moreli.
Deser warto schłodzić 10 minut przed podaniem.


środa, 26 lipca 2017

City Sam - czyli śniadanie w Warszawie

Nie udaję, na wakacjach czy też weekendowym wypadzie mam ochotę się zrelaksować. Stąd też nie gotuję, nie generuję kuchennego bałaganu. Nie lecę rano po świeże bułeczki i nie smażę jajecznicy, chociaż mam do dyspozycji kuchnię. W mojej wakacyjnej samotni za śniadanie starcza mi kubek herbaty i kawałek rogalika z malutkiej piekarni, który kupuję gdy już znudzę się podziwianiem ogrodu z perspektywy bujanego fotela. Kiedy zaś jestem w dużym mieście, koniecznie chodzę na miejskie śniadania. Na co dzień gotuję bardzo dużo i lubię po prostu pójść, usiąść, zamówić, i nie musieć ścierać okruszków, albo odkładać naczyń do zmywarki. Lubię testować nowe knajpki i nowe smaki. Pomarudzić na za bogaty wybór i udawać ( no tak, nie do końca udawać) okropnie niezdecydowaną. W każdym razie podczas ostatniego weekendu byłam w Warszawie. Nigdy niespecjalnie nie lubiłam tego miasta zbyt mocno. Chociaż to miejsce tak silnie związane z moją rodziną od mamy strony. Stąd pochodzą dziadkowie. Dla mnie jednak zawsze Warszawa była za duża, za głośna, za szybka. Ale to się zmienia. W zasadzie z każdym kolejnym wypadem lubię ją coraz bardziej. Tym razem z pełną premedytacją wybrałam mieszkanko w samym centrum. I wiecie co? To był świetny wybór. Chociażby ze śniadaniowych powodów. Rano wybrałam się na szybką kawę do kawiarni obok mieszkania, bo inaczej z pewnością nie doszłabym na to śniadanie. W planie miałam odwiedziny w słynnej Charlotte. Już 4 raz się wybierałam i nic. I za 5 się nie udało. Nie udało, bo w ten upalny poranek dopadł nas taki głód, że od razu po zobaczeniu pierwszej śniadaniowej knajpki, postanowiłyśmy tam zostać.
Wystrój knajpki na pewno zachęca by tam zostać. Osobne stoliki, jak i długi stół na śniadanie w grupie sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie. My wybrałyśmy stolik na powietrzu, w końcu tego marnego lata, trzeba korzystać z każdej ciepłej chwili. Po chwili dostałyśmy menu. Szczerze? Nie wiedziałam co wybrać. Tyle wspaniałych dań czekało na spróbowanie. Gdybym  mogła zamówiłabym 3/4 karty. Zgodnie z informacją w menu jajka używane przez kucharzy są ekologiczne, jak i pieczywo oraz nabiał. Wegetarianie, weganie, osoby na diecie bezglutenowej znajdą wiele pozycji dla siebie. Ale trzeba było się ograniczyć. Miły kelner pomógł dokonać ostatecznego wyboru, i tak na naszym stole miały znaleźć się szpinakowe omlety z salsą i ogórkowym sosem, a także super miska owocowa. Do picia mrożona kawa, lemoniada miętowa i koktajl z papają i passiflorą.
Po 10 minutach dania pojawiły się przed nami. Piękne podane, kusiły i zachęcały do jedzenia. Omlety okazały się być puszyste i delikatne. W środku były pełne salsy z pomidora i awokado, a sos bardzo przypominał mamine tzatziki. Pycha, w sam raz na śniadanie w ciepły dzień. Super miska była kombinacją super owoców i zbóż. Smakowało wybornie. Chociaż jest to lekka śniadaniowa wersja i na pewno osoby z większym apetytem powinny coś domówić. Napoje były wspaniałe, świeża lemoniada idealnie gasiła pragnienie, a koktajl zgodnie z informacją w menu naprawdę dodawał energii. Po prostu pysznie.
Świetna obsługa, przyjemny wystrój, zdrowe menu i pyszne dania. Ceny? Biorąc pod uwagę lokalizację i smak posiłków, nie można narzekać. Chociaż rachunek na 112 złotych za trzy porcje śniadaniowych dań i trzy napoje może wydawać się sporą sumą. Ale nie żałuję i polecam. Jak będę w Warszawie, na pewno kolejny raz odwiedzę to miejsce.
City Sam, Warszawa, ulica Twarda 4









