Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

wtorek, 23 maja 2017

Dwie czekolady. Jedna manna.

Ostatnio uświadomiłam sobie,że niemal całe dwa tygodnie nie jadłam manny. Po prostu odkąd zrobiło się ciepło,zdecydowanie wolę śniadanie na zimno. Ale kiedy wczoraj wstałam poczułam potrzebę by zjeść na śniadanie ciepłą porcję kaszki manny. Spontanicznie dodałam do niej po dwie kostki czekolady, białej i gorzkiej. Do tego truskawki i wyszło pyszne śniadanie. Tak, słodkie, ale czasami są takie poranki, takie dni, że od bladego świtu potrzebna jest porcja słodkości. I żaden zdrowy substytut nie zadziała. Po prostu trzeba zaspokoić potrzebę, albo nawet dziką żądzę umysłu i spełniać zachciankę. Porcja takiej kaszki naprawdę ma działanie terapeutyczne. Po za krótkim weekendzie dodaje optymizmu i pozwala miło zacząć dzień. I poczuć spokój, chociaż atak furii był bliski. Wiecie jak to jest, kiedy budzicie się w poniedziałek i macie nieodparte wrażenie,że powinna być sobota. Ba, przecież przed sekundą było piątkowe popołudnie, nie może, nie powinno być więc już poniedziałku. Tak, ta manna idealnie nadaje się do walki z nieubłaganym kalendarzem. Koi nerwy i dodaje energii. I dodaje uśmiechu. I znów wszystko wraca do normy.



Składniki:
4 czubate łyżki kaszy manny
3/4 szklanki mleka
2 kostki białej czekolady
2 kostki gorzkiej czekolady
Truskawki

W garnuszku podgrzewam mleko, dodaję kaszę mannę i gotuję około 4-6 minut. Do ciepłej kaszki dodaję posiekane kostki czekolady, mieszam. Truskawki kroję na kawałki,łączę z kaszką. Jem na ciepło.

niedziela, 21 maja 2017

Mleczna babka

Dzisiejsze ciasto jest bardzo mleczne, bardzo delikatne i bardzo wyjściowe. Nie zawiera bowiem w sobie czekolady, kremów czy polew, które roztopią się na słońcu. Z racji pięknej pogody niedzielny deser, względnie podwieczorek, polecam skonsumować w jakichś sielskich okolicznościach przyrody. Może to być nadmorska plaża, pomost nad jeziorem, miejski park,czy wiejska łąka. Wybór miejsca zostawiam Wam. Ale przepis pozwolę sobie podać i szczerze polecić ten wyjątkowo mleczny wypiek. Wilgotny, śmietankowy, puszysty. Genialnie smakuje kiedy podjada się go na balkonie w otoczeniu świeżo co posadzonych pelargonii. Przepis jest naprawdę prosty i świetnie nadaje się wtedy kiedy marzy nam się ciacho przygotowane małym nakładem sił. Tak, by w niedzielne popołudnie uraczyć siebie smakiem domowego ciasta o niezwykłym aromacie. Bardzo mleczne, i takie proste. Nie wiem jak Wy, ale ja w  weekend, tak piękny weekend, staram się załapać jak największą dawkę witaminy D i uzupełnić zapasy na cały tydzień. Stąd też weekendowe ciasto musiało być bardzo proste, ale jednocześnie bardzo smaczne. Jako, że zagraniczne truskawki nie są jeszcze tak słodkie,a  cały rabarbar zużyłam do kompotu, wersja kruchego placka  z majowymi owocami poszła w zapomnienie. Dlatego też powstała ta mleczna babka, która genialnie smakuje w towarzystwie lodów. Najlepiej tych o smaku masła orzechowego. Pięknej niedzieli. Niech to będzie spacerowy dzień.
P.S. Zachwyciłam się wczoraj ślubnym strojem niejakiej Pippy, już nie Middleton. Gdybym chciała brać ślub, mogłabym pożyć od niej sukienkę.



Składniki:
150 gramów masła
4 jajka
400 gramów mąki pszennej
5 łyżek cukru kokosowego
Mała puszka mleka zagęszczonego
Łyżeczka proszku do pieczenia
Ekstrakt waniliowy

Lukier:
3 łyżki cukru pudru
Łyżka wody

Dodatkowo masło i bułka tarta do formy


Ucieram masło z cukrem kokosowym. Powoli dodaję jajka i ucieram aż składniki się połączą. Przesiewam mąkę, łączę z proszkiem do pieczenia i wsypuję do masy jajecznej. Na końcu dolewam mleko zagęszczone i ekstrakt waniliowy. Dokładnie łączę wszystkie składniki.

