Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

piątek, 23 czerwca 2017

Pasta jejeczna z tuńczykiem

Niby człowiek się robi coraz starszy,a  tu proszę, odmłodziło go. Co mnie tak odmłodziło? Bardzo dziecięca przypadłość. Zapalenie ucha. Nie powiem, miło mi się zrobiło, że choroba wieku dziecięcego dopadła właśnie mnie. Jakoś tak młodo się poczułam. Na marginesie oczywiście dodam, że poza świnką nie miałam nigdy żadnych dolegliwości związanych z bólem ucha. Jako,. że świnkę miałam jako 6 latka, niezbyt pamiętam tamten ból. Teraz jednak doświadczam tego z pełną mocą. Ostrzegam, uważnie z klimatyzacją. W sklepie, aucie, w pracy. Wiem, że nie zawsze mamy na to wpływ, ale jeżeli się ma to uważać trzeba. Mnie załatwiła jedna podróż autobusem i siedzenie przy klimatyzatorze, skąd buchało na mnie zimne powietrze. Nie powiem, wtedy było nawet miło, ale już wieczorem zrobiło się nieciekawie.  A najgorzej było rano. Kiedy tak mnie bolało, i powoli traciłam słuch przypomniałam sobie jak mama zawsze powtarzała - nigdy nie siadaj w przeciągu, albo przy klimatyzatorze. Zawsze się słuchałam. Ledwie raz przejechałam jeden przystanek i bach. Umówiłam się do lekarza, cudem dostałam się na wizytę tego samego dnia. I proszę urocza diagnoza. Ucho boli. Na szczęście kropelki z antybiotykiem zaczęły w końcu działać i czuję lekką poprawę. Mam wrażenie, że przeżyję. Wczoraj zaś miałam wątpliwości ku temu, więc chyba jest poprawa.
W każdym razie nie chcę myśleć o ostatnich dwóch, bolesnych dniach. Jestem myślami przy weekendzie i śniadaniu niedzielnym. Wam polecam bardzo prostą i smaczną pastę z tuńczyka i jajka na twardo. Prosto, szybko i smacznie. Świetnie pasuje do kanapek. Syci na długo, więc mam nadzieję, że po takim śniadaniu ruszycie na poszukiwanie letnich przyjemności.
Przepis jak co piątek, dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek.




Składniki:
2 jajka
Puszka tuńczyka w sosie własnym
Ząbek czosnku
2 łyżki majonezu
Słodka papryka
Sól
Pieprz
Szczypiorek
Natka pietruszki


Gotuję jajka na twardo. Obieram, kroję w kostkę, a  następnie rozgniatam. Tuńczyka osączam, lekko rozgniatam widelcem, dodaję do jajek.
Siekam szczypiorek i czosnek, dodaję do pasty.Doprawiam solą, pieprzem i papryką. Dodaję majonez. Dokładnie mieszam wszystkie składniki. Najlepiej smakuje po kwadransie w lodówce. 

środa, 21 czerwca 2017

Magdalenka spotyka Stefankę

Kiedy byłam młodsza, dużo, dużo młodsza czas zdecydowanie się dłużył. Od świąt do świąt, od wakacji do wakacji, od urodzin do urodzin. Mijało wtedy tyle czasu! Dni się dłużyły, miesiące ciągnęły w nieskończoność. Kiedy miałam 7 czy 8 lat, liceum, studia, skończenie 20 lat, wydawało mi się czymś tak odległym, że nie potrafiłam objąć tego swoim małym  i młodziutkim umysłem. Ach, jak wtedy marzyłam by być dorosłą, dużą, samej o sobie decydować i mieć własne pieniądze. Marzyło mi się bym nie musiała chodzić do szkoły, wydawało mi się ( jakże naiwnie), że dorośli nie muszą rano wstawać, że kiedy dzieci są w szkole, oni spędzają cudownie czas w tym swoim dorosłym świecie. Że wystarczy z magicznej skrytki wziąć pieniądze i dowolnie nimi rozporządzać. Dorosłym nikt nie musiał mówić- nie jedz lodów przed obiadem, zawiąż szalik, odłóż zabawki i idź spać, umyj zęby, odłóż kubek do zlewu. Dorosłe życie wydawało mi się wieczną bajką! Bez narzekania, bez problemów, same przyjemności i zero odrabiania lekcji. Ach, jak nie mogłam się tego doczekać. A ten czas tak się dłużył i dłużył! I za nic nie chciał przyśpieszyć. Aż poszłam do gimnazjum. Gdzieś tak w drugiej, nie w trzeciej klasie, czas zaczął pędzić. Nagle znalazłam się w liceum, choć głowę bym dała, że rano pakowałam do plecaka gimnazjalne książki. Matura, ale dlaczego tak szybko? Obiecywali trzy lata w liceum, a nie 3 tygodnie. Studia. Mignęły ledwo. A przecież to było 5 lat. 5 lat minęło jak parę miesięcy. Nagle obudziłam się w dorosłym świecie. Tak wyczekanym. O dziwo nie było to miejsce gdzie można bezkarnie jeść lody i oglądać non stop bajki w telewizji. Do pracy wstaje się wcześniej niż do szkoły, a po pracy trzeba ugotować obiad. I tak mija dzień za dniem. I marzy by znów magicznie cofnąć czas i mieć te 7 czy też 8 lat. I przeżywać prawdziwe dramaty, bo Ala  krzywo namalowała kwiatka, albo Dorotka znów zabrała mi kredkę. 
Ledwie parę chwil temu miałam 20 urodziny. Och, jaka wtedy poczułam się dorosła. Jakbym wstąpiła do elitarnego klubu. Wczoraj. Wczoraj obchodziłam ostatni raz 20 urodziny. Dopiero co wsiadłam na pokład tego statku, a już mnie z niego wypraszają. To mój ostatni rok jako osoby z "2 " z przodu. Czas minął zdecydowanie za szybko. Aby więc osłodzić sobie te ostatnie urodziny z "2" z przodu przygotowałam dla siebie ciasto. Nie jestem fanką tortów, więc mój tort okazał się ciastem bez pieczenia, bez tłustego kremu maślanego, czy na bazie bitej śmietany. Stefanka. Tak, tak po dziecięcemu. Kaszka manna, herbatniki, czekolada i truskawki. Kwintesencja mnie. Dlatego też ciasto nazwałam Magdalenkę co spotyka Stefankę. Taka moja wersja tego deseru. A raczej urodzinowego torciku. 

Składniki:
Masa:
1 litr mleka
400 gramów kaszy manny
2 łyżki masła
50 gramów gorzkiej czekolady
1 opakowanie cukru z prawdziwą wanilią
2 łyżki cukru Sweet Family
Dodatkowo:
400 gramów herbatników
Kilkanaście truskawek
Pół paczki wiśniowej galaretki


Zaczynam od przygotowania masy. W garnku gotuję pół litra mleka, dodaję cukier z wanilią,cukier i masło. Mieszam i czekam aż całkiem roztopi się masło. 
Kaszę zalewam resztą mleka, delikatnie łączę z  ciepłym mlekiem, gotuję aż masa nie będzie gęsta i jednolita - około 5-6 minut. 
Siekam czekoladę, dodaję do kremu, dokładnie mieszam tak by czekolada się rozpuściła. Chwilę studzę. 
W międzyczasie rozpuszczam galaretkę w 100 ml wody. Myję truskawki i kroję je na połówki.
Blachę do pieczenia wykładam folią, albo papierem do pieczenia. Układam rząd herbatników, na nie wykładam 1/3 kremu, znów warstwę herbatników i znów krem i ponownie to samo. Na wierzchu powinny znaleźć się herbatniki. Na ciastkach wykładamy plasterki owoców, smarujemy je galaretką. Ciasto chłodzimy przed podaniem najlepiej 1,5 - 2 godziny. 