poniedziałek, 24 lipca 2017

Jogurtowy placek z agrestem

Wróciłam. Sama nie wiem czy mogę powiedzieć  jak było. Tyle się działo! Mam na koncie wiele, wiele koncertów- bo maniaczka muzyczna ze mnie. Ale przyznam szczerze, że największe miejsce w moim muzycznym  sercu zawsze będzie zajmować właśnie Depeche Mode i ich koncerty. Bo koncert tego zespołu to nie jest tylko 3 godziny na stadionie, pośpiewamy jeden refren, zjemy popcorn i hot doga i do domu. Tutaj koncert zaczyna się w dniu podróży, na dworcu, w pociągu. Nasz cały przedział składał się z fanów. I w ogóle nikomu nie przeszkadzał fakt różnicy wieku. Całe 4 godziny bawiliśmy się świetnie. I chociaż nie znaliśmy swoich imion, sytuacji rodzinnych czy też wykształcenia to gwarantuję Wam, że na ten moment nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Wszyscy byliśmy jedną rodziną. Takie coś spotyka się tylko u fanów DM, którzy w Polsce tworzą prawdziwą mafię. Ale oczywiście szalenie pozytywną! Możliwość bycia częścią tej grupy to największa radość. Szczególnie silnie odczuwam to oczywiście w czasie koncertu. Tegoroczny był wspaniały. Bardzo mnie zdziwiło to, że przebił ten mój pierwszy! Byłam pewna, że wspomnienia z pierwszego spotkania z ukochanym zespołem będą za silne . Ale wtedy za bardzo go przeżywałam, wiadomo, jeżeli czeka się na coś 25 lat to można być nieco onieśmielonym i spiętym. Bo wszystko chce się maksymalnie dojrzeć, usłyszeć, przeżyć. Teraz postawiłam na luz, bawiłam się świetnie od pierwszej do ostatniej nuty. Nie skorzystałam w ogóle z przysługującego mi krzesełka. No dobrze, skorzystał kartonik z drożdżówką i herbatką. A drożdżówkę zjadłam po powrocie do pokoju. Zdecydowanie to był koncert mojego życia.
Przed wyjazdem upiekłam sobie ciasto. Jako, że miałam nadmiar agrestu i chęć na szybkie ciasto, wybrałam bardzo prosty przepis, jogurtowiec z agrestem. Robi się szybciutko, smakuje genialnie. Jest to bardzo mięciutkie i delikatne ciasto, z interesującym smakiem agrestu. Kwaskowaty agrest idealnie tutaj pasuje. Polecam każdemu.



Składniki:
200 gramów jogurtu naturalnego
4 łyżki cukru kokosowego
2 jajka
1 paczka cukru z prawdziwą wanilią
400 gramów mąki orkiszowej tortowej
1/3 szklanki oleju rzepakowego
1 łyżka proszku do pieczenia
1/3 kubeczka agrestu

Dodatkowo:
 masło i kasza manna do formy
Cukier puder


Jajka ucieram z cukrem kokosowym i waniliowym na jasny krem. Dodaję olej, i ucieram aż składniki się połączą. Następnie dodaję jogurt.


Mąkę przesiewam razem z proszkiem do pieczenia, delikatnie łączę z ciastem.
Tortownicę smaruję masłem, wysypuję kaszą manną, wylewam ciasto.
Myję agrest, wciskam w ciasto. Placek piekę przez 40 minut w 185 stopniach.
Po wystudzeniu posypuję cukrem pudrem.




Moje rady:
wszystkie składniki muszą mieć temperaturę pokojową, wtedy unikniemy zakalca. 

piątek, 21 lipca 2017

Omlet z twarożkiem i jagodami

Dzielę się z Wami przepisem na niezwykłe śniadanie. Niezwykle ważne dla mnie. Ot, banalny omlet, twarożek i letnie jagody. Gdzie tu coś niezwykłego pewnie możecie się zapytać? I bardzo to cenne pytanie. Śpieszę z odpowiedzią. Otóż to śniadanie, może i zwyczajne, ale zjedzone takiego dnia jak dziś staje się zdecydowanie niezwykłe.  To śniadanie zafundowałam sobie bowiem przed koncertem Depeche Mode. Kiedy to czytacie to ja albo jadę pociągiem, albo sprawdzam koncertowy strój, albo być może jestem już na Stadionie Narodowym i z emocji nie mogę wysiedzieć na krzesełku. Całkiem możliwe, że właśnie trwa koncert i wszyscy głośno śpiewają o tym, że zawsze o tym marzyli i tego pragnęli. Albo spaceruję sobie po Warszawie i piję herbatkę w miłej knajpce. Albo jestem na wystawie Dali kontra Warhol. Albo wracam pociągiem do domu, albo jestem już w domu. Tak, opcje są różne. Na ten weekend czekałam 10 miesięcy  i się doczekałam. Warszawa, Depeche Mode, mój kolejny, piękny koncert i piękne chwile, które zostają aż do końca życia. Ale aby mieć siłę na te wszystkie emocje, należało zacząć dzień od dobrego śniadania. Lekki i puszysty omlet, delikatny twarożek i jagody, to nie mogło nie smakować!


