Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

czwartek, 30 czerwca 2016

Makaron, Awokado i Suszone Pomidory

Jestem mięsożerna, naprawdę je lubię i nie wyobrażam sobie bym na stałe mogła z niego zrezygnować. Ale latem mięso jem zdecydowanie rzadziej, w tym tygodni jeszcze ani razu. Kiedy słupki rtęci idą w górę moja zwierzęca natura jakoś przycicha. Miałam ochotę na makaron, nie pomylę się jeżeli powiem,że dziką wręcz ochotę. Najpierw do głowy przyszedł mi sos jogurtowy z truskawkami,ale jakoś ostatecznie nie zrealizowałam tego pomysłu. Chyba pierwszy raz w swoim życiu nie miałam ochoty na słodki obiad. Muszę to zapamiętać. Chciałam zjeść makaron z prostym i pysznym sosem, i wymyśliłam sobie pesto. Pesto z awokado, suszonymi pomidorami,bazylią i pestkami dyni, Wegańskie i po prostu pyszne. Do tego najciekawsza część, cały obiad jest gotowy w 10 minut. I nie trzeba sięgać po dania ze słoika, które często są wątpliwej jakości.Ten czas jaki należałoby przeznaczyć na spacer do sklepu i stanie w kolejce śmiało można wykorzystać do przygotowania wspaniałego sosu do makaronu. Zaskakująco kremowy, delikatny, bardzo smaczny. Idealny pomysł na szybki obiad. Bardzo szybki. Nie wiem czy szybciej się go robi czy zjada? Rozstrzygnijcie to sami.



Składniki:
Dowolny, ulubiony makaron,150 gramów suchego
1 awokado
5-6 suszonych pomidorków
2 garście pestek dyni
2 garście listków bazylii
Ząbek czosnku
Duża szczypta słodkiej papryki
Sól
Pieprz


Gotuję makaron wedle wskazówek na opakowaniu.
Kiedy makaron się gotuje szykuję sos. Kroję w kostkę pomidorki. Na suchej patelni podprażam pestki dyni. Awokado rozdrabniam widelcem, bazylię rwę na małe kawałki. Czosnek drobno siekam. Wszystkie składniki sosu łączę i chwilę miksuję, w zależności od tego jaką chcemy uzyskać konsystencje tyle czasu należy miksować całość. Ja wolę czuć drobne kawałeczki składników,więc miksuję pesto naprawdę krótko.
Makaron odcedzam, zostawiam odrobinę wody, łączę z sosem i chwilę razem podgrzewam. I gotowe.

wtorek, 28 czerwca 2016

Kremowy deser z truskawkami

W ten upalno-burzowy-gradowy weekend nie chciało mi się piec ciasta. Co nie znaczy,że nie miałam ochoty na coś pysznego. Tym razem wybrałam kremowy deser, coś pomiędzy sernikiem na zimno a ptasim mleczkiem. Naprawdę pyszny. Lekki, kremowy,delikatny i co ważne prosto w lodówki. Deser ten wspaniale umila wieczór, kiedy siedzi się  z książką na balkonie i podziwia piękne kwiaty. Wróć, kwiaty,które po spotkaniu z gradem wyglądają okropnie. Dlatego też siedzę na balkonie, i z nadzieją patrzę na kwiaty dodając im odwagi do regeneracji. Tak samo kibicuję balkonowej odmianie ogórka, mam nadzieję,że odżyje i chociaż jeden skromny ogóreczek pojawi się gdzieś w okolicy sierpnia. Udało mi się uratować krzaczki pomidorków i wnieść je domu. W razie czego będę mieć gospodarstwo monotematycznie pomidorowe. Ale jednak liczę,że wszystko ożyje. Nieco zazdroszczę sąsiadom,grad sypał wszędzie tak samo, a tylko moje rośliny ucierpiały. Przypadek? Wątpię. Gdyby tylko by można nakarmić rośliny tym pysznym deserem to od razu nabrałyby wigoru. Dużo truskawek, czekolada, i bardzo mleczna i delikatna kremowa masa. Naprawdę warto spróbować.