Cukier z głową 
www.uczymyjakslodzic.pl

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Szybki makaron z boczkiem i pomidorami

Tydzień bez makaronu to tydzień stracony. Zdecydowanie to moja dewiza. Uwielbiam wszystko co ma w sobie makaron. Szczególnie w poniedziałki. Bo po weekendzie sił jakby mniej i energii do przygotowania obiadu również nie za dużo. Bardzo leniwa, domowa, burzowo-deszczowa sobota, zupełnie wybiła mnie z rytmu. Naprawdę dochodzę do wniosku, że moje miasto padło ofiarą jakiejś pogodowej klątwy. Nie mam oczywiście zbyt wielkich wymagań. Aczkolwiek może moje życzenie (pobożne) by dwa dni w tygodniu obyły się bez deszczu i szarości to zbyt wiele? Sama już nie wiem. W każdym razie sobota nie była dniem wolnym od deszczu. A z powodu ciągłych zawirowań pogodowych - deszcz, chwila przerwy, wiatr, i znów deszcz, miałam wrażenie, że moja głowa przebywa w jakimś innym wymiarze. Nie ma lekko. Mam wrażenie, całkiem uzasadnione, że nie ma dni pośrednich, takich pomiędzy jesienią, a upalnym latem. Albo jest bardzo gorąco, albo deszczowo, szaro i zimno. Nie ma tych dni kiedy świeci słońce, jest do 25 stopni, lekko wieje, a wieczorem lekko kropi deszcz. Ostatnio ładnie jest tylko momentami. Drobnymi momentami. Mam nadzieję,że pogoda się uspokoi i pozwoli cieszyć latem. Bo w końcu zaraz żegnamy wiosnę i witamy lato. A by je przywitać trzeba mieć energię, dlatego warto zjeść obiad. Może taki maksymalnie prosty? Warto mieć w zapasie takie przepisy i korzystać z nich w kryzysowych sytuacjach.




Składniki:
200 gramów makaronu kokardki
4 plastry wędzonego boczku
2 pomidory
Pieprz
Ostra papryka
Natka pietruszki
Sól

W osolonej wodzie gotuje makaron al dente.
Mocno rozgrzewam patelnię, kroję boczek w kostkę, podsmażam na chrupko na patelni. Pomidory kroję w kostkę, dodaję do boczku, doprawiam papryką i pieprzem, smażę około 3-4 minut, aż pomidory zaczną puszczać sok.
Makaron polewam gotowym sosem, podaję z natką pietruszki.


sobota, 17 czerwca 2017

Placek z mango i truskawkami

Długi weekend. W moim przypadku taki długi nie był. Wczoraj musiałam udać się do pracy. Niby nie na długo.niby tylko ogarnąć papiery i sprawić by przestały rządzić biurkiem, ale sprawy się nieco przeciągnęły. W zasadzie to sprawczynią była ulewa. Kto bowiem chciałby ruszać się z ciepłego i komfortowego pomieszczania ( czytaj suchego) i zamienić go na spacer w deszczu? No właśnie. Czekałam więc w biurze na poprawę pogody. Jakie to szczęście, że wzięłam ze sobą czytnik. No dobrze, mam go zawsze przy sobie. Dzięki temu mogłam wdrapać się na parapet i zatopić w świecie pewnej młodej angielki, która ma ewidentnego pecha do płci przeciwnej. Prognozy pogody nie są zbyt optymistyczne względem pozostałej, stałej części weekendu. Oczywiście mam nadzieję, że niezbyt się spełnią i jednak będzie nieco słońca. I może w końcu uda mi się wpaść nad morze? W każdym razie czekam na poprawę pogody i samopoczucia. Niestety, starość nie radość, po mej mamie jestem beznadziejną meteopatką. Deszcz odczuwam dzień wcześniej. Już wczoraj zaczęła mnie boleć głowa. Ból zniknął dopiero pod wieczór, razem z deszczem. Aby poprawić sobie niemrawy nastrój zabrałam się więc za pieczenie. Wykorzystałam bardzo słoneczne połączenie, mango i truskawki. Wyszło naprawdę pyszne ciasto. Letnie, bardzo owocowe, miękkie i delikatne. W sam raz na weekend, który pogodowo jest niemrawy. Niesamowicie poprawia bowiem nastrój. Od samego patrzenia nie sposób się nie uśmiechnąć. Dużą przyjemność daje też oczywiście jedzenie, takie powolne, rozkoszowanie się każdym kęsem. Jeżeli lubicie choć trochę mango i truskawki, to znak, że musicie spróbować tego wypieku. Aha czy muszę dodawać, że mamy tutaj dużo, dużo pysznej kruszonki? Dla każdego coś pysznego. Ciasto z mango i truskawkami. Lato na talerzu.


Składniki:
150 gramów masła
5 łyżek cukru kokosowego
1 cytryna
200 ml mleka
400 gramów mąki orkiszowej tortowej
1 duże jajko
Łyżeczka proszku do pieczenia
Szczypta kardamonu
1 mango
około 10 truskawek

Kruszonka:
40 gramów masła
2 łyżki cukru kokosowego
Szczypta cynamonu
100 gramów mąki pszennej

Dodatkowo masło i kasza manna do formy


Ucieram masło z cukrem. Dodaję sok i skórkę startą z cytryny oraz kardamon. Gdy masło jest ubite na krem, dodaję mleko i jajko, szybko łączę składniki.
Przesiewam mąkę z proszkiem do pieczenia, dodaję do reszty składników, dokładnie mieszam. Blachę do pieczenia smaruję masłem i wysypuję kaszą manną, wylewam ciasto.
Owoce myję, mango obieram i kroję  w kostkę, truskawki kroję na połówki. Owoce wciskam w ciasto.

Z podanych składników zagniatam kruszonkę i posypuję nią ciasto.
Placek piekę 45-50 minut w 185 stopniach.




piątek, 16 czerwca 2017

Jaglany budyń z bananem i truskawkami

Kiedy w środowe popołudnie dowiedziałam się, że poza wolnym czwartkiem, mam również (prawie) wolny piątek, bardzo się ucieszyłam. Nie wiem jak inni, ale ja marzyłam o wolnym poranku, czasie na załatwienie paru spraw i przedłużonym  lenistwie. Tak,(prawie) wolny piątek zdecydowanie poprawił mi nastrój. Aby dość przyjemnie i smakowicie go rozpocząć, przygotowałam sobie budyń na śniadanie. Ale nie taki z torebki, czy z kubeczka. Nie, ja przygotowałam sobie budyń jaglany z truskawkami i bananem. Coś nie tylko smacznego i naturalnie słodkiego, ale i zdrowego. I sycącego naprawdę na długi czas. I oczywiście banalnie wręcz prostego. Taki deser można potraktować jako zdrowy deser, z czego na pewno ucieszą się ci co lubią słodkości, a niekoniecznie lubią cukier i nadmiar pustych kalorii. Ja po takim śniadaniu jestem gotowa zdobywać świat i stawiać czoła mniejszym i większym przeciwnościom losu. Na przykład tym pogodowym. Albo i zdrowotnym. Tak, moja siostra tymi swoimi bakteriami i wirusami podkarmiła moje zapalenie zatok na tle alergicznym. Dziwnym trafem odkąd wróciła do domu, ja czuję się gorzej. Zastanawiam się właśnie nad 165 sposobami wyrafinowanych tortur? Chyba po prostu będę jeść jeszcze więcej na jej oczach takich pyszności i nie będę się dzielić! Nic a nic.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek




Składniki:
5 łyżek płatków jaglanych
200 ml mleka
1 mały banan
Kilka dużych truskawek
Ekstrakt waniliowy


Płatki zalewam mlekiem, dodaję wanilię i posiekane truskawki. Gotuję około 5 minut. Następnie dodaję banana pokrojonego w plasterki, miksuję całość na gładki krem. Podaję z truskawkami.


czwartek, 15 czerwca 2017

Pierogarnia Stary Młyn Toruń

Długi weekend. Czas odpoczynku i czasu na mniejsze i nieco większe podróże, wycieczki czy spacery po mieście. Dlatego też dziś zapraszam na relację z toruńskiej pierogarni Stary Młyn.
Odwiedzenie tego miejsca miałam w planie od dawna, ale cóż, przez parę lat byłam wierna jednemu toruńskiemu adresowi, i ciężko było mi się przekonać do zmiany. Bo skoro było smacznie, to co coś zmieniać? Teraz zdecydował po prostu przypadek. Otóż zaczął padać deszcz, a że akurat byliśmy obok pierogarni, uznaliśmy, że jest to znak. I spotkało nas zaskoczenie, pani -bardzo miła, ale jednak odmówiła wejścia, bo w dwupiętrowym lokalu był komplet gości. Zachęciła do wpisania się na listę rezerwową i spokojnego poczekania około godziny.  Ale to się tak łatwo mówi kiedy pada deszcz! Na szczęście akurat przechodziła menadżerka, która powiedziała, że jest wolny stolik, jedyna niedogodność, że znajduje się on koło drzwi, więc jeżeli nie będzie nam przeszkadzało to, że będą się one otwierać i zamykać co rusz, to możemy usiąść. Dziwnie nam to nie przeszkadzało.


Szybko podszedł kelner, który zostawił menu i zachęcił do spokojnego wyboru. Spokojny? Co by tu wybrać? Kusiły pierogi tradycyjne, pieczone i smażone. Tyle, że te smażone to nie były po prostu podsmażone pierożki na patelni, z oferty tradycyjnej. Te smażone to miał być jeden wielki pieróg drożdżowy. Kuszące. Po długich debatach zamówiliśmy barszcz  z pierożkiem, miks pierogów pieczonych, pierogi ze szpinakiem i kurczakiem-też pieczone, oraz właśnie smażone po rusku. Oczekiwania umilał nam kompot i czekadełko  w postaci twarożku z pieczywem - bardzo oryginalnym. Całość naprawdę pyszna. No cóż, na jedzenie trzeba troszkę poczekać, ale biorąc pod uwagę popularność i pełne obłożenie, da się to zrozumieć i nie mieć pretensji. Jako pierwsza pojawiła się zupa. Domowa, na pewno nie  z torebki. Pierożek był z ciasta drożdżowego, wypełnionego boczkiem. Co prawda był dość mały,ale ciepły i sycący. Potem dostaliśmy dania główne. Zacznę od pierogów smażonych-kresowych czebureków. Smakowały jak faworki! Ciasto było chrupiące i po prostu fantastyczne. Nie czuć było w ogóle, że to ciasto drożdżowe, było delikatne, lekkie i maksymalnie chrupiące. Pełne nadzienia, dobrze znanego z pierogów ruskich. Trafione w punkt. Pieróg zajmował cały obiadowy talerz, bez problemu można się solidnie najeść. Pieczone pierogi były na drożdżowym cieście, ani nie za cienkim, ani nie za grubym, w sam raz. Farsze jakie próbowałam - szpinak/kurczak, wołowina z żurawiną i ruskie były przepyszne. Dobrze doprawione, nadzienia było sporo, niczego im nie brakowało. Do pierogów dostajemy sos, zarówno czosnkowy jak i z borowików były pyszne, czuć było, że są robione na miejscu. Powiem Wam szczerze, w tej pierogarni można najeść się za dwoje.


Miejsce jest moim zdaniem świetnie położone, niby w samym centrum, ale troszkę na uboczu. Pierogarnia utrzymana jest w tradycyjnym chłopskim stylu. Świetnie będą się tam czuły całe rodziny, które cenią sobie nieco luźniejszą atmosferę. Planując romantyczną randkę raczej nie wybierałabym  weekendowej daty, może być za tłoczno, głośno i za szybko, To fajne miejsce na rodzinny obiad czy spotkanie z przyjaciółmi.
Obsługa jak najbardziej na plus. Miłe kelnerki i kelnerzy. Na jedzenie czeka się około 30 minut, ale jest to zaznaczone w karcie. Odrobinka cierpliwości i jest ok. Ceny? Nie jest to najtańsze miejsce gdzie można zjeść pierogi. Za osobę trzeba liczyć na 25-28 złotych-same pierogi, małe porcje. Ale warto, zdecydowanie warto.
Czy polecam to miejsce? Jak najbardziej. Jeżeli lubicie pierogi,i macie Toruń niedaleko, albo po prostu go odwiedzacie, koniecznie zajrzyjcie.








Pierogarnia Stary Młyn, Most Pauliński 2-10




wtorek, 13 czerwca 2017

Śniadaniowa pasta caprese. Na słodko.

Nie wiem ile razy w życiu jadłam makaron na śniadanie? Pewnie nie tak wiele. Może parę razy? Dwa razy na szkolnej wycieczce, gdzie na śniadanie dostawaliśmy zupę mleczną z makaronem, parę razy taką samą zupą częstowała mnie babcia w porze śniadania. Jako, że u babci spałam rzadko - w końcu zawsze mieszkała parę kilometrów od nas, taką mleczną zupę jadłam rzadko. Na szczęście, wtedy jakoś jej nie lubiłam. Ma to pewnie związek z tym, że nie przepadam za ciepłym mlekiem. Co innego budyń, kasza manna, czy jaglanka. Jakoś jednak nie pasuje mi płynna forma mleka. Być może drzemie we mnie jakiś uraz wprost z dzieciństwa? Sprawa ewidentnie nadaje się do omówienia przez dobrego psychologa. Ale nie o tym, wróćmy do głównego tematu. Dziś na śniadanie polecam makaron, dokładnie to słodką pastę. Możecie zjeść od razu w domu, albo śmiało zabrać z sobą do pracy. To danie wspaniale się przechowuje i smakuje idealnie po dwóch czy trzech godzinach. Do tego możecie wykorzystać makaron ugotowany na obiad, jeżeli lubicie makaron na zimno - opcja po prostu idealna. Mi to śniadanie wyjątkowo zasmakowało w taki szary i paskudny poranek. Poranek kiedy non stop padał deszcz. Porządna ilość węglowodanów i słodkie truskawki. I od razu świat wygląda inaczej. Mam jednak cichą nadzieję, że najbliższy, długi weekend będzie pogodny. Szczerze mam już dość deszczu i szarości. I pogodowych wahań, które przyprawiają mnie o ból głowy. Na szczęście tylko jutro i laba. Wymarzona i wyczekana.



Składniki:
Makaron kokardki ( pół szklanki suchego)
1/2 opakowania serka typu włoskiego
Kilkanaście truskawek
Mięta czekoladowa

Sos:
3 garście płatków Corn Flakes Kakao i miód
2 łyżki miodu lawendowego
2 łyżki soku z pomarańczy

Makaron gotuję w lekko osolonej wodzie. Gdy będzie al dente odcedzam.
Serek kroję w kostkę, truskawki myję i kroję na połówki. Dodaję do makaronu.
Szykuję sos kruszę płatki, dodaję sok pomarańczowy i miód, dokładnie mieszam. Sosem polewam danie. Zjadam do razu.

