Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

czwartek, 19 października 2017

Jesienne ciasto z gruszką i kakao

Jesienne wypieki zdecydowanie kojarzą mi się z kakao i owocami, którymi raczy nas jesień. Czyli z gruszkami i jabłkami. Do tego korzenne przyprawy i ciasto gotowe. Dziś przychodzę z przepisem na bardzo proste jesienne ciasto, które można upiec w środku tygodnia. Jest bezproblemowe, banalnie proste, cały proces szykowania to jedna miska, jedna łyżka i mieszanie. I oczywiście pokrojenie gruszki na kawałki. Moim zdaniem to jest właśnie domowego ciasta. Czyli takiego, które można przygotować z tego co akurat znajdzie się w kuchennych szafkach. Co w 10 minut ląduje w piecu, a jedzenie tego przysmaku nie wymaga talerzyka, łyżeczek i sztywnego siedzenia przy stole, bo kremy, bo warstwy, bo coś się pobrudzi. Moim zdaniem nie ma nic przyjemniejszego niż uprzyjemnienie sobie jesiennego dnia zapachem cynamonu i kakao. Kawałkiem ciasta, upieczonego bez zbędnego wysiłku, ale z dużą porcją miłości.



Składniki:
2 małe gruszki ( bardzo słodkie)
350 gramów mąki orkiszowej
3 łyżki cukru trzcinowego
2 łyżki kakao
3 jajka
1/2 szklanki neutralnego oleju
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
Cukier puder



Gruszki myję, obieram, kroję w małą kostkę.
Jajka ucieram z cukrem na jasny krem. Dodaję powoli olej i dalej ucieram aż składniki się połączą.
Przesiewam mąkę z kakao, proszkiem do pieczenia i cynamonem, dodaję do masy jajecznej. Na koniec wsypuję gruszki, mieszam delikatnie.


Blaszkę do pieczenia wykładam papierem do pieczenia. Piekę placek 40 minut w 190 stopniach - do suchego patyczka. Po wystygnięciu posypuję cukrem pudrem.


Moje rady: Do ciasta możecie dodać również jabłka, albo połączyć oba rodzaje owoców

wtorek, 17 października 2017

Domowe risotto. Na szybko.

Kiedy człowieka dopada przeziębienie, długie gotowanie jest ostatnią rzeczą o jakiej się wtedy myśli. Ideałem byłoby gdyby ktoś przygotował wtedy kichającemu i zmęczonemu człowiekowi wielki gar rosołu z dużą dawką makaronu. Na marginesie, ja nie wiem co mnie bardziej leczy, domowa zupa, czy jednak makaron? W każdym razie ostatni weekend spędziłam w domowym zaciszu, próbując w szybkim czasie pozbyć się zapalenia gardła. Jednak nie dałam rady i biurowe wirusy okazały się silniejsze. Niestety. Sama jestem sobie winna. Jeszcze parę dni temu marudziłam mojej przyjaciółce, jak to przydałoby mi się takie lenistwo, nic tylko ja, koc, książka, serial i czysty relaks. Trzeba zdecydowanie dobrze się zastanowić o czym się marzy, bo to może się niestety spełnić. I wtedy bywa ciężko. Bo relaksowanie się z palącym od bólu gardłem i głową ciężką jak armata, przynosi mało korzyści. Zdecydowanie wolałabym inaczej spędzić ten weekend. Ale cóż, choroba nie wybiera.
Wróćmy do przepisu. W niedzielę byłam w domu sama, musiałam zatroszczyć się więc o jakiś obiad. Najpierw chciałam po prostu zrobić sobie kanapkę. Ale odrzuciłam ten pomysł bo chciałam zjeść co na ciepło. Parówka? Nie. Jajecznica? Mało niedzielnie. Miałam ograniczony repertuar, na zakupy iść nie mogłam, musiałam korzystać z tego co znalazłam w swojej kuchni i tak zrobiłam bardzo smakowite risotto z warzywami i serem Mozzarella. Bardzo proste i naprawdę pyszne. Do tego szybkie i tanie. Idealnie się sprawdzi jako danie po męczącym i pracowitym dniu. Gdy na obiad pomysłu brak, na zakupy iść nie chce, a nie przepada się za zamawianą pizzą.


Składniki na 2 porcje:
350 gramów ryżu
2 szklanki domowego bulionu
2 ząbki czosnku
1 mała czerwona cebulka
1 opakowanie Mozzarelli
200 gramów mrożonych warzyw
1 łyżka oliwy
Sól
Pieprz
Zioła prowansalskie
Suszona pietruszka

Bardzo drobno siekam czosnek i cebulkę, rozgrzewam oliwę na patelni i podsmażam warzywa około 2 minut. Następnie wsypuję ryż i smażę do momentu aż przestanie być szklisty. Bardzo delikatnie dolewam pierwszą szklankę bulionu, gotuję aż ryż wchłonie całą wodę. Dodaję warzywa,przyprawy, dolewam pół szklanki bulionu, znów gotuję aż potrawa wchłonie cały ryż i powtarzam tę czynność z ostatnią częścią bulionu. Na sam koniec dodaję rozkruszoną w palcach Mozzarellę, mieszając,podgrzewam aż ser się całkiem rozpuści. Od razu podaję.


niedziela, 15 października 2017

Z wizytą w..... Ping Pong

Nie, nie będziemy dzisiaj grać w tę sportową grę. Chociaż w zasadzie ta gra jest podpowiedzią. Jak wiadomo ping pong to gra szalenie popularna w Azji i to właśnie Azja jest słowem kluczem. Ping Pong to bowiem knajpa azjatycka. Tego dnia trafiłam do niej zupełnym przypadkiem. Na marginesie muszę dodać, że ostatnio wiele fajnych knajpek odkryłam właśnie zupełnym przypadkiem. Tak więc, tego dnia planowałam odwiedzić inne miejsce, ale z powodu nadmiaru gości musiałam zrezygnować, zmienić plany, przejść całe 10 metrów i zająć miejsce w Ping Pongu. Nawiasem mówiąc, zajęliśmy ostatni wolny stolik. Trafiło nam się fartem.


Ping Pong to stosunkowe dość nowe miejsce na kulinarnej mapie Gdańska. Znajduje się w Garnizonie, w miejscu gdzie jako dziecko jeździłam z tatą w niedzielne poranki na filmy, a dziś rozwinęła się tam praktycznie nowa dzielnica miasta. I nawiasem mówiąc jest to jedno z moich ulubionych miejsc. Sama knajpa jest ciekawie urządzona, bardzo nowocześnie, dekoracje przyciągają wzrok i co ważniejsze cieszą oko. Wielbiciele nowoczesności i industrialnych miejsc będą zachwyceni. Dobrze czuły się zarówno grupy znajomych, jak i rodziny z dziećmi. To duży plus.
Menu nie jest skomplikowane. Mamy jasny podział na kategorie dań, a wszystko jest szczegółowo opisane. Ciekawa jest sama forma zamówienia, dostajemy karteczkę z menu, i ołówek, każda osoba zaznacza co chce zamówić. Nas skusił kurczak po wietnamsku, żeberka, i bardzo ostre zielone curry. Do picia aloesowa lemoniada z ogórkiem i biała herbata, mrożona, bo wtedy było jeszcze naprawdę ciepło. Kuchnia jest na wpół otwarta, można więc obserwować pracę kucharzy i zgadnąć kto robi nasze danie.