Składniki:
Kruszonka:
150 gramów kakaowych herbatników
4 łyżki roztopionego masła
2 łyżki mielonych migdałów

Krem:

450 gramów serka kremowego
150 ml mleka zagęszczonego niesłodzonego
1 galaretka cytrynowa
3/4 szlanki truskawek
2 garści kropelek czekoladowych do dekoracji

Szykuję kruszonkę. Ciasteczka dokładnie kruszę, łączę z masłem i migdałami. Chłodzę w lodówce minimum godzinę.
Galaretkę cytrynową rozpuszczam w 100 ml gorącej wody, zostawiam do przestygnięcia.
Mleko zagęszczone ubijam na piankę. Osobno lekko miksuję twarożek. Truskawki myję, usuwam szypułki. Część kroję na połówki, część w kostkę. Łączę mleko zagęszczone z twarożkiem, dodaję galaretkę, krótko całość miksuję, dodaję truskawki i zostawiam na kwadrans. Na dno pucharków wysypuję ciasteczkowy spód, na to wykładam krem i chłodzę w lodówce minimum godzinę. Dekoruję truskawkami i czekoladowymi kropelkami.




niedziela, 26 czerwca 2016

Z gościną w : Mandu

Jest niedziela,piękna pogoda, pierwszy wakacyjny weekend. Nie chce siedzieć się w domu,ani tym bardziej gotować godzinami niedzielny obiad. Można wybrać się na spacer, wycieczkę-bliższą i tę dalszą. Moje spacery ostatnio zawsze kończę w jednym miejscu. Zwie się ono Mandu. Nazwa może sugerować profil lokalu, tak, jest to pierogarnia. W Mandu można wybierać z dziesiątków pierogowych propozycji, naprawdę czytając menu można stracić głowę.


Ale zanim rozgościmy się przy stoliku i zaczniemy studiować menu poczekamy w kolejne do stolika. Wyobraźcie sobie, że weekendami przed lokalem kolejka wije się na zewnątrz. Pierogowi głodomorzy dzielnie znoszą jednak to oczekiwanie, tym bardziej,że czas umila podpatrywanie procesu produkcji, jak i miłe kelnerki, które zagadują i sprawiają,że czas płynie szybciej. Ile tego czasu musi upłynąć nim siądziemy do stolika? Różnie, czekałam 20 minut, czekałam 30 minut, a w Oliwie nie czekałam ani minuty. Pewnie bierze się to stąd, że do Oliwy nie trafi turysta, który spaceruje sobie po Długiej. Za to Oliwę omijamy w niedzielę około 15, kiedy dzieci po zwiedzaniu zoo zgłodnieją i całe rodziny ruszą na pierogi. Potem jest spokojnie. Najlepiej nie wybierać się weekandami do Mandu będąc bardzo, bardzo głodnym. Radzę wziąć książkę, miłe towarzystwo i nieco cierpliwości.