#lubella
#mojaalternatywa


Odkryj autentyczny smak natury

niedziela, 11 czerwca 2017

Lekka pianka na biszkopcie

Nie wiem jak to się dzieje, ale w letnio-wiosennych miesiącach weekendy mijają po prostu błyskawicznie. Zdecydowanie za szybko. Nim  się dobrze nie odwrócę już mija pół dnia. Nim mija kolejna chwila jest już niedzielne popołudnie i czas myśleć o powrocie do obowiązków. Ale, ale, nie przyśpieszajmy nadmiernie tej chwili. Zanim bowiem ona nastąpi polecam Wam umilenie sobie niedzielnego popołudnia przy pomocy wyjątkowego ciasta. Biszkoptu, lekkiej pianki a 'la ptasie mleczko i galaretki do tego. Miks idealny. I wcale nie tak trudny. Owszem, jeżeli rano przystąpi się do procesu produkcji to ciasto idealnie stężeje akurat na czas po obiedzie. Czyli będzie pyszny deser. Myślę, że warto podjąć się tego wyzwania. Bo w końcu najtrudniejsze jest to czekanie. Ciasto jest pyszne i chciałoby się je zjeść od razu, a tu jak na złość trzeba czekać. Ale powtórzę warto poczekać.
Moja rodzina zjadła to ciasto z dużą przyjemnością. Więc to chyba dobra rekomendacja.
Zaskakująco dla samej mnie ten weekend wyszedł mi bardzo intensywny. Zaczęło się już w piątek, kiedy planowane krótkie spotkanie przedłużyło się o 3 godziny i zakończyło późnym wieczorem, burząc moje przyzwyczajenia. Chociaż nie powiem, odstępstwo od rutyny, tej weekendowej również to bardzo fajna rzecz. Wczoraj zaś miałam niespodziewanych gości. Gości z bardzo,bardzo daleko. Znów z zapowiadanej pół godzinki zrobiło się 6 razy dłużej, w związku z czym część planów musiała ulec modyfikacji. To jest dość dziwne, bo jestem fanką porządku i rutyny. Lubię wiedzieć co i jak. Zaplanować sobie wszystko i czasem nazbyt sztywno trzymać się przyjętego planu. Tym razem jednak nie żałuję, że nie przeczytałam  tyle miałam, nie posprzątałam tyle ile powinnam i nie obejrzałam tego co zaplanowałam. Pielęgnowanie przyjaźni i więzów rodzinnych zdecydowanie jest warte porzucenia swoich przyzwyczajeń. I porzucenia weekendowej rutyny. Nie rezygnujcie jednak z weekendowego pieczenia. Tę część weekendu warto zachować.


Składniki:
Biszkopt:
4 jajka
6 łyżek mąki pszennej
4 łyżki mąki ziemniaczanej
3 łyżki cukru kokosowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Ekstrakt waniliowy
Szczypta soli
około 4 -5 łyżek gorącej wody

Pianka:
400 ml śmietanki 30 %
1 paczka galaretki poziomkowej

Dodatkowo:
1 galaretka truskawkowa
około 15 truskawek




Jajka ucieram z cukrem i wanilią. Gdy masa zwiększy swoją objętość dodaję gorącą wodę i wanilię- trzeba bardzo dokładnie ucierać, aby nie zrobiła nam się jajecznica. Następnie dodaję przesiane mąki, razem z proszkiem do pieczenia. Ciasto przelewam na blachę do pieczenia wyłożoną papierem do pieczenia. Piekę biszkopt 35 minut w 180 stopniach.

Gdy piecze się biszkopt szykuję piankę. Rozpuszczam galaretkę poziomkową w niepełnej szklance wody.Zostawiam do wystudzenia. Śmietankę ubijam - - nie na całkiem sztywno, powinna zwiększyć swoją objętość, ale pozostać puszysta i delikatna. Dodaję zimną galaretkę. Chłodzę masę przez kwadrans w lodówce. Na zimny biszkopt przekładam piankę, chłodzę przez pół godziny.

W międzyczasie rozpuszczam truskawkową galaretkę w połowie szklanki wrzątku. Owoce myję i kroję na połówki. Układam je na piance, zalewam przestudzoną galaretką i chłodzę przez minimum godzinę.




piątek, 9 czerwca 2017

Szybkie ciasteczka owsiane Marthy Stewart

Ciasteczka owsiane to taka banalna rzecz. Parę składników i gotowe. Tak proste, że zrobi je dziecko. Ale za to je właśnie lubię. Kiedy w szafce znajduję o jedną paczkę płatków owsianych to wiem co będę robiła za parę chwil. Właśnie te ciasteczka. Zdrowe, pożywne i pyszne. Jako, że spodziewałam się wizyty przyjaciółki przygotowałam sporą ilość tych słodkich i kruchych ciasteczek. Wykorzystałam przepis od mistrzyni domowej kuchni, i szerzej domowego ogniska, czyli Marthy Stewart. Te ciasteczka są niezawodne. Tak proste, a tak fenomenalne w smaku, że nie można przestać jeść. W moim domu zawsze znikają po prostu błyskawicznie. Nie dziwię się, sama zajadam się nimi na wyścigi. Lubię maczać je w herbacie albo w kakao. Wkruszyć do jogurtu, albo posypać nimi porcję owoców. W ten sposób błyskawicznie powstaje ciekawy i smakowity deser. Wiem, że pewnie próbowaliście wielu przepisów na owsiane ciasteczka, ale bardzo polecam wypróbowanie właśnie tego. Jestem pewna, że ciasteczka skradną Wam serce. Jeżeli planujecie weekendowe aktywności poza domem, to przygotujcie je sobie w zapasie. Wspaniale dodadzą energii w każdym miejscu i o każdej porze. Ja połączyłam płatki owsiane z jaglanymi. Taka mieszanka wyjątkowo mi smakuje.

Przepis dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek


Składniki:
200 gramów mąki owsianej
2 małe jajka
4 łyżki oleju rzepakowego
3 łyżki brązowego cukru
1/2 szklanki suszonej żurawiny
1/2 szklanki płatków owsianych
1./3 szklanki płatków jaglanych
Pół łyżeczki proszku do pieczenia
Ekstrakt waniliowy


Mąkę łączę z  proszkiem do pieczenia. Ubijam jajka z cukrem, dodaję olej i wanilię.

Żurawinę zalewam wrzątkiem, odcedzam, dodaję do mąki razem z płatkami. Na koniec łączę obie masy.

Łyżką formuję ciasteczka- mi wyszło 15 sztuk. Piekę je przez 12-15 minut w 185 stopniach.


Moje rady:
Do ciasteczek możecie dodać dowolne bakalie, albo posiekaną czekoladę. 