Formę do babki smaruję masłem i wysypują bułką tartą. Wylewam ciasto, babkę piekę około 50 minut w 185 stopniach.
Po ostudzeniu polewam lukrem.







piątek, 19 maja 2017

Roladki z kurczaka i szparagów

Szparagi kocham. Chociaż nie jest to miłość łatwa. Szparagi są jak bez, który kocham tak samo mocno. Otóż te pyszne warzywa są kapryśne i sezon a nie trwa tak krótko. Pojawią się, ledwie nasycą pierwszy szparagowy głód i znów znikają. I znów trzeba czekać cały rok na pełnię smaku. Są jak przystojniak, co wpada raz do roku. Spędza z zakochaną w nim damą jedno popołudnie i znika na koniec świata. A ona rozpacza, wypłakuje za nim oczy i cierpliwie czeka na kolejne spotkanie. Oj tak, szparagi choć okropnie pysznie, są też okropnie nieuprzejme. Bo wiele obiecują, pokuszą, a potem po prostu znikają. Ale nie obrażam się na nie, tylko dzielnie i cierpliwie czekam. A sezon na nie wykorzystuję maksymalnie. Ostatnio szczególnie mi i mojej rodzinie posmakowały bardzo proste szparagowe roladki. Idealne na szybki obiad. Przygotowuje się je szybko i prosto. Zawsze wychodzą. I wszystkim smakują. Nawet tym co jakoś nie mogą pokochać szparagów. Polecam je każdemu. Ten obiad ze zdjęcia to praca zespołowa. Siostra przygotowała pieczone ziemniaczki o intensywnie ziołowej nucie, ja zaś zajęłam się roladkami. Taka wspólna praca w kuchni to super pomysł na wspólne popołudnie.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczne Piątki. 



Składniki:
Pęczek białych szparagów
2 podwójna pierś z kurczaka
2 łyżki mąki orkiszowej
200 ml bulionu ( najlepiej domowego)
Pieprz
Kurkuma,Słodka papryka,Suszony czosnek - po dużej szczypcie
Masło klarowane
Łyżeczka cukru


Do podania :
pieczone ziemniaki, ulubiona surówka



Szparagi oczyszczam, usuwam zdrewniałe części, gotuję około 7 minut w wodzie z dodatkiem cukru.
Mięso suszę i  kroję na 4 płaty, a je następnie rozcinam nie do końca -jak na sznycle. Kurczaka  posypuję pieprzem, papryką, kurkumą  i czosnkiem.
Większe szparagi przekrajam na połowę. Na środek płatów mięsa kładę szparagi, zwijam roladki, panieruję w mące i spinam wykałaczkami. Roladki smażę na rozgrzanym maśle do zrumienienia- około 5 minut. a następnie podlewam bulionem i duszę 25 minut.
Podaję z ziemniakami z piekarnika.







czwartek, 18 maja 2017

Ciasteczkowy krem z banana i czekolady

Jako, że pogoda rozpieszcza, a po zimie śladów nie ma, dużo czasu spędzam poza domem. Oczywiście to dość dziwne i lekko śmieszne. Druga połowa maja, a ja tymczasem mówię,że w końcu pożegnaliśmy zimę i możemy rozkoszować się piękną i słoneczną pogodą. W takie dni staram się jak najwięcej czasu spędzać poza domem. Po długich wiosennych, albo już raczej letnich spacerach mam ochotę na coś pysznego. Ale wiadomo,.nie chcę tracić czasu na długie szykowania słodkich deserów. Dlatego dziś po prostu polecam pyszny i szalenie prosty deser. Krem z banana, czekolady i herbatników. Bardzo prosta kombinacja, idealna na popołudniowy spadek energii. Idealna na te chwile, kiedy wracacie z długiego spaceru i najchętniej wzięlibyście gorącą kąpiel i poszli grzecznie do łóżeczka. A tutaj czeka mycie podłogi, prasowanie albo odrabianie lekcji-swoich czy też ze swoimi pociechami. Ten krem to solidna porcja magnezu i dobrego humoru. Polecam.
P.S. Czy nie tylko ja uważam,że to skandal.,że trzeba pracować kiedy za oknem jest 27 stopni i piękne słońce?