Kiedy już wejdziemy do środka zostaniemy otoczeni nie tylko przez wyjątkowo miłe kelnerki, ale i cudowny wystrój. Szczerze mówiąc nie wiem, który lokal podoba mi się bardziej. Każdy jest inny,ale tak samo przytulny i nowoczesny jednocześnie. Dobrze będą się tutaj czuły zarówno rodziny dziećmi-kąciki zabaw i animatorki, oraz słodkie pierożki, które ucieszą dzieci, jak i przyjaciółki na ploteczkach, zakochane pary, turyści, czy też biznesmeni wpadający na lunch.I nadchodzi ten moment kiedy nie można się zdecydować jakie pierogi wybrać. Tradycyjne smaki, a może nowoczesne wegetariańskie? A może zaszaleć i na obiad zjeść czekoladowe z Oreo? Albo wersję pieczoną? Kelnerki na pewno doradzą w razie wątpliwości. Fajnie jest wpaść do Mandu większą grupą i po prostu dzielić się pierogami. Teraz trzeba tylko czekać...
Czekać niestety trzeba troszeczkę. Można zamówić zupę i ją zjeść ze smakiem-szczególnie polecam barszcz czerwony. Można rozkoszować się pysznymi herbatami, lemoniadami, zatopić w rozmowie, albo zacząć czytać książkę. Pierogi robione na bieżąco, na naszych oczach. Mamy pewność,że są świeże co jest na pewno dużym plusem.
Po jakichś 30 minutach -ostrzegam, najdłużej czekałam 60 minut, dostajemy sporą porcję pierogów. Próbowałam naprawdę wielu rodzajów i ciężko wybrać mi te najlepsze. Na pewno polecić mogę gruzińskie chinkali, pyszne, bogato nadziane, wyjątkowo aromatyczne. Cudowne są też mazurskie, z białą kiełbasą i pieczarkami. Te pierożki są smażone, są tak chrupiąca jak faworki a chrzanowy sos jest wprost genialny. Albo weźmy z twarożkiem i rodzynkami macerowanymi w soku pomarańczowym, delikatne i pyszne. A te pieczone z chińskim farszem? Obłędne. Przepyszne są też pielmieni, farsz jest naprawdę smakowity, czuć,że mięso jest świeżo mielony i jest go naprawdę dużo. Smakowite były również te z gruszką  i serem pleśniowym, te z jabłkami i klasyczne czyli ruskie-choć ja dałabym nieco więcej ziemniaków w nadzieniu. Ale jako,że zawsze jest problem w drugą stronę-nadmiar ziemniaków i niedobór twarogu, więc nie uważam,że to wielki błąd.Do wyboru mamy kilkadziesiąt smaków, w tym również wersje dla wegan i wegetarian.  Porcje są naprawdę spore, a ceny jak na Gdańsk naprawdę przyjazne. 4 osobowa rodzina za 5 porcji pierogów, 2 zupy i napoje zapłaci około 120 złotych.
Podsumowując Mandu to najlepsza na dziś pierogarnia w Trójmieście. Obsługa jest naprawdę miła, serdeczna i bardzo pomocna. A pierogi zachwycą po prostu każdego.



GdańskKaprów 19D
Gdańsk, Elżbietańska 6

piątek, 24 czerwca 2016

Porosołowe, zielone risotto

Mimo upału za oknem naszło mnie na rosół. W środowy wieczór przygotowałam garneczek domowej, prawdziwej zupy. Wszyscy jedzą, czy też piją chłodnik, a ja mam rosół.  Rosół wyszedł pyszny, a po rosole zostało mięso. I pojawił się problem. Nikt nie miał ochoty na potrawkę, naleśniki? Brak czasu. Pierogi? Patrz naleśniki. Wymyśliłam szybko -będzie risotto. Bardzo letnie, zielone, kremowe, delikatne, pyszne. I do tego naprawdę proste. Bez problemu robi się je po pracy. Tak naprawdę wystarczą dwa kwadranse i obiad gotowy. Uwielbiam takie obiady. Oczywiście kiedy nie chcecie czekać na porosołowe mięso a chęć na takie risotto się w Was zrodzi śmiało można użyć resztek pieczonego kurczaka, czy też można użyć wędzonego mięsa,które bez problemu kupicie w sklepie. Rosół ma jednak tę przewagę,że można go użyć jako naturalnego bulionu do ryżu, dzięki czemu risotto jest jeszcze bardziej delikatne i aromatyczne.Idealne danie na weekend.


Składniki:
300 gramów mięsa z rosołu (drobiowego)
200 gramów suchego ryżu do Risotto
Połowa brokuła
1/2 szklanki groszku
1 duża cukinia
1 cebulka
2 ząbki czosnku
około 3 szklanek domowego rosołu
2-3 łyżki tartego Parmezanu
Duża garść natki pietruszki
Świeżo mielony pieprz
Odrobina soli
Łyżka ziół prowansalskich
1 łyżka masła klarowanego
1 łyżka oliwy z oliwek

W garnku z grubym dnem rozgrzewam oliwę, wrzucam ryż i smażę aż stanie się szklisty. Zalewam szklanką bulionu, kolejną porcję dodaję kiedy ryż wchłonie cały płyn.
Oddzielam mięso od kości. Na patelni rozgrzewam masło klarowane. Siekam drobno cebulę i czosnek, podsmażam na maśle około 2 minut, dodaję mięso i podsmażam mniej więcej 5 minut.
W międzyczasie myję resztę warzyw. Brokuł dzielę na małe różyczki, cukinię obieram i kroję  w półplasterki, dodaję do mięsa i podsmażam całość kolejne parę minut-cukinia powinna delikatnie zmięknąć.
Do ryżu dodaję brokuły i groszek, duszę chwilę razem, a następnie dodaję mięso z cukinią. Dolewam kolejną porcję bulionu, i powoli gotuję całość.
Na koniec dodaję tarty Parmezan i posiekaną natkę pietruszki.