Po 15 minutach dania pojawiły się na stole. Wcześniej kelnerka przyniosła marynowaną rzepę z sezamem. Z początku nie wiedziałam za bardzo co to za warzywo, smakowało genialnie, lekko, chrupiąco i słodkawo. Napoje były genialne. Kokosowo-aleosowa lemoniada smakowała bosko. Mogłabym codziennie ją popijać. Do tego ogórek i cytryna. Zdecydowanie smak do odtworzenia w domu. Czas na dania główne. Zacznę od mojego wyboru, czyli kurczak po wietnamsku. Co się składało na to danie? Mięso w chrupiącej panierce, lekko pikantnej. Do tego ryżowe kluseczki, kiełki, jarmuż, pestki dyni i dość ostry sos. Samo mięso było idealne. Soczyste, delikatne, z chrupiącą panierką. Sos był naprawdę ostry i wyrazisty. A kluseczki? Mam co do nich trochę wątpliwości. Były bez smaku, co było plusem, bo maczane w sosie lekko łagodziły jego smak i stanowiły idealne tło. Ale to co mi nie odpowiadało, to konsystencja. Taka dość gumiasta, za gumiasta jak na moje gusta. Żeberka były pyszne, bardzo fajnie zamarynowane i świetnie upieczone. Do tego idealnie ugotowany ryż i porcja zdrowia czyli brokuły. Na koniec zielone curry. W menu było ostrzeżenie, że jest to danie bardzo ostre. Mój brat się tym jednak nie przejął, bo kocha to co pikantne. Ale musiał przyznać, że ten kurczak był po prostu ognisty. Smaczny, ale piekielnie ostry.  Ogólnie wszystkie dania były bardzo świeże, pięknie podane, porcje w sam raz. Smak też bez większych zarzutów - wyłączając kluseczki, wolałabym dostać do pysznego kurczaka makaron ryżowy.


Ceny nie są najniższe, ale jeżeli bierzemy pod uwagę lokalizację i jakość, to nie jest źle. Obiad dla trzech osób wyniósł 125 złotych.
Ja na pewno wrócę do Ping Ponga. Jesienną porą mam ochotę na Ramen.
Ping Pong, ul. J. Słowackiego, 21, Gdańsk


piątek, 13 października 2017

Sezamowa owsianka

I kolejny piątek. Przed nami kolejny weekend. Czym go zacząć? Może sezamową owsianką? Pyszna, sycąca i bardzo rozgrzewająca? O wspaniałym sezamowym smaku? Taką owsianką naprawdę warto zacząć dzień. Coraz zimniej. Niestety, szczególnie poranki są coraz chłodniejsze i domagają się solidnych śniadań. Na ciepło oczywiście. Na szczęście taką owsiankę, można przygotować w parę minut. Kiedyś nie byłam specjalną fanką owsianek na śniadanie. Potem robiłam je codziennie. Następnie tak się nimi znudziłam, że porzuciłam je na parę lat! Ostatnio jednak chętnie do nich wracam. Staram się urozmaicać moje owsianki jak mogę, kiedyś jadłam jeden rodzaj - płatki gotowane na mleku z cynamonem. Teraz cenię śniadaniową różnorodność. I taką owsiankę serdecznie polecam. Na te coraz chłodniejsze poranki będzie jak znalazł.
Wczoraj przeczytałam, że na stałe ma się nam wprowadzić czas letni. Osobiście jestem przeciwko. Wydaje mi się, że wszyscy zapominają, że godzina słońca dłużej wieczorową porą, nie jest gratis. Oznacza to godzinę rano ciemności więcej. Wiecie, że już w sierpniu słońce będzie wstawać dopiero o 7 rano? A w grudniu aż o 9? Wyobrażacie sobie takie funkcjonowanie? Bo ja nie . Nie znoszę szarych i ciemnych poranków. Rano potrzebuję słońca. Dużo bardziej niż jego zachodów o 18 czy 21. A jakie jest Wasze zdanie? Jak dla mnie obecne rozwiązanie jest idealne. Nawet biorąc pod uwagę parę dni lekko rozkojarzonych przez zmianę czasu.


Składniki :
5 łyżek płatków owsianych
Niepełna szklanka mleka ( zwykłe lub roślinne)
2 łyżki pasty sezamowej 
1 łyżeczka kakao
1 łyżka miodu
Łyżka prażonych ziaren sezamu
Maliny

W garnuszku płatki owsiane zalewam mlekiem, dodaję pastę sezamową oraz kakao i gotuję aż płatki staną się gęste - około 6 minut. Dosładzam miodem i mieszam owsiankę. Przekładam ją do miseczki, posypuję sezamem, podaję z malinami.







środa, 11 października 2017

Placek Earl Grey z czekoladą

Pierwsze ciasto herbaciane upiekłam parę lat temu. Było to zimą, były to imieniny mojego taty. Zapomniałam o przygotowaniu jakiegoś ciasta, a, że akurat w telewizji Anna Olson szykowała taki placek,zrobiłam go, bo był taki prosty. Bez jajek, z paru składników. Z masą żurawiny, o intensywnym herbacianym kolorze. Kiedy go robiłam moja mama łapała się za głowę, jak coś takiego można zjeść? Bała się, że wyjdzie niejadalne coś, ale wyszło pyszne ciasto. Ciast herbacianych upiekłam już parę, ale nie mam ich dość. Tym razem wypróbowałam nową wersję tego ciasta. Z dużą ilością czekolady. Herbata i czekolada? Kawa i czekolada to duet wręcz oczywisty, ale herbata? To już mnie popularne zestawienie. Ale nie ma się czego bać. Lekko cytrusowy aromat herbaty earl grey, wspaniale współgra z wyrazistą gorzką czekoladą. Ciasto jest pyszne. Miękkie, delikatne, wspaniale komponuje się z cytrynowym lukrem. Do tego jest to oczywiste prosty wypiek. Taki, który świetnie pasuje do filiżanki herbaty popołudniową porą. Musicie spróbować. Z pewnością będziecie zachwyceni tym ciastem!
Ja już mam dość tego tygodnia. Rozkłada mnie przeziębienie i rozłożyć nie może. W pracy wszyscy chorzy, i już nie wiem jak schować się przez atakiem bakterii i wirusów. I nie wiem jak zmusić męskich pracowników do pójścia do lekarza. Ręce opadają.


Składniki:
150 gramów masła
3 duże jajka
200 ml przestudzonej herbaty Earl Grey
350 gramów mąki pszennej
50 gramów startej gorzkiej czekolady
5 łyżek cukru
1 opakowanie cukru z prawdziwą wanilią
Łyżeczka proszku do pieczenia
Łyżeczka startej skórki z cytryny

Lukier
3 łyżki cukru pudru
1 łyżka soku z cytryny


Masło i jajka najlepiej wyjąć z lodówki, pół godziny przed pieczeniem. Następnie ucieram masło z cukrem na jasny krem, pojedynczo dodaję jajka i ucieram do połączenia się składników. Mąkę przesiewam z proszkiem do pieczenia, dodaję tartą czekoladę i skórkę cytrynową, dokładnie ucieram składniki - ciasto będzie bardzo gęste.Na końcu dodaję herbatę, mieszam całość na jednolitą masę.
Tortownicę wykładam papierem do pieczenia, wylewam ciasto i wkładam je do piekarnika rozgrzanego do 185 stopni. Ja piekłam placek 40 minut  w 180 stopniach z termoobiegiem.
Gdy ciasto nieco przestygnie, polewam je cytrynowym lukrem.







poniedziałek, 9 października 2017

Mielone pod puree

Mielone i puree. To połączenie to swoisty klasyk. Któż go nie lubi, albo nie zna? Chyba nikt. Ale czasem pragnie się odmiany. Planując przygotowanie mięsa mielonego i puree, można pójść w nieco inną stronę. Dodać parę składników, zmienić formę i podzielić się z rodziną zupełnie nowym daniem. Na przykład wspaniałą zapiekanką z mięsa mielonego, pomidorów, kukurydzy i puree. Taka zapiekanka smakuje wyśmienicie. A jej przygotowanie jest jest zbyt pracochłonne czy skomplikowane. Jako, że jest to sycące danie, świetnie sprawdzi się na jesienny obiad. W mojej rodzinie zrobiła furorę. Zniknęła w parę minut i każdy prosił o dokładkę. Po prostu nie mogła nie smakować. Banalnie prosty przepis, dobrze znane składniki, odrobina przygotować i prawdziwie jesienny obiad gotowy. Rozgrzewa, dodaje energii i sprawia, że w nowy tydzień można wejść ze smaczną porcją energii.