środa, 7 czerwca 2017

Makaronowa zapiekanka z indykiem i pomidorami


Dzisiejszy obiad jest z kategorii - zupełnie nie wiem co powinnam ugotować? Jest też z kategorii- nie mam za wiele w lodówce, a nie chce mi się iść na większe zakupy. Przy okazji nie chce się też posiłkować gotowymi daniami wprost ze sklepu. Wiadomo, domowe lepsze. Ale też nie chce się człowiek za bardzo napracować. Nie oszukujmy się, taki stan zdarza się każdemu. Mi zdarzył się po męczącym dniu w pracy. Jako, że w drodze powrotnej padał deszcz, starałam się iść jak najszybciej, nie zatrzymując się na małe zakupy. Marzyłam o domu, i całkiem sporym kubku ciepłej herbatki. No dobrze, jestem w domu. Strząsam deszcz z parasolki wprost do wanny, piję tę herbatkę, plotkuję chwilkę z mą mamą. i myślę o obiedzie. W zasadzie to nie myślę za wiele, wyjmuję to co znajduję i szybko zamieniam to w danie. Tym razem powstała sycąca i przepyszna zapiekanka. W sam raz by przygotować je na obiad w zabiegany dzień. A taki i dziś mnie spotkał. Musiałam biec do przychodni, uciekając przed okropnymi ulewami. Katar po infekcji nie chce odejść. musiałam skonsultować go z lekarzem, chociaż znałam diagnozę - alergiczne zapalenie zatok. Cierpię na to praktycznie po każdej infekcji, jestem więc weteranką. Chusteczki w dłoń, leki do torebki i czas wypełniać codzienne obowiązki. Dziś ich nie brakowało, chociaż czas na wiosenny spacer też się znalazł :)



Składniki na 5 porcji:
500 gramów makaronu kokardki
500 gramów mięsa mielonego z indyka
3 pomidory
1 duża cebulka
3 ząbki czosnku
2 łyżki przecieru pomidorowego
4 plastry ostrego sera żółtego
Po łyżeczce suszonego czosnku, cząbru, szałwii, bazylii i tymianku
Sól
Pieprz
Olej rzepakowy
Koperek

 W dużym garnku gotuję makaron na półtwardo. Odcedzam.
Siekam cebulę w kostkę, miażdżę czosnek. Na rozgrzanym oleju podsmażam cebulkę z czosnkiem, dodaję mięso i smażę około 7 minut. Następnie doprawiam, dodaję pokrojone w kostkę pomidory i smażę kolejne 3 minuty. Do przecieru pomidorowego dodaję 1/2 szklanki wody, dokładnie mieszam, zalewam mięso i duszę 5 minut.

Do ugotowanego makaronu dodaję sos mięsno-pomidorowy i mieszam. Przekładam całość do naczynia do zapiekania, na wierzchu układam ser.
Zapiekankę piekę 12-15 minut w 180 stopniach. Przed podaniem posypuję koperkiem.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Wiejskie serniczki owsiano- kukurydziane.

Śniadanie to najważniejsze posiłek w ciągu dnia. I basta. Nie ma co z tym dyskutować tylko jeść codziennie śniadanie. A co na to śniadanie można zajadać? Jedni lubią na słodko, inni na wytrawnie. Jedni lubią celebrować śniadania, inni jedzą w biegu, gdzieś między szukaniem kluczy do auta, a pakowaniem plecaka dziecku. Jedni mają stały śniadaniowy zestaw - kawa i jogurt 0 % tłuszczu i garść bakalii, inni codziennie szykują coś nowego i lubią zaskakiwać samych siebie. Ja jestem gdzieś po środku. W tygodniu stawiam na szybkie i pewne rozwiązania. Za to w weekendy celebruję każdy kęs i z dużą starannością szykuję sobie ten najważniejszy posiłek. Tym razem padło na pyszne serniczki z patelni. Oryginalne. Oryginalne, bo zrobiłam je z serka wiejskiego, dodałam mielone płatki owsiane, i nadziałam je kakaowymi płatkami kukurydzianymi. Do tego świeże truskawki, odrobina cukru pudru i można zdobywać świat ! Te serniczki nie są wcale trudne, robi się je naprawdę szybko, są pożywne i przepyszne. Sprawdzą się świetnie na śniadanie w ciągu tygodnia. Smakują tak samo dobrze na ciepło i zimno,można więc zapakować je na drugie śniadanie i zjeść w pracy czy w szkole. Mi umiliły one wczorajszy poranek. O ile sobota była wyjątkowo pracowitym i męczącym dniem, o tyle zaplanowałam sobie leniwą i relaksującą niedzielę. Miałam tyle planów. Niestety. pogoda zrobiła mi psikusa, i zamiast długich spacerów, wyjazdu nad morze i leniwego podziwiania błękitu nieba padało niemal cały dzień. Słońca zabrakło i cóż, życiowa energia jakby osłabła. Leniwy dzień toczył się więc po domowemu. Poza wyjazdem do pierogarni gdzie świętowaliśmy przedwczesne 30 urodziny mojej siostry. Zaczyna do mnie docierać, że za rok czeka mnie dokładnie to samo. Tyle, że ja w środku czuję się jakbym miała 20 lat, wyglądam na 18, więc w ogóle tego nie odczuwam. Ale siostrze w dniu jej prawdziwych urodzin 100 lat. Dziś jest już w Krakowie, nie wiem czy doleciałyby te serniczki? Zawsze warto spróbować.


Składniki na 4 spore placuszki.

1 opakowanie serka wiejskiego - 250 gramów
1 średnie jajko
3 łyżki zmielonych płatków owsianych
Ekstrakt pomarańczowy
4 łyżki płatków kukurydzianych Corn Flakes Lubella kakao i miód
Masło klarowane
Truskawki, cukier puder

Serek wiejski lekko rozgniatam widelcem - jeżeli kupicie serek z dużą zawartością śmietanki, należy ją odcedzić. Do serka wbijam jajko, dodaję mąkę i dokładnie łączę. Do smaku dodaję ekstrakt pomarańczowy.

Rozpuszczam masło na patelni, z 3/4 ciasta formuję 4 placuszki, smażę minutę. Po tym czasie na wierzch wysypuję po łyżce płatków, przykrywam resztą ciasta i smażę aż z wierzchu placuszki zaczną się ścinać. Przewracam delikatnie na drugą stronę i dosmażam do zrumienienia.
Gotowe serniczki podaję z truskawkami, i lekko posypuję cukrem pudrem.






#lubella
#mojaalternatywa


Odkryj autentyczny smak natury

Moje rady:
Możecie użyć mielonych płatków jaglanych czy jęczmiennych
Placuszki możecie podać z miodem, konfiturą czy dowolnymi owocami. 

niedziela, 4 czerwca 2017

Rabarbar i truskawki pod kokosową kruszonką

W końcu mam w domu idealną kombinację. Na blacie mam bowiem sporą ilość lasek rabarbaru i 2 kilogramy truskawek. Słodkie, czerwone i niezwykle pachnące. Czerwiec w pełni ! Od samego patrzenia jest mi słodko i błogo. Wiosennie i przyjemnie. Czuję się w moim małym niebie. Owocowym niebie. Jako, że moja mama prosiła o owoce pod kruszonką, jako dobra córka, spełniłam jej prośbę. Sama też uwielbiam ten deser, więc przygotowanie go była czystą przyjemnością. Najbardziej lubię w nim tę prostotę, wystarczy dosłownie 5 minut i deser gotowy. Potem pieczenie- tutaj najgorzej o cierpliwość, ale 20 minut szybko mija i deser można zajadać. Wspaniale smakuje zarówno na ciepło, jak i na zimno. Ja bardzo lubię go jeść chwilę po wyjęciu z piekarnika, z małą porcją lodów. Ale pasować też będzie bita śmietana, sos waniliowy, albo po prostu cukier puder. Możliwości jest wiele, ale jedno jest pewne- wyborny smak deseru. Dzięki prostemu dodatkowi - wiórków kokosowych, kruszonka ma oryginalny egzotyczny smak i kuszący zapach. Jest też bardzo krucha. Po prostu idealna. Wspaniała na leniwy weekend. Tak leniwy, że nie chce się gotować i piec. Kruszonko, wjedź na stół. Zapraszam do stołu, bierzemy widelczyki i oddajemy się słodkiej przyjemności o smaku rajskiego lata.