Składniki:
2 jajka
3 łyżki mleka
1 łyżka mąki pszennej
Szczypta soli
Odrobina masła klarowanego

2 łyżki twarogu
1 łyżeczka jogurtu
Duża garść jagód
1 łyżka kokosowego cukru

Oddzielam białka od żółtek. Biała ubijam z solą na pianę. Do żółtek dodaję mleko i mąkę, dokładnie ucieram. Bardzo delikatnie mieszam obie masy i smażę omlet na rozgrzanym maśle klarowanym.
Do twarożku dodaję jogurt, ucieram na w miarę gładką masę.
Jagody dokładnie myję, posypuję cukrem, delikatnie rozgniatam.
Omlet podaję z twarożkiem i jagodami. 

środa, 19 lipca 2017

Szybki kurczak z cukinią

To był nadzwyczaj leniwy weekend. Naprawdę leniwy. Konstruktywnego niewiele zrobiłam. Za to celebrowałam każdą leniwą chwilę. I pielęgnowałam swoje lenistwo i brak chęci do czynności poważniejszych niż pójście do kawiarni na mrożony jogurt. Żeby nie było, do kawiarni mam jakieś 3 minuty pieszo. No przy tempie babci wyszło 9. Ale trzeba pamiętać, że dama to dostojna i wybaczam jej dostojny spacer. W każdym razie mimo szczerych chęci, porcją lodów nie dało się za bardzo najeść. Zgodnie z obietnicą jaka widniała na karcie w kawiarni, porcja to całe 90 kalorii. Dodatek  owoców dodawał kolorów i smaku, ale jednak energii na całe popołudnie nie zapewnił. Jako, że leniwy to był weekend, obiad musiał być taki sam, czyli leniwy. Maksymalnie leniwy. Leniwy na 100 %. W takiej sytuacji sprawdził się u mnie kurczak, pieczona pierś w ziołach z cukinią. Do tego odrobina cytryny i wyszło bardzo smaczne danie. Ekspresowe, pracy przy nim jest tak niewiele, że w zasadzie nie zdąży się pomyśleć, a obiad już gotowy. Myślę, że ten przepis idealnie sprawdzi się w najbliższych dniach, kiedy to prognozowane są upały. W końcu prawdziwe lato, nawet nad morzem. Mam być gorąco, przyjemnie i naprawdę wakacyjnie. Na plaży tłum, lody w dłoń. Czas odpocząć.


Składniki:
1 podwójna pierś z kurczaka
1 mała cukinia
1 cytryna
Po łyżeczce suszonego majeranku, słodkiej papryki i koperku
1 duży ząbek czosnku
Oliwa z oliwek
Sól
Pieprz

Mięso myję i osuszam.
Czosnek rozcieram razem z oliwą, wyciskam sok z cytryny, ścieram skórkę. Oliwę doprawiam resztą przypraw. Marynatą nacieram mięso, odkładam na kwadrans, następnie wkładam do piekarnika i piekę 15 minut.
W międzyczasie myję i obieram cukinię. Kroję ją w plastry, lekko posypuję solą i po 5 minutach dokładnie opłukuję. Mięso obkładam plastrami cukinii, piekę 20 minut w 185 stopniach - co jakiś czas polewam warzywa wytwarzającym się sosem.
Danie podaję z ryżem.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Szpinakowa babka z truskawkami

Uwielbiam wszystko szpinakowe. No dziwna jestem, ale do jedzenia szpinaku czy wątróbki, nikt nigdy nie musiał mnie specjalnie namawiać. Moja mama nie robiła z tego zielonego warzywa nieapetycznej brei, może to dlatego? W każdym razie szpinak lubię. Szpinakowe ciasta odkryłam rok z kawałkiem temu. Wtedy też zakochałam się w cieście o uroczej nazwie leśny mech. Pamiętam też jaką furorę zrobiło ono na festiwalu Smakuj Trójmiasto, gdzie wyprzedało się w parę chwil. Chciałam sobie przypomnieć ten smak. Nie czułam jednak potrzeby robienia wersji na "bogato" czyli z kremem. Takie ciasto sprawdza się na różnego rodzaju przyjęciach, wrażenie robi większe niż tort. Ja chciałam zrobić prostszą wersję. Takie niedzielne ciasto do popołudniowej herbatki. Zrobiłam więc szpinakową babkę z truskawkami. Bardzo prostą i bardzo pyszną. Niezwykle delikatną, mięciutką, rozpływającą się po prostu w ustach. W moim domu zrobiła ogromną furorę i nie udało mi się ocalić kawałka na dziś- nad czym bardzo ubolewam. Jeżeli lubicie Leśny Mech, ale nie macie ochoty szykować pełnej wersji, to bardzo polecam wersję uproszczoną. Wspaniale smakuje jedzona na świeżym powietrzu, albo na balkonie w otoczeniu zieleni. Koniecznie spróbujcie.


\

Składniki :
Pęczek świeżego szpianku
2 duże jajka
1/2 szklanki oleju rzepakowego
5 łyżek cukru kokosowego
400 gramów mąki orkiszowej tortowej
Łyżka proszku do pieczenia
Ekstrakt waniliowy
10 truskawek

Dodatkowo
Masło i kasza manna do formy

Szpinak dokładnie płuczę i przy pomocy blendera rozdrabniam razem z olejem.
Ucieram jajka z cukrem i wanilią na puszysty krem. Dodaję szpinak, oraz mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. Łączę dokładnie wszystkie składniki - najlepiej przy pomocy miksera.