Składniki:
600 gramów mięsa mielonego wołowego
10 średnich ziemniaków
3 ząbki czosnku
1 mała cebulka
2 duże pomidory
Mała puszka kukurydzy
2 łyżki mleka
2 łyżki masła
Olej rzepakowy - 2 łyżki
Sól
Pieprz
Ostra papryka - szczypta
Słodka papryka - łyżeczka
Kmin rzymski- duża szczypta

Ziemniaki obieram, myję i gotuję na miękko z ząbkiem czosnku.
Siekam czosnek i cebulkę. Rozgrzewam olej i podsmażam warzywa, gdy staną się szkliste, dodaję mięso mielone i smażę 6-7 minut. Następnie kroję pomidory w dużą kostkę i dodaję do mięsa, doprawiam solą, pieprzem i resztą przypraw. Smażę 5 minut, dodaję kukurydzę i podduszam 5 minut.
Ziemniaki odcedzam, dodaję masło i mleko, ugniatam na gładkie puree.
Na dnie naczynia do zapiekania wykładam mięso z dodatkami i przykrywam puree. Całość wstawiam do piekarnika nagrzanego do 190 stopni i piekę przez 35 -40 minut,aż puree ładnie się zrumieni.




niedziela, 8 października 2017

Śniadaniowy placek z mango

Coś pomiędzy omletem,a  racuchem, albo i naleśnikiem. Po prostu placek. Na śniadanie. Solidny, pożywny i przepyszny. Cynamonowy, z kawałkami mango. Umili każde śniadanie. Szczególnie polecam na to weekendowe, nieco leniwe i spokojne śniadanie. Solo, w duecie, albo w grupie. Rodzinnej czy przyjacielskiej to nieważne. Najważniejsze, że na stole leży ciepły placek z mango i można planować co się będzie robiło w wolny od pracy dzień. Ach, jaka szkoda, że te słoneczne dni już za nami. Że za nami spacery w promieniach słońca! I zamiast kawiarnianych ogródków,trzeba będzie spędzać czas w ciepłych pomieszczeniach. Najważniejsze by codziennie nie padało. Deszczowej jesieni nie znoszę, po prostu nie potrafię polubić deszczu przez cały dzień. Na szczęście wczorajszy deszcz był mało uciążliwy, a jego brak z rana pozwolił mi zrobić wszystko to co sobie na szybko zaplanował. Ba, wieczorne załamanie pogody, stanowiło nawet całkiem ładne tło to filmowego seansu. Na dziś nic nie planowałam. Na szczęście. Pogoda zaplanowała bowiem dzień typowo domowy. Typowo jesienny.


Składniki:
2 jajka
4 pełne łyżki mąki orkiszowej
3 łyżki mleka
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Szczypta cynamonu i kardamonu
Połowa mango
Masło klarowane
Cukier puder


Mango kroję w kostkę. Posypuję cynamonem i kardamonem.
Jajka ubijam aż staną się jasne, dodaję mleko. Delikatnie łączę z mąką i proszkiem do pieczenia, ubijam trzepaczką by nie było grudek.
Na patelni rozgrzewam odrobinę masła klarowanego. Wylewam masę jajeczną, z wierzchu układam mango. Smażę aż wierzch zacznie się ścinać, kroję na 4 kawałki, odwracam na drugą stronę i smażę jeszcze minutę.
Posypuję cukrem pudrem.


piątek, 6 października 2017

Lekka zupa cytrynowa z kuskusem

Czy już mówiłam, że nie jestem największą na świecie fanką zup? Owszem, jest parę takich, za które oddam wiele. Na przykład rosół, pomidorowa, albo kalafiorowa. Uwielbiam flaki. Nie pogardzę krupnikiem. Ale nie uważam, że obiad jest kompletny, dopiero wtedy kiedy jest zupa i drugie danie. W zupach zdecydowanie najlepsze są dodatki. Makaron, grzanki, kasze, uszka, czy inne pyszności. Od czasu do czasu czuję jednak potrzebę zjedzenia zupy. O ile w ciepłe miesiące zupełnie zapominam o ich istnieniu, to jesienią i zimą, lubię wrócić do domu i w ponury dzień zjeść porcję ciepłej i smakowitej zupy. Nie codziennie, ale często, a w porównaniu z letnią porą, to nawet bardzo często. Niedawno przygotowałam zupę cytrynową. Z mięsem z kurczaka, z kuskusem. Lekka, ale bardzo wyrazista w smaku. Cytrynowa, pełna wdzięku, sycąca, ale i delikatna. Taką zupę szykowała moja inaczej. Nieco inaczej, mama opowiadała, że dodawała koniecznie ryż, i zaciągała ją żółtkiem. Ja robię swoją wersję. Z kuskusem, z dużą ilością cytryny, z cebulką i obowiązkowym czosnkiem. Zupę robi się szybko, smakuje świetnie, a jeżeli poda się ją z dużą ilością kuskusu i mięsa, to może robić za cały lżejszy obiad. Musicie koniecznie jej spróbować.
#krakus #smacznieiszybko


Składniki:
1 ćwiartka z kurczaka
1 pojedyncza pierś z kurczaka
2 cytryny
2 ząbki czosnku
1 średnia cebulka
1 bulion drobiowy Krakus
2 litry wody
Koperek
Kuskus - ilość wedle uznania
2 listki laurowe
Pieprz
Oliwa z oliwek

Siekam drobno czosnek i cebulę. Myję mięso i dokładnie suszę. Cytryny myję i parzę wrzątkiem, ścieram skórkę z dwóch cytryn. Z jednej wyciskam sok.
Na rozgrzanej oliwie podsmażam czosnek, skórkę z cytryny i cebulę. Dokładam mięso i smażę około 5 minut do lekkiego zrumienienia. Zalewam wodą i gotuję 15 minut. Po tym czasie dolewam bulion Krakus oraz dodaję listki laurowe. Gotuję kolejny kwadrans i dodaję sok z jednej cytryny. Po 10 minutach wyjmuję z zupy mięso, oddzielam je od kości i kroję na kawałki.
Do zupy dodaję kuskus i kawałki mięsa. Dodaję sporą ilość koperku, doprawiam pieprzem, chwilę razem gotuję, aż kuskus napęcznieje. Rozlewam do talerzy.






Gotuj z Krakusem #smacznie i szybko!