Składniki na dwie porcje:
Dwa średnie banany- bardzo dojrzałe
8 kostek gorzkiej czekolady
2 łyżki mleka
Ekstrakt waniliowy
8-10 małych herbatniczków

Banany rozgniatam widelcem na papkę.
W garnuszku roztapiam czekoladę razem z mlekiem i wanilią. Dodaję do bananów, mieszam. Na koniec kruszę herbatniki i łączę z kremem. Deser chłodzę przed podaniem minimum kwadrans.

wtorek, 16 maja 2017

Islandzkie śniadanie

Co na Islandii jada się na śniadanie? Nasze pierwsze skojarzenie- coś ciepłego, konkretnego i sycącego. W końcu tam zimno, ponuro, trzeba solidnie napalić w swoim piecu zwanym brzuchem. Nie tam skromne kanapeczki z awokado, ani zimne smoothie z mrożonym bananem. A coś co doda sił i energii by w ogóle wyjść z domu. Może ryba? Tak, na Islandii ryb je się sporo, jak to na wyspie. Jaka ryba? A może by tak sfermentowany rekin o wdzięcznej nazwie Hakarl. Takie kawałki mięsa co solidną porcję czasu odpoczywały pod ziemią. Po procesie fermentacji rekin pozbywał się szkodliwych toksyn, a także nabierał wyrafinowanego smaku. Coś jak połączenie starego materaca z uroczym zapachem zawartości pieluszki maluszka. Poezja smaków. Jedno trzeba przyznać- taka mieszanka z pewnością potrafi nieźle rozbudzić,nawet największego śpiocha. Owy rekin może pochodzić z brzucha, wtedy mięso jest nieco zbite i czerwone. Na resztę mówi się Skyr. Cóż to jest ten skyr? Skyr oznacza jogurt, dlatego też ta nazwa sugeruje, że takie mięso będzie rozlazłe już nieco w formie i treści. 
Skyr. Islandczycy chętnie jedzą go na śniadanie. Ale nie, nie tego rekina. A po prostu skyr jako jogurt. Tak, tak, potomkowie Wikingów na śniadanie jedzą jogurt. Zaskoczeni? Ja też byłam zaskoczona kiedy w pewnym markecie znalazłam jogurt typu islandzkiego. Turecki, grecki, bałkański,ale islandzki? Z ciekawości kupiłam jedno opakowanie, potem następne i następne. I teraz jadam je regularnie. Po islandzku właśnie. 
Czym islandzki jogurt różni się od tradycyjnego? Jest bardzo, bardzo gęsty i treściwy. Przypomina w smaku nieco twarożek. Jest delikatny, nie czuć goryczki typowej dla jogurtów. No i ta bardzo gęsta konsystencja, mi osobiście bardzo pasuje, bo nie lubię rzadkich jogurtów. Na Islandii Skyr ma wiele, wiele smaków. Ja jak na razie trafiłam na dwie odmiany-malina-żurawina i jagoda-bez. Czekam na więcej. 
No dobrze, ale jak jeść ten Skyr? Najprościej pewnie wziąć łyżeczkę i wyjść z opakowania. Ale to za proste. Również dla mieszkańców Islandii. Oni na śniadanie skyrową owsiankę. Prosto, zdrowo i jak pysznie. Przygotowanie tego śniadania to ledwie parę minut, a naprawdę dostarczy Wam wszystkiego co najlepsze na początek dnia. To co, przenosimy się na Islandię?
Składniki:

Składniki:

4 czubate łyżki płatków owsianych
Szczypta soli
Szczypta cynamonu
Łyżka miodu lipowego
200 gramów jogurtu islandzkiego Skyr
Kilka truskawek


Płatki owsiane zalewam wodą, dodaję sól i cynamon. Gotuję aż płatki zmiękną, dodaję miód. 
Płatki łączę z jogurtem. Na wierzchu układam plasterki truskawek. I gotowe. 

niedziela, 14 maja 2017

Kąski z kurczaka z pesto plus panierka.