wtorek, 21 czerwca 2016

Obłędne brownie kawowe z truskawkami

Sama nie wiem czy to ciasto można nazwać klasycznym brownie? W końcu czytając listę składników dość szybko zorientujecie się, że brakuje tutaj czekolady. Mamy samo kakao. Jako, że czekoladę robi się z kakao to myślę,że nazwanie tego ciasto brownie nie będzie zbyt dużym nadużyciem. Jakie jest to ciasto? Wyjątkowe. Ma bardzo intensywny smak, bardzo czekoladowe, z delikatną kawową nutką. Tę cierpkość łagodzi słodycz truskawek. Ciasto jest wyjątkowe w swojej konsystencji. Bagienne, zdecydowanie. Wiem,że nie brzmi to zbytnio zachęcająco,ale takie jest. Z jednej strony bardzo ciężkie, wilgotne, a z drugiej ma w sobie dziwną lekkość i aksamitność. Ciasto idealne? Bardzo blisko jest mu do ideału. Robiłam je ostatnio trzy razy. Powód? Rodzina jadła je nie łyżeczką, a łyżką. Bez bawienia się w talerzyki, od razu z blachy. Zrobiłam wersję standardową, jak i taką wypasioną, polaną czekoladą, i posypaną pokruszonymi Oreo. Każda wersja jest cudowna. Koniecznie spróbujcie. To ciasto trzeba upiec.



Składniki:
350 gramów mąki pszennej
200 ml maślanki
2 jajka
1/3 szklanki cukru kokosowego
100 ml oleju
5 łyżek kakao
2 łyżki dobrej kawy rozpuszczalnej
Łyżka proszku do pieczenia
Aromat śmietankowy
10 truskawek

Dodatkowo:
Masło i bułka tarta do formy


Zaparzam kawę w 1/3 filiżanki wody.
Mąkę przesiewam z kakao i proszkiem do pieczenia, dodaję cukier.
Maślankę łączę z olejem i jajkami, dodaję do sypkich składników i dokładnie całość mieszam. Dodaję kawę i aromat. Ciasto powinno mieć konsystencję budyniu czekoladowego.
Formę smaruję masłem i wysypuję bułką tartą. Wylewam ciasto do formy i piekę je przez 10 minut w 170 stopniach.

W międzyczasie myję truskawki i kroję na połówki. Wyciągam ciasto z piekarnika, układam truskawki na wierzchu i piekę ciasto jeszcze 20 minut w 170 stopniach.






niedziela, 19 czerwca 2016

Śniadaniowa sałatka z jajkiem

Moje wyjazdowe śniadania były bardzo proste. Żółty ser, szynka, świeże pieczywo, kubek herbaty i tyle. Domowy weekend i czas na śniadanie spowodował we mnie chęć do zrobienia /zjedzenia czegoś więcej niż jedynie kanapki. Wybór padł na prostą i naprawdę smaczną sałatkę. Zrobi ją bez problemów dosłownie każdy i to w parę chwil. Jajko, warzywa, a  do tego obowiązkowo chrupiąca i ciepła bułeczka orkiszowa. Urlop urlopem, ale dla takich śniadaniowych chwil warto wracać do domu. Albo wstać pięć minut wcześniej i zrobić taką pyszną sałatkę. A ja tymczasem w ostatnią wiosenną niedzielę zamierzam iść na nadmorski spacer. Pogoda jest w końcu piękna, niech dziś nie pada.