Składniki:
2 laski rabarbaru
Kilkanaście truskawek
80 gramów masła
4 łyżki brązowego cukru
4 łyżki wiórków kokosowych
4 łyżki mąki pszennej pełnoziarnistej
Ekstrakt waniliowy
Łyżeczka cynamonu

Truskawki myję i kroję na połówki. Rabarbar myję, obieram ze zdrewniałych części i kroję na kawałku. Owoce posypuję cynamonem i łyżką cukru.
Masło siekam z cukrem, dodaję wiórki kokosowe i mąkę. Dodaję ekstrakt waniliowy. Zagniatam drobną kruszonkę.
Owoce przekładam do naczynia do zapiekania, posypuję kruszonką. Piekę deser przez 20-25 minut w 1805 stopniach.




piątek, 2 czerwca 2017

Oreo Tiramisu

Błyskawiczna wariacja na temat tiramisu. Deser w 5 minut, błyskawiczny, prosty, i oczywiście bardzo smaczny. Idealnie będzie pasować na początek weekendu. Na taki czas kiedy można spokojnie zaplanować najbliższe dni i na chwilę się po prostu zatrzymać. Nie mam wielkich wymagań wobec najbliższych dni. Mam nadzieję,że po prostu będą zdrowe. Ostatni przekichany weekend nie był najlepszy. A pamiętam,że jako dziecko uwielbiam te małe chorobowe przerwy od szkoły i obowiązków. A jak mi było żal kiedy mi się poprawiało! Kiedyś pałałam taką niechęcią do pójścia do szkoły po 7 dniowej labie związanej z zapaleniem gardła, że godzinę stałam boso- zimą na zimnych kafelkach w łazience. Poświęciłam się bardzo, licząc na przychylność losu i powrót chrypy. Niestety, chrypa nie wróciła. Straciłam tylko godzinę i nieco godności 13 letniej dziewczynki, która marzyła o tym by przedłużyć zwolnienie i nie musieć rano wstawać. Od tamtej pory przeszło mi udawanie, albo raczej inicjowanie. Do tego stopnia, że raz kłóciłam się z wychowawcą, który kazał mi iść do domu bo mój kaszel mu przeszkadza, że to żaden problem, i zapalenie oskrzeli nie jest chorobą śmiertelną. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że to była klasa maturalna i bardzo zależało mi na czerwonym pasku. Błędy młodości. Było, minęło. Teraz irytuje mnie każda infekcja, która każe mi zostać w domu i wybija z rytmu. Bo powroty do pracy po dwóch dniach nieobecności są niczym przy powrocie do szkoły. Tam przynajmniej obowiązywała taryfa ulgowa, i wracających do zdrowia się nie pytało na ocenę. A w pracy? W pracy klientów nie obchodzi, że mnie nie było. Ja muszę wszystko wiedzieć, gasić nie moje pożary i zawsze być uśmiechniętą. Na szczęście wszelkie drobne stresy można skutecznie zresetować odpowiednim deserem.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczne Piątki 



Składniki:
200 gramów mascarpone
300 ml śmietanki kremówki
1 łyżka cukru pudru
6-7 ciasteczek Oreo
Ekstrakt migdałowy

Śmietankę ubijam z ubijam z cukrem na sztywno. Delikatnie dodaję serek mascarpone i parę kropli ekstraktu.
Kruszę ciasteczka. Na dno naczynek w jakich będziemy serwować deser wykładamy krem, na to porcję ciasteczek, znów krem i ciasteczka.
Deser chłodzimy przez minimum kwadrans.





czwartek, 1 czerwca 2017

Jajka faszerowane kiełbaską. Na duży głód.

Zdarza się, że od rana potrzeba mi solidna porcja energii. No cóż, nie wiem czemu,ale u mnie kryzysowym dniem w pracy z reguły jest czwartek. Czwartek to dzień próby. Od rana muszę być więc zwarta i gotowa. A jeżeli jest taki czwartek jak dziś  i po pracy nie wracam od razu do domu, to wiem jedno - moje śniadanie musi być solidne. I oczywiście bardzo smaczne. Więc dziś były jajka faszerowane kiełbaską. Danie solidne, sycące i pozwalające spokojnie doczekać do późnego drugiego śniadania. Ten przepis jest prosty, śmiało można go przygotować nawet w zabiegany poranek, nie oszukujmy się bowiem, jajka gotują się same, nie musimy im kibicować. W tak zwanym  międzyczasie można wybrać kreację na dany dzień, kosmetykami podkreślić to co warto podkreślić, a ukryć to co chce się ukryć, umyć włosy, poczytać, poćwiczyć, iść po bułki, rozwiesić pranie, czy też wyprasować koszulę. Pełna dowolność. Kiedy jajka się już ugotują przechodzimy do następnego etapu. Teraz wystarczy podsmażyć kiełbaskę, doprawić masę, dobrać dodatki i już. Wszystko gotowe. I nie zajęło nam to więcej niż 8 minut. I po takim śniadaniu można zacząć aktywny dzień. I cieszyć pogodą, spacerem, i nosem bez kataru. No dobrze, bez nadmiaru kataru. Cudów nie wymagajmy.



Składniki:
2-3 jajka
1 kiełbaska drobiowa
2 łyżeczki musztardy francuskiej
Pieprz
Szczypiorek

Jajka gotuję na twardo, obieram ze skorupek i kroję na połówki. Wydrążam żółtko.
Na suchej, teflonowej patelni podsmażam pokrojoną w drobną kostkę kiełbaskę. Łączę z musztardą. Rozgniatam żółtka, dodaję kiełbaskę, doprawiam pieprzem, dodaję szczypiorek. Pastą nadziewam białka. Podaję z pieczywem i ogórkiem.





wtorek, 30 maja 2017

Ciasto z bananami.

Środek tygodnia. Albo prawe środek. W każdym razie, w tym dniu zamiast iść do pracy i dzielnie wypracowywać zysk, siedzę w domu. I grzeję zatoki i odganiam wirusy. I czuję się nieco lepiej, w porównaniu do stanu w czasie weekendu, to nie ma porównania. Aczkolwiek do ideału sporo brakuje. W każdym razie siedzę w domu, czekam na obiecaną burzę i patrzę na chmury. Czytam, oglądam film, nawet porządki zrobiłam w czterech szafkach. I po tym wszystkim I atakuje, zupełnie znienacka, przeogromna, wielka, niepowstrzymana wręcz chęć. Chęć na domowe ciasto. Oczywiście opcja zakupów chwilowo odpada, bo solidnego przeziębienia się nie drażni. Odpada, można i owszem poczekać aż siostra wróci ze swoich zajęć i pójdzie wieczorem do sklepiku po jakieś wiosenne owoce i zaserwować sobie placek z rabarbarem czy też truskawkami. Ale nie wiem ile to jeszcze potrwa, nie warto ryzykować. Z ciastową potrzebą nie ma co zadzierać. W kuchni znajduję trzy dorodne i mocno już dojrzałe banany. Pewnie na surowo nikogo już nie skuszą, co innego w cieście. Oczywiście jako pierwsze na myśl powinien mi przyjść do głowy chlebek bananowy, ale to zbyt banalne. Ja przygotowałam ciasto z plasterkami bananów. Bardzo, bardzo proste i naprawdę pyszne. Do tego niesamowicie proste. Koniecznie spróbujcie i umilcie sobie zwykłe popołudnie w środku tygodnia. Naprawdę warto.