10 lat minęło jak jeden dzień. Tak, dokładnie 10 lat temu byłam dumną,choć chyba bardziej niż dumną to przerażoną maturzystką. O tej porze czekały mnie jeszcze dwa poważne egzaminy, ustny z polskiego i rozszerzona historia. Byłam tym dziwnym rocznikiem co pisał dziwną maturę Pana Giertycha. W sumie to jakieś wyróżnienie. W każdym razie nie mogę uwierzyć, że od tych majowych dni minęło już 10 lat wiosennych majów. Maj mojej matury był piękny i kolorowy. Chociaż nie zawsze dostrzegałam jego piękno, o nie. Bywały chwile mocnego stresu i napięcia. Największym stresem był rozszerzony egzamin z języka polskiego. Oczywiście dlatego, że był pierwszym egzaminem, a także dlatego, że kiedy reszta szkoły pisała na wielkiej sali gimnastycznej, my z wersji rozszerzonej pisaliśmy w malutkiej, dusznej salce. Było nas ledwie 10 osób, i cztery panie w komisji. Panie jadły śliwki w czekoladzie i strasznie szeleściły papierkami. Pamiętam,że bardzo chciałam przeczytać Sklepy Cynamonowe Bruno Shultza, i żałowałam,że nigdy nie mam czasu. A tu proszę, na maturze dostaję temat związany z Bruno Shultzem. Może to i dobrze, że nie znalazły się tam owe Sklepy, a Republika Marzeń. Mój temat był piękny, o czym również może świadczyć ponad 80 % punktów zdobytych na maturze - Dwa obrazy prowincji. Porównaj sposoby ich kreacji w podanych fragmentach Pani Bovary Gustawa Flauberta i Republiki marzeń Brunona Schulza. Pisałam i nie mogłam przestać!
Potem był angielski, historia, wos, ustne egzaminy... Najciekawiej było na rozszerzonej historii, zdawały ją całe 2 osoby. Cała sala dla nas, 5 osobowa komisja, a i tak mój kolega chciał bym mu podyktowała wypracowanie. Ja pisałam o Traktacie Krakowskim z 1525, a on wybrał sobie temat - Problem Prus Wschodnich w XX wieku. I wiecie co? Płynnie żonglowałam  tematami. Co mogłam to podpowiedziałam. Kolega zdał maturę, reklamacji nie zgłaszał, chyba było ok. Miło wspominam ten czas. W ogóle cały czas liceum, miałam dość fajną klasę. Nie, naprawdę wspaniałą. A dlaczego o tym piszę? Bo wczoraj mieliśmy mieć rocznicowe spotkanie na 10 lecie matury. Sama w to nie mogłam uwierzyć. Już 10 lat minęło? Kiedy, gdzie? Pamiętam to jakby to było wczoraj. Pamiętam dosłownie wszystko, a tymczasem minęła cała dekada. Fajnie było odkurzyć wspomnienia, dowiedzieć się co słychać i wrócić na moment do czasów sprzed 10 lat. W myślach. Bo o ile kiedyś byliśmy nierozłączni, to z hucznych zapowiedzi zostało chętnych ledwie parę osób.
No dobrze, ale co wspólnego z maturą moją kąski kurczkowe? Pozornie nic. Ale po mojej pięknie zdanej maturze ustnej z polskiego mama przygotowała mi podobne kąski. A to już czyni je idealnie pasującymi do tematu. Ja do mojej wersji, 10 lat po maturze,dodałam pesto. Wtedy go nie znosiłam. Człowiek się jednak zmienia. O 180 stopni.


Składniki:
1 podwójna pierś z kurczaka
2 pełne łyżki pesto z bazylii
Szczypta pieprzu
Łyżka słodkiej papryki
1 jajko
2 łyżki mleka
2 łyżki bułki tartej razowej
Masło klarowane
Do podania ryż jaśminowy i surówka z pora

Mięso osuszam papierowym ręcznikiem, i kroję w mniejsze kawałki. Smaruję pesto i odstawiam na kwadrans.
Jajko roztrzepuję z mlekiem, dodaję pieprz . Bułkę tartą łączę z papryką.
Mięsne kąski panieruję w jajku, a następnie w paprykowej bułce. Kawałki kurczaka smażę na rozgrzanym maśle,przez 5 minut z każdej strony.
Podaję z ryżem i surówką.




piątek, 12 maja 2017

Kremowe mohito

Moje truskawkowe risotto zdało egazamin. Nie tylko ze smaku, ale i z przywoływania wiosny. Tak, tak, wczoraj termometr oszalał i po dwóch naprawdę zimowych dniach, przyszło 11 stopni. A dziś, kolejne rekordy, 13 kresek. Aż się boję co będzie w weekend? Czy taka zmiana nie wywoła jakiegoś szoku? Co najmniej termicznego. W każdym razie odwrotu nie ma. Dziś wieczorem zamierzam schować ciepłe botki i płaszcz na zimowe dni. Koniec. Trzymam kciuki, mocno i mocniej, byleby to był koniec tej zimowej aury. Ja naprawdę lubię śnieg, jak pada, jak jest mróz. Ale w swoim czasie. W maju powinny nam przeszkadzać co najwyżej wiosenne burze, a nie śnieżyce i poranny mróz. W każdym razie te magiczne 11 stopni postanowiłam uczcić. Uczcić przy pomocy kremu o smaku mohito. Deser o smaku popularnego drinka, bez grama alkoholu. Słodko, ale i kwaśno,orzeźwiająco, z charakterem. Bardzo letnio. Limonka, mięta, kremowa słodycz i odrobina truskawek. I ciasteczka. Pyszna kombinacja. Weekend zapowiada się bardzo przyjemnie-przynajmniej w kwestii pogody. Mam nadzieję,że nadrobię spacerowe zaległości z tego tygodnia, i w końcu wypróbuję, nowe trampki. Moje kremowe mohito będzie zaś idealnym wstępem do prawdziwie wiosennego weekendu.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek



Składniki:

200 gramów śmietankowego twarożku
50 ml śmietanki 36 %
1 średnia limonka
Parę kropel kropli miętowych
Mała łyżeczka miodu
Parę pełnoziarnistych ciasteczek w czekoladzie

Dodatkowo
truskawki

Twarożek ucieram z miodem na gładką masę. Śmietankę lekko ubijam - nie na sztywno. Z połowy limonki wyciskam sok, wcześniej ścieram z niej skórkę, dodaję do twarożku razem z kroplami miętowymi. Łączę delikatnie, na koniec dodaję lekko ubitą śmietankę.
Na dnie  pucharka układam pokruszone ciasteczka, na to krem. Z wierzchu układam dwie ćwiartki limonki i kawałki truskawek. Chłodzę minimum pół godziny przed podaniem.

środa, 10 maja 2017

Słodkie risotto z truskawkami

Ostatnio dzieliłam się przepisem na te zimne dni. Dziś zmiana klimatów. Uznałam,że truskawki wprowadzą nieco ożywienia do obiadu i cóż, będą swoistym zaklęciem na szybsze przybycie wiosny. O ile dobrze widziałam- a widziałam dla pewności aż 4 prognozy pogody, to w weekend magicznie temperatura ma przekroczyć 15 kresek. W porównaniu z tym co obecnie dane jest nam przechodzić to istny raj. Nie sądziłam,że w tym momencie roku z tęsknotą będzie patrzeć a południe Polski gdzie ponoć są takie upały. Tak, tak 12 stopni to luksus, o którym dane mi było zapomnieć. Ciepły płaszcz, czapa, szalik, rękawiczki i botki wybitnie jesienne. Liczę,że w piątek ostatecznie się pożegnamy. Gdyby nie to,że troszkę mi żal środków jakie włożyłam w ich zakup, najchętniej utopiłabym je jak Marzannę. Albo spaliła w ognisku, odprawiając dziki taniec radości. No cóż, mam nadzieję,że mój obiad trochę jednak pomoże. 
Słodkie, kremowe, aksamitne i delikatne risotto. Truskawki, naturalnie słodki ryż, a jak pachnie w całym domu! Niemalże rajska kombinacja. I jaka wiosenna. Jeżeli macie ochotę na truskawkowy obiad, ale uważacie, że zwykły makaron z truskawkami jest za nudny koniecznie spróbujcie tego risotto. Zachwyt gwarantowany. 
A tymczasem znów tęsknię patrzę za okno. I marzę o tej chwili gdy wychodząc na zewnątrz nie będę trząść się z zimna, a z przyjemnością pójdę na długi spacer. I będę wdychać wiosnę całą sobą. 


Składniki:
250 gramów ryżu do risotto
2 łyżki masła
250 ml mleka
100 ml wody
100 ml śmietanki 36 %
kilkanaście truskawek
Pół laski wanilii
Szczypta soli


Podgrzewam masło, wrzucam na niego ryż, dodaję ziarenka wanilii, smażę całość aż ryż stanie się szklisty-około 2-3 minut. Następnie zalewam ryż 1/3 mieszanki wody i mleka, i powoli, w miarę gotowania dodaję mleko z wodą. Aż ryż wchłonie cały płyn i stanie się miękki. 5 minut przed końcem gotowania dodaję śmietankę i pokrojone w plasterki truskawki. Podgrzewam całość. Podaję zaraz po przygotowaniu. 








Moje rady:
1. Możecie użyć mleka roślinnego-migdałowego, albo kokosowego
2. Risotto będzie tak samo pyszne z borówkami czy malinami