Formę na babkę smaruję masłem i wysypuję bułką tartą. Wylewam ciasto. Na wierzchu układam połówki truskawek, lekko wciskam je w ciasto. Babkę piekę 45 minut w 185 stopniach.
Po ostudzeniu można posypać cukrem pudrem.






sobota, 15 lipca 2017

Kanapki na ciepło z marynowanym pomidorem

Na ten weekend nic nie planuję. No może poza gruntownym umyciem okien. Po silnych ulewach, wyglądają jakbym nie myła ich co najmniej trzy lata, a nie ledwo tydzień. No i muszę w końcu się zmobilizować i posprzątać w jednej szafie. Odkładam to z tygodnia na tydzień i wynajduję sobie milion innych zajęć, byleby tylko odwlec to co nieuchronne. Zastanawiam się na ile mi starczy zapowiadanej na dziś silnej woli i odwagi? Chciałabym w końcu zająć się tym, powyrzucać to co trzeba i tyle. No, ale kiedy posiada się aż tak sentymentalną duszę jaką posiadam ja, to ciężko jest pozbyć się czegokolwiek. Bo przecież każda rzecz to pamiątka! Taki bilet na górską kolejkę, to nie tylko wyblakły kawałek papieru, ale i dowód na pokonanie swojego lęku wysokości i unoszenie się na górskimi polanami. Taki paragon. Tak, mam paragon za zakup herbaty na wyjątkowym dla mnie koncercie. Czego to jest wspomnienie? Oczywiście wspaniałej zabawy i głośnego śpiewania, co objawiło się bólem gardła. Albo pocztówka. Dziś nie wiem skąd była wysłana, ale wiem, że wysłała ją moja przyjaciółka, gdzieś na początku liceum. I tak ją trzymam, jako swój najcenniejszy skarb. I ciężko mi się tego wszystkiego pozbyć. Oj ciężko. Ale obiecałam sobie, że chociaż 1/10 pamiątek muszę pożegnać. By zrobić miejsce na te nowe wspomnienia. Ale tym zajmę się wieczorem. Na razie powspominam moje wczorajsze obiadowe kanapki. Nie miałam siły na gotowanie. W dodatku byłam sama w domu, nie chciało mi się więc dla jednej osoby gotować czegoś konkretnego. Do tego słoneczna pogoda sprawiła, że nie miałam też jakiegoś bardzo silnego apetytu. Sporą część głodu zaspokoiłam truskawkami, a konkretniej zjadłam kanapki na ciepło z marynowanymi pomidorkami. Pysznie, smacznie, zdrowo i błyskawicznie. Marynata do pomidorów jest słodko-pikantna. Bardzo podkreśla słodycz warzywa, a jednocześnie przełamuje ją dzięki dodatkowi chilli.


Składniki:
2 kromki żytniego chleba
Oliwa
Duży pomidor malinowy
2 łyżki ricotty
Bazylia
Miód - łyżka
Chilli- szczypta
Słodka papryka - szczypta
Suszony koperek - szczypta
Sok z połowy cytryny
Sól
Pieprz


Chleb opiekam w tosterze, albo na suchej patelni.
Oliwę łączę z miodem i wszystkimi przyprawami. Pomidorki kroję w ósemki, polewam marynatą, zostawiam na parę minut.
Grzanki smaruję ricottą, układam na nich pomidorki, podaję ze świeżą bazylią. 

piątek, 14 lipca 2017

Pasta twarożkowa z tuńczykiem

Jak poprawi się pogoda, to popsuje się co innego. Czyli jak zrobiło się cieplej - tak, tak, od paru dni codziennie chodzę w sukienkach. Moje letnie sukienki są w końcu bardzo, bardzo spragnione słonecznego światła i mają serdecznie dość ciemnej szafy. Więc kiedy pogodowo jest całkiem ok, to atakuje mnie alergia. Na Wybrzeżu jest teraz wyjątkowo silne stężenie pyłków pokrzywy oraz grzyba o dość wdzięcznej nazwie Cladosporium. W każdym razie kicham na potęgę, a z oczy ciekną łzy. Rano zyskuję przynajmniej 5 minut bo nie muszę się malować. Branie leków na alergie ma pewne plusy - znikają przykre objawy, ale pojawiają się inne, czyli ogromna senność, zmęczenie i bóle głowy. Niestety nowe leki, nie mające skutków ubocznych na mnie w ogóle nie działają. W sensie nie niszczą alergii i nie powodują skutków ubocznych. Z racji tych skutków ubocznych biorę je na wieczór, co sprawia, że lek działa mniej więcej do 11-12 w dzień, a potem wszystko wraca do normy. Ale za to rewelacyjnie śpię w nocy. Niestety, za dnia alergia znów się rozkręca. Lepiej jeżeli nocą pada deszcz, gorzej jak nie pada w nocy, wtedy pyłków jest dużo za dużo, i idąc do pracy dopada mnie armia niewidocznego wroga. Idealnie byłoby gdy letni deszcz padał około 5-6 rano i zmyło  większość pyłków. Ale jak na złość, pada na wieczór. No, ale dosyć narzekania. czas na jedzenie. Dziś proponuję bardzo prostą pastę twarożkową z tuńczykiem. Trochę przypraw, parę składników i pasta gotowa. Do pieczywa idealna, sprawdzi się na śniadanie, ale i na kolację.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczne Piątki.