Składniki:
3 średnie banany- mocno dojrzałe
2 średnie jajka
100 gramów masła
150 ml mleka
400 gramów mąki orkiszowej tortowej
2 łyżki miodu
Ekstrakt waniliowy

Dodatkowo:
Masło i bułka tarta do formy
Cukier puder


Roztapiam masło, chwilę studzę, dodaję mleko,miód i wanilię.
Mąkę przesiewam z proszkiem do pieczenia, Sypkie składniki dodaję do mlecznej mieszanki, na końcu wbijam 2 jajka. Ucieram ciasto.
Banany kroję w plasterki, dodaję do ciasta.
Tortownicę smaruję masłem i wysypuję bułką tartą, wylewam ciasto i wkładam do  rozgrzanego  piekarnika. Placek piekę 35-40 minut w 185 stopniach.
Po wystudzeniu posypuję cukrem pudrem.


Moje rady:
Do ciasta możecie użyć zwykłej mąki pszennej, albo zamienić ją na pełnoziarnistą czy owsianą.
Możecie użyć cukru czy ksylitolu. Polecam jednak miód bo dodaje ciastu delikatnego,nieco karmelowego aromatu.
Do ciasta można śmiało dodać kawałki gorzkiej czekolady czy migdały w słupkach.






niedziela, 28 maja 2017

Śniadaniowe kule twarogowe na płatkach

W końcu mamy weekend. Co prawda ten muszę przeznaczyć na regenerację i walkę  z przeziębieniem,ale i tak cieszę się,że weekend pracy minął. Ten tydzień był dość dziwny. Dwa dni wyjątkowo leniwe, a następne dni to nawał pracy. Oczywiście kiedy były te leniwe dni, to ja czułam się rewelacyjnie. Letnie przeziębienie przyszło akurat kiedy w pracy zaczął się kocioł. Im więcej wypisywałam faktur, tym bardziej bolało mnie gardło, tym bardziej męczył mnie katar. A zegar uparcie nie zamierzał wybić 15 i ogłosić końca pracy. Ale się doczekałam, mogłam rozpocząć plan dojścia do zdrowia. Na marginesie, zupełnie nie rozumiem idei letnich infekcji. Zimą dużo prościej mi się choruje. Kiedy bowiem mogę bezkarnie leżeć pod kocem, popijać gorące herbatki i z uśmiechem podziwiać zacinający deszcz za oknem. Tymczasem latem strasznie się męczę. Mam tyle planów, a tu nici. Nic tylko ból głowy i walka z katarem. Na szczęście dzisiaj też jest dzień, i może uda mi się przekonać samą siebie do małego, leczniczego spaceru? Bardzo bym chciała, ale patrząc na jakość mojego samopoczucia, będzie z tym problem.
W każdym razie całkowicie wolny dzień kusi by zacząć go przyjemnie. A jak wiadomo, dzień zaczynamy od śniadania. Tym razem postanowiłam zaserwować sobie twarogowe kule, z dużą ilością truskawek, domowym sokiem malinowym i wanilią. Pyszne, proste i jakie proste. Całość podana została na kołderce z chrupiących płatków o smaku kakao i miodu. Coś wspaniałego. Niby zwykły twarożek, ale podany w nowy sposób zdecydowanie umila poranek i sprawia, że katar jakby się zmniejsza. Niech moc zdrowia i pozytywnej energii będzie z Wami.



Składniki:

250 gramów twarogu półtłustego
1 łyżka jogurtu naturalnego
2 łyżki domowego soku z malin
Parę kropli esencji waniliowej
Kilka dużych truskawek
3 duże garście płatków Lubella Corn Flakes Kakao i Miód

Twaróg rozgniatam, dodaję sok i jogurt. Łączę składniki, zostawiam na kwadrans w lodówce.
Myję truskawki, kroję na kawałki, dodaję do masy twarogowej. Dłońmi formuję kule, układam je na talerzyku,wysypanym płatkami Lubella.
Świetnie smakują zarówno same, jak i z kawałkiem chałki.

#odkrywamcomożezboże

Odkryj autentyczny smak natury

piątek, 26 maja 2017

Sernik wiedeński. Dla mamy.

Moja mama jest naprawdę fajną mamą. Owszem, to typ mamy kwoki, zawsze taka była. Dla swoich dzieci- a posiada ich trójkę, zostawiła pracę i zawodową karierę w teatrze. Uważała, że jej obowiązkiem jest troska o rodzinę. Oczywiście po urodzeniu się mojej siostry nie planowała, że resztę życia spędzi na etacie mamy i żony. Chciała wrócić do zawodu, do teatru, ale bardzo szybko pojawiłam się ja i powrót do pracy z dwójką malutkich dzieci był po prostu niemożliwy. Niestety moje babcie nie mogły pomóc. Jedna zmarła długo przed naszym urodzeniem, druga wciąż pracowała. Mama zajmowała się więc dwiema córkami, które dzielił równy rok. 3 piętro bez windy, pojedynczy wózek, kartki na żywność, oj było jej ciężko. Kiedy w końcu wydawało się, że dzieci podrosły,poszły do szkoły i można wrócić do życia poza domem, urodził się mój młodszy brat. I w ten oto sposób moja mama została mamą na pełen etat. Wykształcona, pewna siebie i przebojowa kobieta odnalazła największą radość w pokazywaniu dzieciom świata. Mojej mamy chyba nic nie przerażało, nie była typem mamy co zabiera dzieci na plac zabaw, sama plotkuje zaś z innymi mamami albo czyta gazetę. Moja mama miała żyłkę przygody. Ciągle organizowała nam wycieczki, ciągle nas gdzieś zabierała. Nie pamiętam weekendu, kiedy byliśmy zdrowi, który spędzilibyśmy tylko w  domu bawiąc się albo leniąc. Myśmy ciągle coś robili, poznawali świat. Mama tyle chciała nam pokazać, tyle nas nauczyć. Uważała, że bycie mamą nie musi jej ograniczać do kuchni i pralki. Szczerze? Chwilami z przyjemnością słuchałam opowieści koleżanek, że one po prostu siedzą w niedzielę w domu i oglądają bajki. U nas w domu to było nie pomyślenia. Mamie zależało byśmy byli ciekawi świata, zadawali pytania, od maleńkości chodziliśmy do teatru, opery,kina czy na mecze. Doskonale pamiętam coniedzielne wyprawy do rosyjskiej restauracji i długie spacery. Moja mama dbała byśmy wiedziały jak zachować się w towarzystwie, uczyła nas prawidłowego jedzenia, grzecznego zachowania się przy stole i ciekawości innych smaków. Z nią wprost nie można było się nudzić. Mama od małego nie zabraniała nam czytać poważnych gazet i oglądać Wiadomości. Jak miałyśmy jakieś pytania zawsze potrafiła znaleźć odpowiedź. Owszem bywała nadwrażliwa i zbyt opiekuńcza - taka zresztą jest do dziś. Choć ma się już swoje zacne lata, ciągle przypomina o szaliku i czapce zimą. Denerwuje się jak któreś z nas spóźnia się choćby o 5 minut. Czasami, albo raczej często wyolbrzymia pewne sprawy, ale w tym swoim panikowaniu bywa urocza. Bo wiem, że bardzo nas kocha. I ja chociaż bywa,że mam dość maminego nadmiaru uwagi kocham ją bardzo. I cieszę się,że jest. Że zawsze wysłucha, i chociaż nie zawsze się zgadzamy i inaczej widzimy świat, to wiem, że bez niej nie byłabym tym kim jestem. Uwielbiam plotkować z moją mamą, oczywiście w kuchni. Oglądać bajki dla dzieci i łazić po sklepach. No kocham ją po prostu.
 I to dla niej jest ten sernik. Jej ulubiony, klasyczny, wiedeński. Najlepszy. Po prostu idealny. I bardzo, bardzo prosty.
Przepis dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek


Składniki:
1,2 kg twarogu śmietankowego ( nie w wiaderku)
8 jajek
2 paczki budyniu śmietankowego
5 łyżek cukru
2 łyżki skórki pomarańczowej smażonej
2 duże garście rodzynków
Cukier puder

Dodatkowo kasza manna i masło do formy


Twaróg mielę, minimum dwa razy. Rodzynki zalewam wrzątkiem, zostawiam na kwadrans, osączam.
Oddzielam białka od żółtek. Żółtka ukręcam  z cukrem na jasny krem. Następnie partiami dodaję twaróg. Delikatnie dodaję proszek budyniowy i bakalie.
Ubijam na sztywno pianę z białek. Bardzo delikatnie łączę z ciastem serowym. Masy nie wolno miksować ani zbyt mocno ucierać.
Na dnie piekarnika układam naczynie z wrzątkiem, nagrzewam piekarnik do 190 stopni.