środa, 4 października 2017

Ryżanka z mango

Dziś moja śniadaniowa propozycja. Płatki ryżowe, a do tego korzenne mango. Wspaniała i rozgrzewająca propozycja. W sam raz na jesienne poranki. Ale dzięki mango, wciąż czuć lato. Korzenne przyprawy od razu wprowadzają w dobry nastrój. I tak od samego rana. Ryż jest delikatny, sycący i lekkostrawny. Szczególnie posmakuje dzieciom. A każdy kto mnie zna to wie, że duże dziecko ze mnie i chętnie zajadam takie pyszności. Ostatnie dni były wspaniałe, chociaż okropnie męczące. Przyznam szczerze, że rzadko kiedy mogłam usiąść. Chociaż było naprawdę pięknie, i bogato w różne wrażenia, to czasem fajnie jest pocelebrować leniwe chwile i te momenty gdy człowiek nigdzie się nie śpieszy. I całkiem spokojnie może zjeść śniadanie. No może nie, że w ogóle nigdzie się nie śpieszy, bo jednak do pracy jakoś trzeba się dostać, ale lubię takie poranki, kiedy wstanę 5 minut wcześniej, ugotuję sobie coś dobrego, puszczę porządną muzykę, zrobię przegląd prasy i popatrzę za okno i po prostu pocieszę chwilą obecną. A kiedy za oknem tak szaro, to śniadanie w optymistycznym kolorze, jest po prostu niezbędne.



Składniki:
5 łyżek płatków ryżowych
200 mleka ( może być roślinne)
Szczypta cynamonu
Połowa mango
1 łyżka miodu
Szczypta cynamonu i kardamonu
Odrobina wody

W garnuszku gotuję mleko, dodaję płatki ryżowe i cynamon. Gotuję aż płatki zmiękną.
Mango kroję w  kostkę. Podlewam odrobiną wody i duszę z przyprawami parę minut. Na koniec dodaję miód.
Owoce układam na ryżowych płatkach. Polewam sosem.







poniedziałek, 2 października 2017

Z wizytą w ... Oliwa do ognia.

Nie lubię pizzy. Nie znoszę. Do tego stopnia, że nie mogę wysiedzieć w pizzerii. Bardzo często nawet przejście w okolicy pizzowego przybytku, gdzie używa się produktów seropodobnych jest dla mnie męczący. Po prostu nie znoszę zapachu tego czegoś przypieczonego do granic możliwości. Nie lubię puszystego ciasta, masy dodatków w stylu - kiełbasa, kabanos, groszek,jajko, i jeszcze sos czosnkowy na majonezie. A fuj. Ostatni raz pizzę jadłam z 20 lat wstecz. Tak, dokładnie tyle lat temu. To był pieróg, nawet dobry był. Ale kiedy zamknęli tę pizzerię, po prostu każda inna odstraszała mnie zapachem taniego sera. I nigdy nie miałam w planie odwiedzin w pizzeriach. Tym razem było dokładnie tak samo. W planie miałam moją ukochaną pierogarnię i pierogi miesiąca. Nie przewidziałam jednak, że podobny plan będzie miało pół miasta. Byłam szczerze zdziwiona tym, że o 17.30 w dzień powszedni tłum wylewa się na zewnątrz i czeka na stolik. Jako, że czekania było na co najmniej 90 minut, zrezygnowałam i ruszyłam w poszukiwaniu innej knajpy. Do wyboru najbliżej były burgery albo pizza. Były też drinki, ale kiepsko można się nimi najeść. Burgery czy pizza? Średnio obie wersje mi pasowały, brat wybrał pizzerię, więc poszłam. Poszłam ze świętym przekonaniem, że zamówię jedynie herbatę i skończę w jakiejś piekarni z obiadowym pączkiem.


Po wejściu zaskoczył mnie zapach. A raczej jego brak. Nie czuć było sera. a przyjemny aromat pieczonego ciasta. Aż miło było usiąść. No właśnie usiąść, Oliwa do ognia to malutka knajpka. Owszem, z dużym klimatem, fajnie urządzona, ale bardzo mała. Gdyby nie to, że jedna pani postanowiła oddać nam swój stolik i iść na spacer w oczekiwaniu na przyjaciółki, musielibyśmy wyjść i szukać szczęścia dalej. Ale się udało. Wybór pizz nie jest za duży, ale to i dobrze. Szczerze mówiąc powiedziałam panu co robi włoskie placki, że pizzy nie lubię i nie wiem co wybrać . Polecił mi pan wersję wegetariańską i taką wybrałam. Dodatkowo wybrano, salami picante i pizzę dnia. Po niespełna 10 minutach wszystkie pizze były na stole.
To co zaskakuje to ciasto. Jest cienkie jak podpłomyk, idealne, kruche, delikatne, przepyszne, Wersja wegetariańska  w oryginale zawiera mozzarellę, pomidorki cherry, czerwoną cebulę i pieczarki, ja nie chciałam pieczarek, wybrałam rukolę. Dodatków nie było za dużo, i to jest plus. Warzywa były świeże, soczyste, i moim zdaniem całą robotę zrobiła tutaj orzechowa i lekko pikantna rukola. Pizza dnia to szynka, mozzarella i papryka. Całość była leciutko pikantna i również pyszna. Salami picante była ostra, wyrazista i dość męska. Dodatkowo do wyboru mamy wielki wybór oliw smakowych, którymi warto polać placek. Ja wybrałam oliwę truflową, która genialnie podkreśliła smak pizzy. Generalnie, to była najlepsza pizza, jaką jadłam w życiu, a mam w rodzinie Włocha, kucharza, właściciela restauracji!

Ceny, biorąc pod uwagę lokalizację - samo centrum Gdańska, smak, i jakość składników bez zarzutów. Wszystkie pizze są w tym samym rozmiarze i kosztują od 14 do 22 złotych. Ja wiem, że na pewno wrócę do Oliwy do ognia. Muszę spróbować pizzy z truflami i serem mascarpone.
Jeżeli lubicie tradycyjną włoską pizzę, na cieniutkim spodzie, z małą ilością dodatków, bez keczupu i majonezowego sosu, z prawdziwą mozzarellą, to miejsce dla Was. Jeżeli lubicie drożdżową bułę z przypalonym serem i toną byle jakiego salami, to nie wchodźcie. Nie będzie wam smakować. Ja wrócę z pewnością.




Oliwa do ognia, Garncarska 10/16 a, Gdańsk

piątek, 29 września 2017

Czekoladowo-bakaliowe biscotti

Jesienne wieczory bez dobrej książki i filiżanki herbaty się nie liczą. Zdecydowanie się nie liczą. Na spokojny, piątkowy wieczór, polecam wspaniałe ciasteczka. Obłędnie czekoladowe biscotti, z masą zdrowych dodatków. Ciasteczka niestety uzależniają. Sprawdziłam i na sobie, i na reszcie rodziny. Koniecznie trzeba pomoczyć je w herbacie, albo w kawie. Świetnie sprawdzi się też kakao. Inspirację znalazłam u Marty Stewart. Nie miałam jednak pistacji, miałam za to nadmiar bakalii, różnych bakalii, które wpakowałam do ciasta. Jest tutaj i żurawina i orzeszki piniowe, i sezam i pestki słonecznika. Jest też dużo gorzkiej czekolady. I masa pysznego smaku. Taka słodycz z mniejszą liczbą wyrzutów sumienia. Ja je po prostu pokochałam!
Ostatni tydzień, choć męczący, był bardzo przyjemny. Szczególnie mam na myśli pogodę. Co prawda ranki są zimne i bardzo rześkie, ale  w ciągu dnia rozpieszcza mnie słoneczna pogoda. Liczę, że w weekend także pokaże na co je stać i zostanie na te wolne chwile. Bo mam pewne plany i słońce jest mi niezbędne do ich realizacji :)