  • Składniki:
  • 1 puszka tuńczyka w sosie własnym
  • 200 gramów twarogu
  • 2 garście szczypiorku
  • 2 garście koperku
  • kilka rzodkiewek
  • Pół ogórka małosolnego
  • Sól ziołowa
  • 1 ząbek czosnku
  • Pieprz
  • Szczypta ostrej papryki



Twaróg rozgniatam, dodaję tuńczyka, dokładnie łączę składniki.
Siekam koperek i szczypiorek, warzywa kroję w kostkę, dodaję do pasty, doprawiam. Przed podaniem warto schłodzić przez kwadrans w lodówce.







wtorek, 11 lipca 2017

Dwukolorowe ciasto z truskawkami

Sobotnia pogoda tak mnie nastroiła, że po prostu potrzebowałam, musiałam i chciałam zjeść coś czekoladowego. Miałam też koszyk pełen truskawek, i tak sobie wymyśliłam ciasto z truskawkami i podwójną porcją czekolady. Bo co będę sobie żałować. W końcu mój nastrój wymagał natychmiastowej poprawy. A szykowanie ciasta, do tego ciasta z czekoladą, to najszybszy i chyba najsmaczniejszy sposób na pozbycie się złych myśli. W każdym razie ciasto piekło mi się wyjątkowo przyjemnie, a jeszcze przyjemniej się je jadło. Na plus działa to, że ciasto jest bardzo proste, i robi się je bardzo, bardzo szybko. Truskawki, czekolada, idealny letni zestaw. Ciasto jest mięciutkie, delikatne, rozkosznie czekoladowe, dzięki pysznej polewie. Po bardzo przyjemnej niedzieli- również dzięki porcji ciasta, przyszedł burzowy poniedziałek. Na szczęście burze przyszły już pod wieczór, po pracy mogłam więc udać się na spacer, a w domu czekał na mnie kawałek ciasta. Zaręczam, że nawet kiedy grzmi i strzelają pioruny,a  niebo jest po prostu rozerwane i cieknie niekończący się deszcz, to jakoś tak milej na duszy mając ciasto za kompana wieczoru.
Przy okazji chciałam Wam donieść, że nad morzem jednak jest pięknie, turystów od groma, woda zimna, ale nikogo to nie zraża. Mnie oczywiście tak, ale turyści rzucili się na trójmieskie plaże i okupują piasek. Mam nadzieję, że pogoda będzie im sprzyjać.

Składniki:
4 jajka
150 gramów masła
4łyżki cukru trzcinowego
400 gramów mąki orkiszowej tortowej
Łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki kakao
10 truskawek
Ekstrakt waniliowy

Polewa
80 gramów gorzkiej czekolady
3 łyżki śmietanki 36 %

W garnuszku topię masło. Studzę.
Jajka ucieram z cukrem, dodaję wanilię, a na końcu stopione masło. Mąkę przesiewam, dodaję proszek do pieczenia. Łączę wszystkie składniki. Ciasto dzielę na dwie części, jedną wylewam do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Do drugiej dodaję kakao.
Truskawki myję, kroję na połówki, układam je na jasnym cieście. Przykrywam je ciemnym ciastem.
Placek piekę  40 minut w 185 stopniach.


Kiedy ciasto się studzi, szykuję polewę. W kąpieli wodnej rozpuszczam czekoladę ze śmietanką. Ciepłą polewą smaruję ciasto, zostawiam na kwadrans.





niedziela, 9 lipca 2017

Pyra Bar

Dziś zabieram Was na krótką wizytę do Pyry. Dokładniej to Pyra Bar, miejsce, które niedawno odwiedziłam. Byłam głodna, było późno, bar był czynny, kusił zapachami, był na wyciągnięcie dłoni, nic tylko wejść.
Pyra mieści się na Starówce, w bardzo przyjemnym miejscu, odrobinkę na uboczu, ale w ścisłym centrum. Wystrój nawiązuje do PRL-u. Mi przypadł do gustu, chociaż oczywiście nie jest to wytworne miejsce na romantyczne chwile we dwoje. Latem polecam posiedzieć w ogródku, jest spory, przyjemny, z pięknymi widokami. Jest tu ciszej niż na Długiej, a jako, że obok jest deptak nie ma aut. Pyra bar jest dość popularnym miejscem, szczególnie wśród młodszych głodomorów. Także nie nastawiajcie się na godzinne celebrowanie posiłków. Kiedy ja byłam tam na obiedzie, obok 2 stoliki zajęła grupa młodych chłopaków, udających się na wieczór kawalerski, było więc głośno i chwilami słownictwo raziło uszy. Polecam więc wcześniejsze godziny odwiedzin, jeżeli zależy Wam na spokojnej konsumpcji,albo przybywacie z dziećmi. Po 19 jest za dużo imprezowiczów. Dania zamawiamy przy kasie, od razu też się płaci. Wybrane dania podawane są do stolika, warto od razu zapamiętać numer stolika, by nie chodzić potem trzy razy tak jak ja.