wtorek, 9 maja 2017

Pieczone placki i gulasz z łopatki

Pogoda znów zrobiła nam psikusa. Po przepięknej sobocie, którą celebrowałam w każdej sekundzie, przyszły kolejne dni, kojarzące się z początkiem marca, a nie z majem. Pada, wieje, jest zimno. I nie wiem kiedy będzie chociaż z 13-15 stopni? Na razie temperatura ciągle spada poniżej 10. Nic się nie chce, najchętniej całe dnie przesiedziałabym pod ciepłym kocem i czekała na prawdziwą wiosnę. Nie chcę upałów, nadzwyczaj gorących dni, ale mam dość czapki i ciepłego płaszczyka. Chciałabym pożegnać jesienne botki, i głęboko schować czapkę. I przynajmniej do połowy października ich nie oglądać. Niestety, gorący wrzesień wychodzi bokiem. Mam nawet takie katastroficzne myśli, że maj, że ta prawdziwa wiosna, nigdy już nie nadejdzie. Naprawdę się tego boję. Jako,że pogoda nie sprzyja lekkim daniom, mam ochotę na sycący posiłek w porze obiadu. Na taki obiad, w chłodny dzień, idealnie nadaje się wieprzowy gulasz i pieczone placki ziemniaczane. Całość okazała się naprawdę prosta do przygotowania. No dobra, jestem szczęśliwą posiadaczką litewskiego wynalazku do tarcia kartofle, stworzonego  z myślą o fanach zeppelinów. Ale i nie będę ukrywać,że od czasu do czasu sama lubię zetrzeć kartofle,bo ta czynność mnie uspokaja. Także dziś będzie sycąco i solidnie. Idealnie na ten wyjątkowo mroźny majowy wtorek. Pocieszam się, że gorzej już chyba być nie może i powinno być coraz lepiej. I oby cieplej i słoneczniej. A na razie zapraszam na gulasz i placki.




Składniki na 4 porcje :
Rosti:

800 gramów kartofli
Czosnek granulowany
Sól
Pieprz

Gulasz:
Łopatka wieprzowa 650 gramów
1 średnia cebula
2 małe ząbki czosnku
3 suszone leśne grzyby
2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
2 listki laurowe
2 ziela angielskie
Łyżeczka majeranku
Łyżeczka słodkiej papryki
Sól
Pieprz
Odrobina mąki
Olej rzepakowy do smażenia



Kartofle obieram, myję i wkładam na kwadrans do zimnej wody. Następnie ścieram je na tarce, teraz należy odcisnąć nadmiar wody. Dodaję Doprawiam solą,czosnkiem i pieprzem. Blachę do pieczenia wykładam papierem, łyżką nakładam porcje ciasta, piekę placki około 15 minut w 185 stopniach.
Namaczam grzyby w ciepłej wodzie, odsączam.
Mięso opłukuję, kroję w kostkę, obtaczam w małej ilości mąki i obsmażam na rozgrzanym oleju. Gdy mięso zmieniło kolor, zdejmuję je z patelni. Siekam cebulę i czosnek, podsmażam na oleju ze smażenia mięsa. Dodaję grzyby, i z powrotem mięso. Doprawiam, dodaję koncentrat pomidorowy i duszę aż mięso zmięknie. Podaję z plackami z piekarnika.

niedziela, 7 maja 2017

Krem waniliowy z matchą

Wiele rzeczy mnie inspiruje. Spacer, książka, mijani ludzie, usłyszana historia. Inspiruje mnie muzyka, sztuka, film albo serial. I dziś będzie deser, który przygotowałam zainspirowana pewnym serialem. Nie wiem czy wiecie, ale jestem serialową maniaczką. Oczywiście wybieram tylko te najlepsze. Nie znajdziecie mnie przed ekranem z jakąś turecką produkcją, czy banalną opowieścią typu poszła na spacer, a spotkała księcia, który akurat odpoczywał od rządzenia pod jej oknem. Nie, zdecydowanie nie. Lubię zdecydowanie inne seriale. Ostatnio wyjątkowo polubiłam ten o Królowej  Elżbiecie - The Crown. Wiadomo, historia jej życia jest znana z każdej strony, i nie jest to serial, który jakoś specjalnie zaskakuje i obfituje w niesamowite zwroty akcji. Natomiast ma niezwykły styl, szyk i klasę. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem fanką wszystkiego co brytyjskie. Więc ten na wskroś brytyjski serial podbił moje serce. Tak sobie wyobrażam, że Królowa Elżbieta po męczącym dniu, pełnym spotkań, z mniej lub bardziej ciekawymi ludźmi, ma ochotę na deser. I z jej wysokością kojarzy mi się prosty krem. No właśnie, niby prosty,ale zdecydowanie ma coś w sobie. Kremowy, aksamitny, delikatny i przepyszny. Jest taki słodki, jak cała rodzina królewska, wiecznie uśmiechnięta i rozdająca pozdrowienia. A do tego zawiera w sobie odrobinę herbatki, a jak wiadomo, Wielka Brytania słynie z popołudniowych herbacianych przerw.
Ten krem jest więc idealny na taką słodką, popołudniową przerwę. Umili każdą chwilę i wywoła uśmiech. Spróbujcie.