Składniki:
2 duże  jajka
80 gramów masła
150 gramów mąki krupczatki
150 gramów mąki orkiszowej
3 łyżki cukru
Czubata łyżka gorzkiego kakao
50 gramów posiekanej gorzkiej czekolady
2 łyżki sezamu
2 łyżki posiekanych orzeszków piniowych
Garść pestek słonecznika
2 garście  suszonej żurawiny
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Gruby cukier do wypieków - 2 łyżki

Namaczam żurawinę we wrzątku, odcedzam.
Masło siekam razem z cukrem , dodaję mąki wymieszane z proszkiem do pieczenia,kakao, oraz jajka. Na koniec dosypuję wszystkie bakalie, oraz posiekaną gorzką czekoladę.  Zagniatam szybko ciasto - gdy jest za twarde dodaję wody, gdy za rzadkie, troszkę mąki.
Z ciasta formuje bochenek na długość blaszki do pieczenia. Posypuję grubym cukrem. Piekę ciasto przez 15-20 minut w 180 stopniach. Zostawiam do wystudzenia.
Następnie bochenek kroję na kromki, układam je na blaszce i piekę 15 minut w 180 stopniach.





Moje rady:
Do ciasteczek możecie dodać ulubione bakalie.
Ciasto należy kroić na kromeczki dopiero jak "bochenek" całkiem wystygnie. Ja nie czekałam, i jak widać trochę mi się pokruszyło :)

czwartek, 28 września 2017

Schabowy w sezamie

Schabowy co niedzielę? Niekoniecznie. Ale raz na jakiś czas, zjem z przyjemnością. Tak też było ostatnio. Przygotowałam schabowe na specjalne zamówienie mojego taty. Dodałam jednak sezam do panierki, który całkiem odmienił smak tego dobrze znanego kotleta. Oczywiście na duży plus. Wcześniej mięso namoczyłam w mleku, dzięki czemu było niesamowicie wręcz soczyste i delikatne. Polecam, nie tylko na niedzielny obiad. Robi się takie kotlety szybko i bezproblemowo.
Trochę z problemami - odwołany lot, powrót dzień później, do miasta na drugim końcu kraju i 7 godzinna podróż pociągiem, ale moja damska część rodziny wróciła do domu. A to oznacza jedno - chwilę spokoju i oddechu. Podróżniczki w końcu wróciły naładowane południowym słońcem i tamtejszą energią. Ja postanowiłam więc po pracy zajmować się tylko sobą. Będę spacerować, relaksować się w każdej wolnej chwili i czytać do upadłego. Albo przynajmniej do momentu kiedy pójdę spać.


Składniki:

5 kotletów schabowych bez kości
1 spore jajko
3 łyżki bułki tartej
1,5 szklanki mleka
Czubata łyżka jasnego sezamu
Czubata łyżka czarnego sezamu
Sól
Pieprz
Słodka papryka
Olej do smażenia


Kotlety płuczę, lekko rozbijam, moczę w mleku z solą i pieprzem - minimum godzinę.
Roztrzepuję jajko ze słodką papryką.
Oba rodzaje sezamu łączę z bułką tartą.
Kotlety wyjmuję z mleka, zanurzam w jajku,następnie panieruję w bułce. Na rozgrzanym oleju smażę kotlety na rumiano. Podaję z ziemniakami i ogórkami.

wtorek, 26 września 2017

Śmietankowe pomidory

Sobota była jesienna. Niedziela letnia. Dziwne, ale prawdziwe. Letnią niedzielę musiałam więc spędzić nad morzem. Dacie wiarę, że pierwszy raz w  tym roku zanurzyłam rękę w morskiej wodzie? Wcześniej jakoś nie było okazji. Była ciepła. No, lepiej brzmi letnia, ale nie była zimna. Bardzo przyjemna w każdym razie. Szkoda tylko, że takie pogodne dni przyszły do nas prawie w październiku,a  nie w lipcu czy sierpniu. Wielka szkoda. Najważniejsze jednak jest to, by prostu z nich korzystać, kiedy w końcu nadejdą.
A przed takimi letnio-jesiennymi spacerami, trzeba dobrze zjeść. Polecam coś na kształt sałatki. Inspiracji dostarczył Jamie Oliver. Marynowane pomidory o wyraźnie cytrynowej nucie i zwykły serek wiejski. Banale w przygotowaniu, ale na pewno nie w smaku. Spróbujcie koniecznie na śniadanie.

Składniki:
2 malinowe pomidory
1 opakowanie serka wiejskiego
Skórka i sok  z połowy cytryny
Olej lniany
Bazylia
Sól
Pieprz
Odrobina cukru


Pomidory myję, obieram ze skórki, kroję  w kostkę. Posypuję połową skórki z cytryny i całą porcją soku. Dodaję sól,pieprz, cukier i olej lniany. Odstawiam na 5 minut.
Serek łączę ze skórką z cytryny, wykładam na talerz, z wierzchu kładę pomidory. Dodaję bazylię.

poniedziałek, 25 września 2017

Polędwiczka z dorsza na brokułowym puree

Jestem wielką fanką ryb. Ale piekielnie boję się ości. Ja mam dreszcze już wtedy kiedy ktoś przy mnie je szprotki czy śledzie i nie przejmuje się ośćmi. Dla mnie to całkowicie niezrozumiałe. Wybór ryb  mam więc ograniczony, zawsze wybieram słynne od paru dni "filety", albo właśnie polędwiczki. W całości mogę zjeść jedynie łososia. Ale ostatnio miałam ochotę właśnie na delikatne polędwiczki z dorsza. Zazwyczaj robię je pieczone, ale brat poprosił o wersję z panierką. Jego życzenie dla mnie rozkazem. Przygotowałam chrupiącą, paprykową panierkę. I brokułowe puree. Przy brokule krzywił się mój tatko. Jak on nie znosi brokułów, największe zło świata dla niego czai się w tym zielonym warzywie. Ale postanowiłam podejść go podstępem. Brokułowe puree zrobiło furorę. Tata zażyczył sobie dwóch dokładek. Taki obiad robi się naprawdę dość szybko. Puree gotuje się samo, a ryba wymaga dosłownie 10 minut. Jeżeli jak ja nie cierpicie na nadmiar wolnego czasu, to polecam taki obiad. Zrobi wrażenie, a nie zabierze czasu.
W sobotę zgodnie z prognozą pogody, miało być pięknie. Było zaś szaro i deszczowo. Udało mi się jednak wyrwać na spacer po uroczym parku i rozgrzać się, w tak samo uroczej kawiarni, aroniową herbatką. Plotki z ulubioną kuzynką, w jesienne dni powinny być zapisywane na receptę.