No właśnie jedzenie. Pyra Bar, jak sama nazwa wskazuje słynie z dań z kartofli. Innych nie znajdziecie. A co znajdziemy w menu? Oczywiście placki,w różnych wersjach. W sosie mięsnym, warzywnym, albo na słodko - na przykład z jabłkami i bitą śmietaną.  Są też zapiekanki ziemniaczane w różnych kombinacjach smakowych, babka ziemniaczana w wersje wege i dla miłośników mięsa, oraz ziemniaczane kluski i oczywiście frytki. Na nasz stół trafiły placki z sosem greckim, czyli jogurt i ogórek. Wpadł też Zboczek, czyli zapiekanka ziemniaczana z boczkiem, serem i śmietaną, oraz Baba od rzeźnika, czyli babka z dodatkiem boczku  i kawałków karkówki w sosie grzybowym. Jak wypadały dania?
Placki były smaczne, dobrze usmażone, chrupiące, świeże. Sos do nich był dobry, mocno orzeźwiający, ale i delikatny w smaku. Zapiekanka była naprawdę sycąca, chociaż brakowało w niej pieprzu, to jednak danie było smaczne, i bardzo męskie. Babka ziemniaczana wymagała dosolenia, ale smakowała dobrze. Bardzo dobry sos, duża porcja. Tylko jak z zapiekanką, doprawić należało sobie samemu. Troszkę więcej przypraw, i całość byłaby ok. Dania są smaczne, nie jest to oczywiście żadna wykwintna kuchnia, ale taka, która zaspokoi głód i nie zostawi poczucia niesmaku, czy też źle wydanych pieniędzy. Dania są smaczne ( jak na ziemniaczne potrawy) i świeże. Ale raczej o zachwycie mowy być nie może, są to po prostu bardzo solidne ziemniaczane dania, które powinny posmakować sporej grupie ludzi.


Obsługa jest młoda i miła. Ceny jak na miejsce- mówimy o Starówce, śmiesznie niskie. Porcje w sam raz, fani kartofli na pewno wyjdą najedzeni.
Pyra Bar, Gdańsk. Garbary 6/7


piątek, 7 lipca 2017

Szakszuka z kiełbaską

Wczoraj był przepis śniadaniowy, dziś podobnie. Będzie śniadaniowo. Chociaż myślę,że w zasadzie jest to przepis całodzienny. Śmiało można przygotować taką szakszukę na obiad, szczególnie  w zabiegany ciepły dzień. Podany z kalafiorem czy fasolką, na pewno skradnie serca wielu fanów jajek i szybkich obiadów. Ja tę szakszuszkę przygotowałam na śniadanie. Bardzo sycące, ale i dzień czekał mnie bardzo intensywny. Dwa leniwe dni w pracy się zemściły. Teraz nie wiem w co mam włożyć ręce i który telefon odebrać. Nie mam też okazji by zjeść spokojnie drugie śniadanie w pracy, dlatego wolę wstać 10- minut wcześniej i zjeść sycący posiłek w domu. Nie wiem jak Wy, ale kiedy jestem głodna, nie nadaję się do życia. A już na pewno nie do bycia miłą dla irytujących klientów, którzy sami nie wiedzą czego chcą. Ciężko się pracuje z inżynierami i architektami. Bardzo to niezdecydowane osoby. Oj bardzo. I męczące, tak samo jak niezdecydowane. Ale nie o pracy, w końcu zaraz początek weekendu. Zgodnie z prognozą sobota ma być deszczowa. Niedziela na razie jedynie pochmurna. Oby tylko na chmurach się skończyło, ja muszę bowiem pojechać nad morze, pochodzić po plaży i pooddychać powietrzem pełnym  jodu. I nieco odciąć od codzienności. Może nawet mogłabym założyć jakąś letnia sukienkę, względnie spódnicę? Jak ja o tym marzę!
Ale zanim powitamy weekend, zapraszam do stołu, szakszuka z kiebłaską gotowa.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek 


Składniki:
2 średnie jajka
Kawałek kiełbaski z piersi kurczaka
1 duży pomidor malinowy
Szczypta ostrej papryki
Szczypta słodkiej papryki
1 mały ząbek czosnku
Duża szczypta kminu rzymskiego
Oliwa do smażenia
Sól i pieprz do smaku
Bazylia do przybrania