Składniki:
250 gramów serka mascarpone
2-3 łyżki jogurtu naturalnego
Ekstrakt z wanilii
Duża łyżka miodu lipowego
Czubata łyżka matchy
Kilka ciasteczek zbożowych z czekoladą


Serek łączę z jogurtem, dodaję miód i wanilię-dokładnie ucieram. Krem dzielę na dwie części, do jednej dodaję matchę, i delikatnie mieszam. Na dnie pucharka wykładam krem z matchą, kruszę ciasteczka, i wykładam jasny krem.  Chłodzę deser minimum kwadrans. Można dowolnie udekorować, ja wybrałam czekoladowe drażetki.







piątek, 5 maja 2017

Bakłażanowe śniadanie

Czasem tak jest,że od rana trzeba być w pełnej gotowości. Bo ma się dużo planów.  I co tu dużo kryć, trzeba zjeść solidne i sycące śniadanie. Bo plany czekają, auto się grzeje, trzeba ruszać przed siebie,wycieczka czeka. Oczywiście, takie solidne śniadania można też sobie zaserwować w dzień powszedni, takie kiedy od rana pracy nadmiar czeka na biednego człowieka. Ja to śniadanie przygotowałam sobie przed majówkową wycieczką. Trzeciego dnia maja wybrałam się do mojego kochanego już Torunia. I chociaż znam w zasadzie każdy kąt, to i tak za każdym razem z takiej wycieczki wracam zadowolona i szczerze zachwycona. Dzięki autostradzie droga to Torunia trwa krócej niż często trwała moja droga na uczelnię przez zakorkowany Gdańsk. No dobrze, pogoda nie dopisała, można śmiało stwierdzić,że mieliśmy magiczne 30 stopni. W poniedziałek 10, we wtorek 10, i w środę 10. Tyle, że marzyłam by tyle było. No, ok,termometr i owszem, pokazywał 10 kresek,ale przez wiatr czułam maksymalnie 3- 4 stopnie. Nie pamiętam tak zimnej majówki. Ale jak to mówią,nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie. Ciepłe swetry, obowiązkowa czapka i szalik, i mogliśmy udać się na naszą małą wycieczkę. Dzięki sytej śniadaniowej kanapce bez problemu dotrwałam do obiadu. I miałam siły na spacerowanie po tej jakże uroczej Starówce.
Bakłażanową, bardzo prostą i szybką kanapkę polecam każdemu kto jeszcze nie wypadł z rytmu majówkowych wycieczek i aktywnych chwil poza domem. Albo tym co po majówce nadrabiają zaległości i czeka ich dzień sprzątania. Kanapka sprawdzi się idealnie.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczne Piątki




Składniki:
2 kromki chleba kukurydzianego
Kilka plastrów bakłażana
Mały pomidor
2 plasterki szynki wędzonej
2 łyżki serka kanapkowego śmietankowego
Szczypiorek
Czosnek granulowany
Słodka papryka
Pieprz
Sól

Plastry bakłażana posypuję solą, odstawiam na parę minut, przepłukuję.
Opiekam kromki chleba na suchej patelni, smaruję serkiem.
Bakłażana grilluję na patelni, posypuję pieprzem,czosnkiem  i słodką papryką na rumiano. Kroję pomidora w cząstki.
Na kromce chleba układam szynkę, na nią kładę bakłażana,dodaję pomidory, posypuję szczypiorkiem.













czwartek, 4 maja 2017

Najprostszy deser jogurtowy

Ciężko mi przychodzą te słowa, ale tak, już po majówce. Tyle czekania, odhaczania w kalendarzu, tyle planów i obaw o pogodę. A proszę, już po. Teraz trzeba czekać kolejne 1,5 miesiąca na dłuższy wolny weekend. Na szczęście wszystkie kuchenne czynności, pieczenie, pierwsze ciasta z truskawkami, rabarbarem, szparagowe pyszności,skutecznie umilą nam oczekiwanie na mam nadzieję ciepły i słoneczny weekend.
Ten, który już za nami nie zapowiadał się za dobrze. Postanowiłam, że spędzę go totalnie bez planu. Wszystko na bieżąco ustalałam po wyjrzeniu przez okno. Okazało się, że to całkiem logiczne wyjście. Patrząc wstecz na minione dni mogę powiedzieć- było super. Zarówno aktywnie, jak i leniwie. Zrobiłam sobie wycieczkę na Mazury. Mam to szczęście, że moje województwo sąsiaduje z Mazurami, wystarczy 100 minut jazdy i pojawiłam się w Ostródzie. Skąd też udałam się w rejs. W rejs kanałem Elbląskim. Jako, że na co dzień pracuję w biurze i w ogóle żyję w mieście to te niemal 3 godziny kontaktu z naturą, wodą, lasem i czystym powietrzem był niemal jak kroplówka ze spokojem i relaksem. Taką formę spędzania wolnego czasu polecam serdecznie każdemu. Dzień na łonie natury, zero zmartwień, czysty relaks. czysta głowa. Bajka. Jedyny mankament, człowiek dość szybko robi się głodny.  Im większa bezczynność- bo jednak naszym zadaniem podczas rejsu jest relaksowanie się polegające na oglądaniu tego co za okienkiem, tym większy głód. Co bardziej zapobiegawczy biorą z sobą wałówkę, inni tęsknie patrzą w ich stronę. Ja miałam suchy prowiant, ale w domu z wielką chęcią zjadłam mój jogurtowy deser. Najprostszy. I najlepszy. Cały sekret polega na tym by wierzch jogurtu przykryć brązowym cukrem i schować do lodówki. Na wierzchu deseru utworzy się karmelowy sos, który doda niezwykłego smaku tej prostej kompozycji. Spróbujcie koniecznie.