Składniki:
3 polędwiczki z dorsza
1 duże jajko
Łyżka mleka
Łyżka mąki
3 łyżki bułki tartej
Po dużej szczypcie słodkiej i ostrej papryki
Sól
Pieprz
Masło klarowane


Puree

5 ziemniaków
1 średni brokuł
1 duży ząbek czosnku
Gałka muszkatołowa
Sól
Pieprz
1 łyżka masła
3 łyżki mleka


Ziemniaki obieram i myję, kroję na mniejsze kawałki, gotuję około 10 minut. Brokuł myję, dzielę na różyczki, razem z obranym czosnkiem dodaję do ziemniaków. Gotuję 10-15 minut, do miękkości. Następnie odcedzam, dodaję przyprawy, masło i mleko, dokładnie ugniatam.
Rybę płuczę, suszę, posypuję solą i pieprzem. Jajko roztrzepuję razem z mlekiem. Do bułki tartej dodaję paprykę. Polędwiczki lekko posypuję mąką,a następnie panieruję w jajku i bułce tartej. Smażę na rozgrzanym maśle około 4 minut  z każdej strony.
Polędwiczkę podaję razem z brokułowym puree.


sobota, 23 września 2017

Placuszki bananowo-kokosowe

Śniadanie, drugie śniadanie, kolacja, a może deser? Te pyszne placuszki pasują po prostu na każdą okazję. U mnie okazją była słodka kolacja. Po prostu potrzebowałam takich placuszków. Rozejrzałam się dobrze po kuchni i znalazłam banana, który leżakował już u nas cały tydzień. Jedno spojrzenie na jego intensywnie brązowe plamki i już wiedziałam, że jest idealny do tego by jednym ruchem widelca, zamienić go w pyszne placuszki, które umilą mi wieczorne chwile. Dodałam mąkę kokosową, jajko i gotowe. Wspaniałe placuszki, które zapachem zwabiły mi do kuchni brata i tatę, i kazały podzielić się posiłkiem. Ale dałam im tylko jednego do podziału. Zołza ze mnie, wiem, ale ten smak jest po prostu uzależniający i nie zachęca do podzielenia się. Dlatego też od razu warto zrobić ich więcej, dużo więcej.
Takie placki będą ciekawą opcją na niedzielne, rodzinne, albo samotne, ale leniwe śniadanie. Sobotę miałam intensywną, niedziela też obfituje w plany, ale dopiero od południa. Poranek zamierzam spędzić leniwie. I pewnie znów sięgnę po ten przepis. Takie placki zjedzone w łóżku, z dobrą książką u boku to czysta przyjemność.


Składniki:
1 duży, dojrzały banan
3 łyżki mąki kokosowej
1 małe jajko
Masło klarowane
Ekstrakt waniliowy
Maliny
Cukier puder


Rozgniatam banana widelcem. Dodaję jajko,wanilię i mąkę kokosową. Mieszam.
Rozgrzewam masło, z masy formuję średniej wielkości placki, smażę do zrumienienia - około 5 minut. Podaję z malinami i odrobiną cukru pudru.


piątek, 22 września 2017

Omlet cesarski z malinami

Ten moment gdy o 4.30 budzi ciebie zmywarka, donośnie ogłaszając, że umyła już wszystkie naczynia. Ciemno, cicho. Najpierw się złościsz. A potem powoli sięgasz po książkę, włączasz radio, planujesz dzień. Jest bardzo leniwie. Prawie jak w sobotni poranek. Dobrze, że uświadamiasz sobie, że to jednak piątek. Zbierasz swoje kości i szykujesz do pracy. Mając zapas czasu możesz przygotować sobie coś pysznego na śniadanie. Uśmiechało się do mnie pudełeczko malin. Aha, czyli na śniadaniu pojawią się maliny. Kasza manna, owsianka, jogurt? Nie, chciałam zjeść omlet. Nie jadłam go już tak dawno! Wymyśliłam więc sobie omlet cesarski z malinami i cynamonem. Bardzo prosty sposób by błyskawicznie dodać sobie porannej porcji smacznej energii. Takim omletem miło będzie zacząć weekend. Szczególnie posmakuje dzieciom. Tym małym, ale i tym troszkę większym. Prognozy pogody były fatalne, ale szczerze udało się wyrwać parę słonecznych chwil. Nawet mimo nawału pracy. Ciekawe jaki będzie weekend? Planów mam sporo, mam nadzieję, że choć połowę uda mi się zrealizować. Wtedy będę w pełni zadowolona.



Składniki:
2 jajka
4 łyżki mleka
2 łyżki mąki orkiszowej
Szczypta cynamonu
Dwie garście malin
Masło klarowane
Łyżeczka cukru kokosowego
Odrobina soli

Oddzielam białka od żółtek. Białka ubijam z solą. Delikatnie do żółtek  dodaję mleko i mąkę, mieszam trzepaczką do uzyskania idealnie gładkiej konsystencji,na koniec dodaję białka i łączę delikatnie całość. . Dodaję cynamon. Połowę porcji malin rozgniatam, dodaję do masy jajecznej.
Rozgrzewam masło, wylewam masę na omlet, smażę aż masa zetnie się z jednej strony, kroję na kawałki, posypuję cukrem i smażę aż całość będzie rumiana. Podaję z malinami.

środa, 20 września 2017

Kurczak w miodzie na kuskusie

Na szczęście tydzień zmierza do końca. Tydzień pracy. Przez ostatni tydzień miałam pod opieką dwóch panów. Tatę i brata. Miłe to osoby, ale mało ogarnięte w domowych kwestiach. Za to posiadają obaj duże wymagania. Na czas nieobecności głowy rodziny czyli matki i żony, musiałam przejąć jej obowiązki. Już nie mogę się doczekać kiedy wróci z tych ciepłych plaż. Mój tato wymaga zdrowej diety, tak to bywa u cukrzyka po zawale. Trzeba go pilnować, bo sam nie pamięta, że czas wziąć leki, zjeść  i iść spać. Gdyby mógł to do 3 w nocy oglądałby powtórki wszystkich meczów. I nie ważne czy mecz był wczoraj, czy 15 lat wstecz. Brat cieszy się ostatnimi dniami studenckich wakacji, postanowił więc zażywać relaksu ile wlezie. A ja z przyjemnością zajmuję się kuchennymi zadaniami. Co prawda nie mam czasu na bardzo pracowite obiady, dlatego też improwizuję na szybko. Jak z tym szybkim kurczakiem na kuskusie. Smakował wszystkim. A do tego robi się go naprawdę szybko. Bardzo dobry efekt osiągnie się, jeżeli zamarynuje się rano i odłoży od lodówki. Słodko, i wytrawnie jednocześnie, rozgrzewający imbir. Po prostu pycha.


Składniki:
1  pierś z kurczaka
2 łyżki miodu lipowego
Czubata łyżka musztardy francuskiej
Kawałek korzenia imbiru ( 3 cm)
Duży ząbek czosnku
Sól
Pieprz
Oliwa z oliwek - 3 łyżki
2-3 pomidory
Kuskus

Mięso myję i suszę.
W miseczce łączę miód,musztardę i oliwę. Miażdżę czosnek, trę imbir i dodaję do marynaty. Łączę z  oliwą, solą i pieprzem. Zostawiam na minimum 20 minut, a najlepiej na parę godzin.
Mięso podsmażam na teflonowej patelni około 5 minut z każdej strony. Pod koniec smażenia dodaję pokrojone w kostkę pomidory. Podsmażam aż zmiękną, ale zachowają kształt.
Na kuskusie układam kawałki mięsa, podaję z pomidorami.


poniedziałek, 18 września 2017

Koktajl mango dla zdrowia

Bardzo lubię tradycyjne mango lassi. Często je sobie robię wczesną jesienią. Ma idealny kolor, pyszny smak i jest bardzo zdrowe. W sobotnie popołudnia zastępuje mi drugie śniadanie. Dodaje porcji zdrowej i radosnej energii - to przez ten kolor, żółciutki i optymistyczny. Dziś proponuję koktajl z mango w wersji nieco rozszerzonej. Mango, ananas, jogurt, miód, kurkuma i maliny. Duża porcja owocowej przyjemności. Gęsty, kremowy, delikatnie słodki. Czasem tak niewiele trzeba by poprawić sobie humor.
Przede mną ciężki tydzień. Niestety, będzie pracowicie, chwilami męcząco, i pewnie już jutro stracę siły i cały zapał do pracy. Ale muszę dać radę. Tym razem postanowiłam, że z porcją przyjemności nie będę czekać aż do weekendu. Taki intensywny okres wymaga osłodzenia go sobie miłymi chwilami i drobnymi przyjemnościami. Wczoraj wybrałam się do kina.  A dziś wybieram się na sesję relaksującej jogi. Zdrowo i przyjemnie. Mimo deszczu.