Składniki:
2 jajka
Kilkanaście liści sałaty
1/3 ogórka
1 pomidor
3 rzodkiewki
Garść szczypiorku
Sól
Pieprz
Olej lniany

Jajka gotuję na twardo, ja lubię jak żółtko nie jest do końca ścięte, więc gotuję około 5 minut od zagotowania się wody. Warzywa myję, suszę. Sałatkę rwę na mniejsze kawałki, ogórka kroję w plasterki, rzodkiewki na cząstki, tak samo pomidory.Szczypiorek siekam. Jajka kroję w ćwiartki. Warzywa układam na talerzu, układam jajka. Posypuję sałatkę solą, pieprze, polewam olejem lnianym.




piątek, 17 czerwca 2016

Tarta z cytrynami w syropie i imbirową konfiturą

. W sobotni poranek spakowałam walizki, a w zasadzie jedną walizkę. Trzy razy sprawdzałam czy wszystko mam, zatrzasnęłam drzwi do auta i ruszyłam w trwającą trzy godziny podróż. Ruszyłam ku pięknemu, niemal bajkowemu miejscu. Spokój, cisza, pełno kwiatów i drzew. I baza spa. Wzięłam z sobą masę książek, i planowałam relaksować się ile wlezie. Niezbyt mi się to udało. Powodem była moja rodzinka, która akurat znajdowała się w okolicy. Dzięki niej każdego dnia robiłam ponad 15 kilometrów podczas spacerów. Wieczorem nie czułam nóg, zaś rano nie mogłam nimi ruszyć. Stan ten trwał do śniadania i znikał na hasło- to co, idziemy na spacer? Nie miałam czasu na telewizję,czy wejście do internetowego świata. I bardzo mi to odpowiadało. Parę dni z naturą to coś co każdemu warto polecić. Do tego zero gotowania. Jadałyśmy z mamą w restauracjach, a na kolacje wcinałyśmy lody podwójnie czekoladowe. A tymczasem znów wracam do kulinarnego festiwalu i festiwalowego przepisu. Tym razem zapraszam na tartę cytrynową. Zazwyczaj tartę cytrynową kojarzy się z kruchym spodem i kremem cytrynowym na wierzchu. Bardzo ją lubię i w sekrecie powiem, że każdy kto spróbuje mojej wersji jest nią zauroczony. Ale wersja jest znana, może nawet za bardzo? Dlatego też przygotowałam tartę z cytrynami w syropie i imbirową konfiturą. Coś zupełnie innego. I naprawdę pysznego. Bardzo kruche ciasto, kwaskowate cytryny, i wyrazisty smak imbiru. Niebanalne połączenie, które na długo zostaje w pamięci.


Składniki:
2 żółtka
180 gramów masła
350 gramów mąki krupczatki
1/3 szklanki cukru
Ekstrakt waniliowy

6 cytryn
1/2 szklanki cukru
1/2 szklanki wody

3 łyżki imbirowej konfitury

Dodatkowo:
4 łyżki cukru
Bułka tarta i masło do formy


Siekam masło z mąką. Następnie dodaję żółtka, cukier i wanilią. Szybko zagniatam kruche ciasto. Chłodzę je przez godzinę. Następnie wałkuję i przekładam do formy na tartę wysmarowanej masłem i posypanej bułką tartą. Gęsto nakłuwam i piekę przez 15 minut w 175 stopniach.
Cytryny kroję w cienkie plasterki. W garnku zagotowuję wodę z cukrem, dodaję plasterki cytryn i gotuję około 5 minut. Cytryny mają być lekko szkliste.
Spód tarty posypuję 2 łyżkami cukru. Wykładam plasterki cytryn, posypuję resztą cukru. Tartę zapiekam przez 15 -20 minut w 170 stopniach.
W garnuszki podgrzewam imbirową marmoladę. ciepłą smaruję wierzch tarty.
Studzę tartę, i kroję na porcje.