Składniki:
200 gramów jogurtu kremowego
1 łyżka mleka
1 łyżka cukru kokosowego
1 łyżka cukru brązowego
kilka truskawek

Jogurt łączę z mlekiem. Owoce myję i kroję na kawałki. Do szklanki wykładam pół porcji jogurtu, układam truskawki, posypuję łyżeczką cukru kokosowego. Układam kolejną warstwę jogurtu, i posypuję brązowym cukrem. Chłodzę przez minimum pół godziny.





wtorek, 2 maja 2017

Proste ciasto z żurawiną i czekoladą

W zasadzie zbliżamy się półmetku majówki. I jak to szybko minęło? Dopiero co z utęsknieniem wypatrywaliśmy piątku, a tu proszę, przybył wtorek. Oczywiście przez byle jaką pogodę, nie można było otworzyć w pełni sezonu ogródkowo-nadmorskiego. Odpadały całodzienne wycieczki na plażę i spacerowanie-chyba,że ktoś jest odporny na silny wiatr i nie lęka się przewiania. Odpadały spacery po parkach, bo ziąb, bo chmury, bo wizja deszczu. Znając życie piękna pogoda pojawi się kiedy trzeba będzie wrócić do pracy. Ale taka majówka mało majówkowa też może być fajna. Duża ilość książek, filmów, gotowanie, pieczenie.... Udało mi się jednak pobyć nieco poza domem. Spacer po Długiej, tłumy turystów, wszystkie języki świata. Kiedy słyszę ich zachwyt, czuję dumę. Uciekając przez zimnem zaszyłam się w mojej ulubionej kawiarence. Malinowa herbata odpowiednio mnie rozgrzała, można było spokojnie dokończyć spacer i ruszać do domu. A w domu czekało na mnie ciasto. Majówkowe. Nie za trudne, w zasadzie to banalne. Przepis obejrzałam w programie Marthy Stewart. Ona żurawinowo-orzechowy chlebek,zostawiła czysty. Ja polałam go porcją poprawiającej nastrój czekolady. Dużą porcją. Tak na zapas. Ciasto robi się naprawdę szybko, jest banalnie proste, niewymagające. Do tego jest pyszne. Gdyby jutro pogoda okazała się bardziej łaskawa, świetnie nada się na wszystkie wycieczki poza domem. Jednym słowem polecam.
P.S. Postanowiłam nie zachowywać piękna Gdańska tylko dla siebie. Prawda, że u nas jest po prostu przepięknie?

Składniki:
80 gramów masła
4 łyżki cukru kokosowego
2 średnie jajka
350 gramów mąki tortowej orkiszowej
200 ml śmietany 18 %
Łyżeczka proszku do pieczenia
Sok  i skórka z pomarańczy
1/3 szklanki suszonej żurawiny
1/3 szklanki posiekanych orzechów włoskich
Ekstrakt waniliowy

Polewa
1 tabliczka mlecznej czekolady
3-4 łyżki mleka

Dodatkowo
Masło i kasza manną do formy


Zaczynam od namoczenia żurawiny i orzechów we wrzątku.
Ucieram masło z cukrem i wanilią. Dodaję jajka i śmietanę, ukręcam na jasny krem.
W osobnej misce łączę mąkę z proszkiem do pieczenia, delikatnie łączę obie masy. Dodaję sok i skórkę startą z pomarańczy,oraz żurawinę i orzechy.


Keksówkę smaruję masłem i posypuję kaszą manną. Wylewam ciasto, piekę 45 minut w 190 stopniach.
Topię czekoladę z mlekiem, polewam nią przestudzone ciasto.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...