Składniki:
1 mango
3 plastry ananasa
300 ml jogurtu naturalnego
Kilkanaście malin
Kurkuma
Łyżka miodu

Mango i ananasa kroję w kostkę, razem z jogurtem, kurkumą i miodem przekładam do blendera i miksuję na gładką masę.
Na dnie szklanek układam kilka malin, wlewam koktajl i dodaję resztę malin.
Najlepiej smakuje po 10 minutach w lodówce.


niedziela, 17 września 2017

Owsiankowe ciasteczka

Sama nie wiem jak to się dzieje, że znów witam niedzielę? Mam wrażenie, że ostatnimi dniami czas po prostu pędzi bez wytchnienia. Nie zdążę na dobrze przyzwyczaić się do początku nowego tygodnia, a on już się kończy. Bardzo bym chciała by czas nieco zwolnił i pozwolił delektować każdą chwilą. Na przykład tą śniadaniową. Nie wiem jak u Was, ale u mnie bardzo ciężko jest obliczyć idealnie ile potrzebuję na przykład owsianki śniadaniową porą? Nie wiem ile przygotować, i często robię za dużo. Częstuję potem rodzinę, albo zostawiam na później. Ostatnio jednak nadmiar owsianki zamieniłam w błyskawiczne ciasteczka. Oczywiście można je przygotować, bez gotowania porannej owsianki. Te ciastka są wyjątkowo zdrowe, pyszne i zaspokajają potrzebę na słodkości w naszej diecie. Śmiało można zabrać je na drugie śniadanie. Razem z owocem i jogurtem będą wspaniałą przekąską w szkole dla ucznia. Proste, szybkie, i bardzo smaczne. Z wierzchu chrupiące, w środku miękkie. Wspaniałe ciastka, które umilą nowy tydzień.



Składniki:
6 łyżek płatków owsianych
250 ml mleka
2 łyżki masła orzechowego
Łyżka masła
Szczypta cynamonu
Czubata łyżka cukru kokosowego


W garnuszku podgrzewam mleko z cukrem i cynamonem, dodaję płatki owsiane, masło i podgrzewam około 3 minut. Dodaję masło orzechowe i gotuję dosłownie minutę - masło orzechowe ma idealnie połączyć się  z resztą składników. Studzę owsiankową masę przez 5 minut.
Łyżką formuję ciasteczka i przekładam je na papier do pieczenia. Piekę 12-15 minut w 180 stopniach.

piątek, 15 września 2017

Sernik cynamonowy na powitanie jesieni

Co prawda jesień oficjalnie zagości u nas za jakiś czas, ale pogodowo rozgościła się u mnie w zasadzie na początku kwietnia i może miała z 10 dni urlopu przez ten cały czas. Naprawdę czuję się jakby od pół roku trwał listopad. Nic tylko pada i wieje i jest zimno. W połowie maja nosiłam czapkę. A na początku września jesienny płaszcz. I bywało, że kiedy przemoczona wchodziłam do pracy, żałowałam, że nie założyłam zimowej kurtki. Dzieci noszą rękawiczki, ciepłe czapy i szaliki. A dorośli masowo przerzucili się na kalosze. Sama zrobiłam już remanent w szafie. Letnie sukienki, spódnice i lekkie koszulki zostały schowane. Czas na miękkie, i cieplutkie sweterki. Szale. Kardigany. I jesienne botki. Coraz więcej liści w żółtej barwie i tysiącach odcieniach czerwieni. Coraz więcej szarości, tej porannej i tej wieczornej. Nie lubię tego. Ale na pewne rzeczy nie ma rady. Pory roku się zmieniają. Pogoda jest coraz bardziej dynamiczna i zmiany następują-niestety, coraz szybciej. Trzeba się z tym pogodzić i w jakiś sposób przyzwyczaić. Polecam słodki sposób na pogodzenie się z jesienną nieuchronnością. Sernik cynamonowy. W zasadzie to miałam szykować szwedzkie bułeczki cynamonowe. Bardzo cynamonowe, jesienne, pięknie pachnące, idealne do popołudnia z książką. Ale byłam leniwa. Tak, złapałam jesiennego lenia. Nie chciało mi się wyrabiać ciasta, czekać aż urośnie, wałkować itp. Poszłam na łatwiznę. Zrobiłam więc sernik cynamonowy z nadzieniem dobrze znanym z cynamonowych bułeczek. Ten sernik jest kremowy, aksamitny, rozpływa się w ustach. Do tego obłędnie pachnie cynamonem. Jest słodki, maślany, lekko chrupiący. Po prostu rewelacyjny. Z takim sernikiem żadna jesień mi nie straszna!



Składniki:
150 gramów ciastek pełnoziarnistych
80 gramów masła
Czubata łyżeczka cynamonu

Masa serowa :
1 kilogram twarogu na sernik
2 duże jajka
200 ml śmietany 12 %
1,5 paczki budyniu śmietankowego
4 łyżki cukru

Cynamonowe nadzienie
2 łyżki cynamonu
4 łyżki brązowego cukru
3 łyżki masła
Łyżka mąki pszennej

Dodatkowo masło i bułka tarta do formy



Kruszę ciastka. Topię masło, łączę z ciasteczkami i cynamonem. Masą wylepiam spód tortownicy, którą wcześniej wysmarowałam masłem i wysypałam bułką. Podpiekam przez 10 minut w 180 stopniach.

Jajka ucieram z cukrem. Dodaję ser -minimum dwa razy zmielony. Całość ucieram.
W śmietanie rozprowadzam proszek budyniowy, dokładnie mieszam by nie było grudek. Dodaje do masy serowej i delikatnie mieszam.
Szykuję nadzienie cynamonowe. Roztapiam masło z cukrem i cynamonem. Gdy całość się połączy, odstawiam na parę minut do przestudzenia i dodaję łyżkę mąki, energicznie mieszam.