Siekam czosnek, podsmażam na rozgrzanej oliwie, dodaję przyprawy. Kiełbaskę kroję na małe kawałki, dodaję do czosnku i smażę minutę. Siekam drobno pomidora i dodaję na patelnię, smażę około 2 minut, aż zacznie się rozpadać. Rozprowadzam masę pomidorową na boki, po środku wbijam jajka, solę i posypuję pieprzem. Smażę aż żółtka z wierzchu się zetną. Podaję z bazylią.


czwartek, 6 lipca 2017

Manna z matchą

Wiecie jak to wspaniałe uczucie byłoby przeżyć dzień bez deszczu ? Ten dzień kiedy parasolka grzecznie leży w torbie . Bezczynnie. Bezrobotna. Po deszczowym wtorku, przyszła dość ładna środa. Wróć. Nieprawda. Środa była deszczowa, pochmurna i zimna. Może kiedyś lato wróci? Moje letnie sukienki niszczeją w szafie w oczekiwaniu na lato. Czas pokaże czy pogoda zmieni się na lepsze. W każdym razie w oczekiwaniu na to lato trzeba zbierać siły. Bo czeka się już sporo, a to wiadomo, nadwyręża lekko ciało i ducha. To oczekiwanie osłodziłam sobie pyszną kaszą manną z dodatkiem miodu lawendowego i matchy. Wyszło bardzo ciekawe połączenie smaków. Lekko ziołowe, intensywne w smaku, ale i z nutką delikatności. Taką mannę można jeść codziennie. Jestem pewna, że jak spróbujecie to nie będziecie mogli przestać jej sobie serwować. Lubię ją zarówno na śniadanie, jak i na słodką kolację. Sama nie wiem kiedy lepiej smakuje! Wy też musicie spróbować, zobaczcie jakie to proste.

Składniki:
300 ml mleka
5 łyżek kaszy manny
1 czubata łyżka Matchy
1 czubata łyżka miodu lawendowego
Truskawki
Kilka pełnoziarnistych ciasteczek kokosowych


W garnuszku podgrzewam 200 ml mleka. W reszcie mleka rozprowadzam matchę, dokładnie mieszam by nie było grudek, na końcu wsypuję kaszę mannę.
Gdy mleko zacznie się gotować delikatnie dodaję "zieloną" mieszankę. Mieszam i gotuję około 5 minut. Kasza powinna wchłonąć mleko i zgęstnieć. Dodaję miód, dokładnie mieszam.
Kaszę podaję z truskawkami i pokruszonymi ciasteczkami.

wtorek, 4 lipca 2017

Letnia zupa jarzynowa

Z tym określeniem "letnia" to tak trochę na wyrost. Wystarczy popatrzeć na naszą nadmorską aurę i można rzec - jesienna. Ale ta zupa mimo niesprzyjającej pogody jest prawdziwie letnia i delikatna. Bogata w warzywa, zdrowa, ale jednak sycąca. Bardzo ją lubię. A wielką fanką zup nie jestem przecież. W każdym razie tę zupę szykuję z wielką chęcią. Ostatnie dni były niespodziewanie bardzo zupowe. Bo jak zimno, wieje i leje, to człowiek jakoś tak tęskni do miseczki ciepłej zupy, która koi nerwy i cóż, wymęczoną duszę. Tak mi się marzył spacerowy weekend. Nie musiało być wcale jakoś szczególnie upalnie, wystarczyłoby żeby po prostu nie padało. Ale niestety, okazało się, że moje życzenia są zbyt wydumane. Mimo to postanowiłam być odważną i wyjść na ulewne deszcze. W zasadzie pokonać trasę -drzwi-auto. To był bardzo teatralny weekend. W sobotę obejrzałam Raj dla opornych, czyli spektakl w reżyserii Krystyny Jandy ze wspaniałą Dorotą Kolak. Śmieszny, choć gorzki. Wspaniali aktorzy, i gdy nie deszcz byłoby super. Tak, bo chociaż spektakl odbywał się pod dachem, to jednak był po pokaz plenerowy. I o ile nad głową było w miarę sucho, to z boku deszcz zacinał. Ale dla fana, jak wiadomo nie ma rzeczy niemożliwych. W niedzielę zaś kolejny raz odwiedziłam nasz piękny Teatr Szekspirowski gdzie wystawiono nowość - Zakochanego Szekspira. Co prawda w tym teatrze również dach jest otwierany, ale z racji pogody nikt nie ryzykował otwierania dachu i zalania sceny. Jak więc widać nawet kiedy pada w Gdańsku jest co robić i nie trzeba się nudzić. A po artystycznych wrażeniach można zjeść porcję zupy i poczuć się jak w ósmym niebie.