sobota, 11 czerwca 2016

Kremowe batoniki orzechowe bez pieczenia

Kremowe, maksymalnie kremowe batoniki na kruchym spodzie. Masło orzechowe i czekolada. Połączenie po prostu idealne, albo bardziej niż idealne, genialne. Do tego te batoniki robi się naprawdę szybko. No dobrze, zjeść od razu ich się nie da, ale zdecydowanie warto poczekać. I rozkoszować się tym smakiem. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale połączenie masła orzechowego i czekolady uważam za jedno z najlepszych połączeń na świecie. Wystarczy mi odrobina i naprawdę jestem w niebie. Te batoniki są wyjątkowo nieziemskie. No w porządku, nie jest to deser, po którym poczujemy się niebiańsko lekko. Nie oszukujmy się, masło, orzechy, czekolada, nie są dla tych co się odchudzają i skrupulatnie liczą każdą zjedzoną kalorię. Te batoniki są dla tych co potrzebują słodyczy, nieziemskich smaków i kulinarnych rozkoszy. Do tego potrzebujemy tylko 5 składników. Czy może prościej? Te batoniki przygotowałam na festiwal, rozeszły się naprawdę bardzo szybko, przykuwały uwagę, i usłyszały masę komplementów. Zdecydowanie będę je robić częściej i częściej, i częściej.....


Składniki:
120 gramów ciastek pełnoziarnistych
55 gramów masła
4 łyżki masła orzechowego

200 gramów gorzkiej czekolady 70 %
4  łyżki masła orzechowego
3 łyżki mleka



Masło roztapiam. Ciasteczka rozkruszam, w mikserze, albo przy pomocy tłuczka. Dodaję masło do ciasteczek, mieszam. Teraz czas na masło orzechowe. Całość bardzo dokładnie łączę. Blaszkę wykładam papierem do pieczenia, ciasteczkową masę przekładam na papier, dociskam i chłodzę-najlepiej całą noc.
Czekoladę roztapiam w kąpieli wodnej razem z mlekiem. Dodaję masło orzechowe i bardzo dokładnie mieszam całość. Czekoladowo-orzechowo masę wykładam na ciasteczkowy spód. Wyrównuję wierzch i chłodzę w lodówce minimum 3 godziny. Następnie kroję na porcje. 

środa, 8 czerwca 2016

Smakuj Trójmiasto razem z nami.

W niedzielę miałam okazję być uczestnikiem festiwalu kulinarnego Smakuj Trójmiasto Sweet Edition gdzie razem z moją koleżanką Nastką prezentowałyśmy nasze wypieki. Stresowałam się ogromnie, w końcu pierwszy raz miałam okazję przedstawić szerszej publiczności moje ciasta i ciasteczka. Na szczęście Nastka okazała się wspaniałą towarzyszką. Jej optymizm szybko mi się udzielił. Przygotowania do festiwalu nie były łatwe, w końcu nie mogłam iść z jedną czy dwiema blachami ciast. W planie miałam 8 pozycji, co oznaczało ogrom pracy i wiele wysiłku. Na szczęście mogłam liczyć na pomoc i wyrozumiałość rodziny. Siostra i tata genialnie sprawdzili się jako służby porządkowe, a brat naprawdę się starał lepić ze mną równe portugalskie bułeczki kokosowe- a było to 36 godzin przed jego egzaminem praktycznym z anatomii. Wielkie poświęcenie, dzięki Michał i gratulacje, bo pieczenie na tyle go odstresowało,że zdał bez problemu. Rano miałam huśtawki nastrój, od podekscytowania, do ogromnego stresu, który dosłownie ścinał z nóg.Nie mogłam przez pół godziny się ubrać. To znaczy co chwilę zmieniałam koncepcję ubioru. Nic mi nie pasowało. Bardziej martwiłam się o to która sukienka będzie najlepszym wyborem, a nie o to,czy moje wypieki zyskają uznanie i ktoś coś w ogóle kupi.
Na miejscu okazało się, że mamy bardzo dobrze położone stoisko, tuż przy wszystkich drzwiach, prawie po środku. Na szczęście obok mnie miałam nie tylko Nastkę-koleżankę, która mi we wszystkim pomagała, ale i nasze stoisko było obok Martyny i Asi- kulinarnych blogerek z LovesKitchen. Martynę znam ze studiów, było to więc urocze i przyjemne spotkanie. Mam nadzieję,że spotkamy się jeszcze nieraz na podobnej imprezie.
Nasze stoisko obfitowało w ciasta, które lubimy i których jesteśmy pewne. Był więc pyszny sernik Mokka, Leśny Mech-który został wykupiony łącznie z okruszkami, wspaniałe wegańskie ciasteczka owsiane z masą bakalii i czekoladą, kremowe batoniki orzechowe z dużą ilością czekolady, bułeczki kokosowe czy też brownie w dwóch rodzajach to z orzechami i to z truskawkami. Do tego oczywiście typowo letnie przysmaki, drożdżówki z truskawkami i rabarbarem. Goście dopisali, pogoda zachęcała do spędzenia dnia poza domem, właściwie nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń. No może poza jednym-marna ze mnie kandydatka na sprzedawczynię, nogi do dziś mnie bolą,a  to było jedynie 9 godzin jednego dnia.
Udział w festiwalu był dla mnie wielkim przeżyciem i wielką przyjemnością. Poznałam ciekawych ludzi, niestety nie miałam czasu dokładnie przyjrzeć się pozostałym stoiskom, a szkoda. Dopiero w domu niczym japoński turysta zrobiłam mały rekonesans. Było pysznie.