Na podpieczonym cieście rozprowadzam połowę masy serowej. Łyżką robię na serniku "maziaje" z połowy nadzienia cynamonowego. Wykładam drugą część sernika, i z wierzchu znów robię łyżką esy floresy z masy serowej.
Na dnie piekarnika kładę naczynie z ciepłą wodą. Sernik piekę przez 65-70 minut w 180 stopniach. Studzę przy uchylonych drzwiczkach piekarnika.
Po ostudzeniu można posypać cukrem pudrem.


czwartek, 14 września 2017

Moje tosty a'la caprese

Tosty. Zdecydowanie jest to śniadaniowa klasyka. Robią się błyskawicznie i zawsze smakują. Można jeść je solo. Można z dżemem. Można z miodem i owocami. Można na wytrawnie, z serem i pomidorem. Albo po hawajsku. Co kto lubi. Ja miałam ochotę na tosty z serem. Ale oczywiście nie przygotowałam takich zwykłych tostów. Wybrałam Mozzarellę i rzodkiewki, bazylia i sos z chilli. Dzięki temu powstało nowe danie. W sam raz na kolację. W taką pogodę naprawdę lubię jeść ciepłe posiłki. Zimne letnie kanapki, chętnie zastępuję takimi wynalazkami. Nie trzeba wiele, nie trzeba wymyślnych składników, by zaproponować swoim bliskim coś innego. Ostatnio nie mam za wiele czasu na gotowanie wymyślnych dań. No dobrze, przez pogodę, czasu mam sporo. Bo cóż tu robić, kiedy non stop pada? Ale motywacji i chęci brak. Muszę ją w sobie odnaleźć. Kreatywność - proszę wrócić. Nieważne w jakiej kałuży ciebie zgubiłam, proszę wróć do mnie.
Za mną 6 godzinny post od rana. Medycyna pracy kazała się stawić. Niestety, badania dopiero o 11.30. Kazali być na czczo to byłam. Chociaż z głodu miałam ochotę zjeść ścianę i papier. Ledwie po godzinnej kolejce, dowiedziałam się, że mogę pracować tam gdzie pracuję. I mogłam zjeść śniadanie. O 12.20.



Składniki:
2 kromki pieczywa ( u mnie wiejski chleb na zakwasie )
Kulka Mozzarelli
2 spore rzodkiewki
Kilka listków bazylii

Sos:

Olej lniany
Szczypta chilli
Szczypta słodkiej papryki
Sól
Pieprz

Chleb rumienię w tosterze, albo na suchej patelni.
Z podanych składników szykuję sos.
Na gorących tostach kładę pokrojoną w plastry Mozzarellę, plasterki rzodkiewek i listki bazylii.



wtorek, 12 września 2017

Napój na rozgrzanie

Ostatnio nie było praktycznie dnia bym nie wróciła do domu przemoknięta - i to mimo posiadania ogromnego parasola, albo przemarznięta. Niestety, 11 stopni we wrześniu nie brzmi zbyt dobrze. I kiedy tak mocuję się z parasolką i jesiennym szalem, marudzę pod nosem i czekam na lepszą pogodę dnia następnego. Niestety, moje moce są wciąż za małe. Pogoda nie zmienia się ani o stopień w górę. Ani o parę kropli deszczu mniej. W takiej sytuacji, kiedy wraca się mokrym i zziębniętym, trzeba działać szybko. Niektórym starcza gorąca herbata, inni sięgają po kakao. A inni lubią pokombinować. I stąd właśnie ten napój. Bardzo szybko rozgrzewa i na pewno wzmacnia odporność. Mieszanina imbiru, soku z cytryny, malin i miodu, nie tylko działa, ale i genialnie smakuje. Potrafi uratować najbardziej przemokniętego człowieka na świecie i poprawić mu nastrój. Oczywiście mam nadzieję, że pogoda się w końcu uspokoi, i pojawi się ta piękna złota jesień. Ale jakby nie, to mam sposób by przechytrzyć deszcz i ogrzać się po powrocie z jesiennego spaceru z pracy.


Składniki:
 2-3 centymetry korzenia imbiru
Sok z małej cytryny
Duża łyżka miodu ( u mnie faceliowy)
Około 10 malin
Szklanka gorącej wody

Imbir kroję  w plastry, zalewam wrzątkiem i zostawiam na około 8=10 minut. Najlepiej przykryć kubek talerzykiem i zaparzyć imbir. Do wywaru dodaję sok z cytryny i miód. Dokładnie mieszam, dodaję maliny. Wypijam od razu.

Moje rady:
Ostatnio odkryłam miód faceliowy, który szczególnie dobrze wpływa na drogi oddechowe, do tego smakuje naprawdę pysznie. Polecam go poszukać, na pewno warto.




niedziela, 10 września 2017

Restauracja Kania. Przodkowo.

Jest niedziela. Jest wycieczka. Tym razem zapraszam do Przodkowa. Miejsca oddalonego o 35 kilometrów od Gdańska. Przodkowo to całkiem spora kaszubska wieś, otoczona piękną przyrodą. Droga nie jest za długa, tak w sam raz na niedzielny obiad. A co przyciąga gości do Kani? Placki ziemniaczane, czyli tak zwane plince. Pierwszy raz próbowałam ich tutaj bardzo, bardzo dawno temu. Byłam wtedy drobnym bąblem. Miejsce się zmieniło, zdecydowanie się rozrosło, ale sentyment zdecydowanie pozostał. Zaraz sprawdzimy czy słusznie.


Miejsce na pewno nie każdemu się spodoba. Spodoba się tym, którzy nie szukają miejsc z oryginalnym, nowoczesnym i bardzo przemyślanym wyglądem. Kania to typowa restauracja. Na rodzinny obiad na pewno się sprawdzi. Jest sympatycznie, choć jeżeli ktoś lubi odwiedzać "piękne" restauracje to może poczuć się nieco rozczarowany. Na górze mamy pokoje hotele, na dole część restauracyjną. W niedzielę często odbywają się tutaj różne rodzinne imprezy. Jak byłam 4 razy w ciągu ostatnich 2 lat, to zawsze trafiałam a to na chrzciny,a to na poprawiny czy jakiś jubileusz. Ale sale są podzielone i oddzielone od siebie, więc nie przeszkadzamy sobie wzajemnie.
Dobrze, stolik zajęty. Obsługa jest niezwykle sympatyczna. Od razu można poczuć się jak w domu, na imieninach u cioci. Jeżeli macie nieco gorszy humor, to panie kelnerki od razu go poprawią. Uśmiechnięte, dowcipne i serdeczne. Aż się nie chce wychodzić!
Menu nie jest zbyt obszerne, co jest akurat sporym plusem. Nie trzeba godzinami go studiować i wybierać idealnej potrawy. Są typowe zupy, dania mięsne i coś na co tutaj przyjechałam  ostatnim razem - plince. W wielu wersjach. Solo, z gulaszem, albo na słodko. My zdecydowaliśmy się na rosół z domowym makaronem, żurek, plince po przodkowsku ( z gulaszem) i na słodko, z musem brzoskwiniowym. Czekanie umila chleb ze smalcem. Wiadomo, na dobre placki trzeba troszkę poczekać. ale po około 15-20 minutach, potrawy są już na stole. Wcześniej pojawiły się zupy. Fani żurku byli zadowoleni solidną porcją. Rosół był naprawdę domowy, nie z kostki,a drobiowy. Makaron zaś był delikatny i pyszny. Do tego zupy były ciepłe i przyjemnie umilały czekanie na danie główne. Placki nie zawiodły, solidna porcja, ładnie podana. Plince były cienkie i bardzo chrupiące, bliżej im do szwajcarskich Rosti, niż puchatych placków, gdzie dodaje się masę mąki. Te były świetnie usmażone, chrupiące, złociste, ale nie spalone. Gulasz był świeży i świetnie doprawiony. Do tego w cenie znajduje się spory zestaw surówek. Placki na słodko podane były ze sporą ilością brzoskwiniowego dżemu. Podejrzewam, że był to dżem ze słoika, ale nie przeszkadzało mi to, bo był dobry,a  placki po prostu idealne.


Jak więc widać, mimo upływu lat, restauracja Kania trzyma stały, wysoki poziom. Ich plince są najlepsze na całych Kaszubach. Do tego wspaniała obsługa i bardzo atrakcyjne ceny. I już mamy miejsce, gdzie warto wpaść na przyjemny rodzinny obiad.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...