Składniki:
1 mały kalafior
2 małe kalarepki
2 marchewki
1 mała pietruszka
30 dg groszku zielonego
1 duża cebula
2 małe kartofle
kawałek selera
2 litry bulionu
2 ziela angielskie
1 duży listek laurowy
Sól
Pieprz
Koperek
Łyżka masła

Zaczynam od przygotowania bulionu. Można przygotować go na warzywach- w tym wypadku podsmażyć na maśle albo oleju cebulę i marchewkę, zalać wodą. Ja przygotowałam wersję na dwóch skrzydełkach z kurczaka i szyi z indyka i cebuli.Gotuję około 30 minut.
Wszystkie warzywa dokładnie myję. Do bulionu dodaję pokrojone w drobną kostkę marchewkę, seler i pietruszkę -  gotuję 10 minut.
W międzyczasie kalafior dzielę na różyczki- dość drobne. Łuskam groszek, kalarepę kroję w kostkę. Do zupy dodaję kalafior i kalarepkę, gotuję kolejne 10 minut, dodaję listek laurowy i ziele. Na końcu gotowania - gdy kalafior zmięknie, dodaję groszek, masło, doprawiam solą i pieprzem, gotuję około 5 minut. Zupę podaję z dużą ilością koperku.

niedziela, 2 lipca 2017

Jogurtowiec z truskawkami

Zabiegany weekend. Skąd ja to znam. Dziś muszę naprawić wszystkie szkody jakie wywołała czwartkowa nawałnica. Szkody balkonowo-kwiatowe. Moje piękne i wypieszczone pelargonie, proszą się o chwilę uwagi. Porywisty wiatr i okropne ulewy nieco nadwyrężyły ich stan, stąd też dzisiejsza akcja ratunkowa.  W ogóle ostatnie dni pogodowo były prawdę mówiąc fatalne. Przynajmniej mogę się pocieszyć, że co jak co, ale ja mieszkam w Trójmieście. Nie przyjechałam tutaj na wakacje czy muzyczny festiwal. Mam to za darmo., nie musiałam płacić za wichury i deszcz. Kiedy patrzę na prognozy pogody na najbliższe 16 dni i widzę tam wspaniałe perspektywy temperatur rozpoztartych pomiędzy 14 a 17 stopniami mam wrażenie, że żyję w innym wymiarze. Ja naprawdę nie oczekuję nie wiadomo czego. Nie muszę mieć 30 stopni i prażącego słońca. Ale te 20 to minimum. A tymczasem lato zdecydowanie nie pojawiło się póki co nad morzem. Jeżeli mogę Wam coś poradzić, nie przyjeżdżajcie do Gdańska. Oczywiście jeżeli liczycie na plażowanie, spacery w sandałkach i letnich sukienkach. Przesiadywanie w kawiarnianych ogródkach i łapanie słońca Jeżeli zaś lubicie sporty ekstremalne typu jak uciec przed ulewą, jak w 30 sekund wysuszyć przemoczone spodnie, albo też macie fajną kolekcje płaszczów przeciwdeszczowych, które pokazać na deptaku to rzeczywiście zapraszam. Nie pamiętam, żebym o tej porze roku musiała chodzić dzień dnia w wiosennym płaszczu i solidnym szalu.
No cóż, pogodę zdecydowanie trzeba sobie osłodzić. Bez porcji słodkości ani rusz. Jako, że aura nie nastraja do długiego gotowania, albo raczej do podejmowania wysiłku, polecam bardzo prosty placek jogurtowy z owocami. Szykuje się go błyskawicznie, brudzi jedną miskę i ciasto rusza do pieca. A po 45 minutach cały dom pachnie świeżym ciastem. Niezbyt słodki, mięciutki i delikatny. Bardzo puszysty, do tego kaszubskie truskawki i odrobina cukru pudru. Wspaniały wypiek. W sam raz na byle jaki wypiek.


Składniki:
400 ml jogurtu naturalnego
2 duże jajka
400 gramów mąki pszennej
1/3 szklanki oleju rzepakowego
4 łyżki cukru kokosowego
2 łyżki cukru z prawdziwą wanilią
Łyżka proszku do pieczenia
Około 10 truskawek

Dodatkowo:
 Cukier puder


Jajka i jogurt wyjmuję z lodówki na pół godziny przed pieczeniem.
Jogurt łączę z jajkami i cukrem, ucieram całość, dodaję olej.
Przesiewam mąkę, dodaję cukier waniliowy i proszek do pieczenia. Dokładnie mieszam wszystkie składniki.
Ciasto przelewam do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Umyte i suche truskawki kroję na połówki i wciskam w ciasto.
Place piekę w 185 stopniach przez 45 minut. Po ostudzeniu posypuję cukrem pudrem.

Moje rady:
1. Bardzo ważne jest, żeby wszystkie składniki z lodówki miały temperaturę pokojową, dzięki temu nie będzie zakalca. Nie dawajcie też za dużo owoców,  im więcej tym większa pewność, że będzie zakalec.
2. Do tego ciasta możecie dodać każdy rodzaj owoców, jakie akurat macie pod ręką.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...