Tortownicę smaruję masłem i wysypuję kaszą manną, wylewam ciasto i wyrównuję wierzch. Sernik piekę około 70 minut w 180 stopniach. Studzę przy otwartych drzwiach piekarnika.
Po wystudzeniu posypuję cukrem pudrem.



czwartek, 25 maja 2017

Pierogarnia Bruner w Olsztynie

Pierogi to moja wielka miłość. Sama nie wiem skąd to mi się wzięło? Biorąc pod uwagę ilość zjadanych klusek z nadzieniem przez moich rodziców, śmiało mogę zrzucić to na nich. Nie mogłam być inna. Muszę je kochać. Podczas ostatniej wizyty w Olsztynie na rynku znalazłam zachęcający szyld, a, że była pora obiadu to bardzo szybko znalazłam się w środku. Czas na obiad w olsztyńskiej pierogarni.


Lokal znajduje się na miejskim rynku, jest urządzony dość przytulnie. Raczej nie na wyjątkowo romantyczną randkę, ale widać było,że jest to miejsce chętnie odwiedzane przez całe rodziny. Miła atmosfera, bezpośrednia, jest rodzinnie i domowo. Obsługa od razu chętnie wita gości i pomaga znaleźć wolne miejsce. Tak, o stolik w niedzielę  czy w dzień świąteczny dość trudno. Ten tłum w środku świadczy jednak o tym,że jedzenie smakuje. Skoro mamy już miejsce, czas zabrać się za wybieranie potrwa i degustację.
W pierogarni jak to w pierogarni rządzą pierogi. Przyrządzane na wiele różnych sposobów. Od tych najbardziej tradycyjnych, do tych bardziej oryginalnych nowoczesnych. Dodatkowo można zamówić zupy, placki, zeppeliny, albo dania mięsne, bądź sałatki. Jako, że głodni byliśmy konkretnie każdy wybrał porcję rosołu, z kołdunami i kluseczkami, oraz zeppeliny, a także różne pierogi. Ceny jak na wielkość porcji idealna. Karta niezbyt długa, w sam raz. Każdy znajdzie coś dla siebie. Zarówno miłośnik pierogów, jak i ten co akurat na pierogi ochoty nie ma.  Czas oczekiwania na potrawy nie jest za duży, nawet mimo pełnej sali czeka się około kwadransa na danie główne, akurat tyle ile gotują się pierogi.
Razem z herbatą dostaliśmy czekodełko, pyszną pastę jajeczną ze świeżutką, ręcznie robioną bułką paryską. Coś pysznego, a jednocześnie prostego. Następnie pojawiły się zupy. Trzy osoby wybrały rosół z kołdunami, ja zaś z kluskami. I kiedy dostałam swoją porcję nie dziwiłam się, że miła kelnerka poprawiła mnie przy zamówieniu gdy poprosiłam o rosół z makaronem- nie makaron a kluseczki. Rosół był bowiem z pietruszkowymi kluseczkami. Smaczny, ciepły, prawdziwy, a nie oszukany z kostki. Rozbudził apetyty na jeszcze więcej.
A potem wiadomo, pojawiły się pierogi i kartacze. Zacznę od tych drugich. Mam w głowie ideał cioci Toci. Ciocia robi najlepsze kartacze, albo zeppeliny jak kto woli, na świecie. Są prostu idealne i jedyne w swoim rodzaju. Te mimo zapewnień kelnerki nie zawierały w sobie surowego mięsa. Nadzienie było typowo pierogowo, czyli mięso przed gotowaniem kartaczy, było już ugotowane. Ciasto było smaczne, nadzienie również, aczkolwiek nie były to oryginalne kartacze. A ziemniaczane kluski z farszem pierogowym. Co do pierogów, to na stole pojawiły się chłopskie= czyli z płuckami, oraz miks pierogów, czyli 10 sztuk a każdy inny. Dało to ogólny pogląd o pierogach, wszystkie były świetne. Na największe wyróżnienie zasłużyły te chłopskie, oraz z indykiem,papryką i pieczarkami. Wszystkie miały cienkie ciasto, sporą ilość farszu i czuć było w nich domową rękę.


Za porcję pierogów zapłacić trzeba 14 złotych. Kartacze to koszt 18 złotych. Zupy są od 5 do 10 złotych. Jak na jakość i smak można powiedzieć, że to okazyjna cena. 4 osoby razem z napojami i dwudaniowym obiadem wyda około 130-140 złotych.
Czy polecam Pierogarnię Bruner? Całym moim pierogowym sercem.

Olsztyn, ul. Stare Miasto, 26/27





wtorek, 23 maja 2017

Dwie czekolady. Jedna manna.

Ostatnio uświadomiłam sobie,że niemal całe dwa tygodnie nie jadłam manny. Po prostu odkąd zrobiło się ciepło,zdecydowanie wolę śniadanie na zimno. Ale kiedy wczoraj wstałam poczułam potrzebę by zjeść na śniadanie ciepłą porcję kaszki manny. Spontanicznie dodałam do niej po dwie kostki czekolady, białej i gorzkiej. Do tego truskawki i wyszło pyszne śniadanie. Tak, słodkie, ale czasami są takie poranki, takie dni, że od bladego świtu potrzebna jest porcja słodkości. I żaden zdrowy substytut nie zadziała. Po prostu trzeba zaspokoić potrzebę, albo nawet dziką żądzę umysłu i spełniać zachciankę. Porcja takiej kaszki naprawdę ma działanie terapeutyczne. Po za krótkim weekendzie dodaje optymizmu i pozwala miło zacząć dzień. I poczuć spokój, chociaż atak furii był bliski. Wiecie jak to jest, kiedy budzicie się w poniedziałek i macie nieodparte wrażenie,że powinna być sobota. Ba, przecież przed sekundą było piątkowe popołudnie, nie może, nie powinno być więc już poniedziałku. Tak, ta manna idealnie nadaje się do walki z nieubłaganym kalendarzem. Koi nerwy i dodaje energii. I dodaje uśmiechu. I znów wszystko wraca do normy.



Składniki:
4 czubate łyżki kaszy manny
3/4 szklanki mleka
2 kostki białej czekolady
2 kostki gorzkiej czekolady
Truskawki

W garnuszku podgrzewam mleko, dodaję kaszę mannę i gotuję około 4-6 minut. Do ciepłej kaszki dodaję posiekane kostki czekolady, mieszam. Truskawki kroję na kawałki,łączę z kaszką. Jem na ciepło.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...