poniedziałek, 6 czerwca 2016

Filety drobiowe z mocno ziołowym masłem

Brak czasu, zamieszanie, ręce wciąż zajęte tysiącami spraw, które muszę być zrobione natychmiast. Moja kuchnia zamieniła się w małą, prężnie działającą piekarnię. Kuchnia? Nie, cały dom. Wszędzie było widać blaszki z ciastem i ciasteczkami. Wszędzie straszyły ślady po mące. Ktoś znów się poślizgnął na plamie po mleku, a ja nie mogłam znaleźć proszku do pieczenia. Pomocy. Mimo całego zamieszania i niedoczasu, obiad zjeść trzeba. Musi być szybko, smacznie i sycąco, bo masa pracy wciąż przede mną. W takiej chwili zdecydowałam się na szybkie i niekłopotliwe kotlety z piersi kurczaka z mocno ziołowym masłem. Takie kotlety dodały energii na dalsze kuchenne prace. Festiwal kulinarny już za nami. Było cudownie, jestem bardzo zadowolona, choć okropnie zmęczona. Robię sobie dziś dzień wolny i zamierzam spędzić go w pozycji siedząco-leżącej:)



Składniki:
Podwójna pierś z kurczaka
100 gramów masła
1 jajko
2 łyżki mleka
Łyżka mąki owsianej
2 -3 łyżki domowej bułki tartej
Po dużej garści posiekanej mięty, pietruszki, koperku, mięty, szczypiorku i tymianku
Ząbek czosnku
Łyżeczka słodkiej papryki
Odrobina gałki muszkatołowej
Sól
Świeżo mielony pieprz
2 łyżki klarowanego masła


Masło wyjmuję z lodówki i ucieram na pastę. Dodaję zioła i bardzo drobno posiekany czosnek. Masło schładzam przez minimum godzinę w lodówce- w wersji ekspresowej wkładam do zamrażarki.
Mięso myję i kroję na 4 kotlety.Doprawiam solą, pieprzem, papryką i gałką muszkatołową.
Roztrzepuję jedno jajko, na osobne talerzyki wysypuję mąkę i bułkę tartą. Mięso panieruję najpierw  w mące, potem w jajku, na końcu w bułce tartej. Rozgrzewam klarowane masło, mięso smażę po 4 minuty z obu stron na rumiano. Podaję z kawałkami ziołowego masła na wierzchu.


czwartek, 2 czerwca 2016

Pao-de-Deus czyli portugalskie drożdżówki z kokosem

Czy wspominałam już, że kocham cieszyć wszystkie zmysły świeżo upieczonym drożdżowym ciastem? Tym razem inspirację znalazłam na końcu Europy. Co prawda w Portugalii jeszcze nie byłam,ale te bułeczki przeniosą każdego na spacer po zmęczonych słońcem uliczkach.... Kiedy oglądałam program kulinarny gdzie pewien pan udał się na śniadanie i sięgnął po tę drożdżową bułeczkę wiedziałam,że szybko je zrobię. I zrobiłam. Ledwo dotrwałam do końca programu. Bardzo zaciekawiło mnie to,że te bułeczki jedzono na tak wiele sposobów. Po prostu z poranną kawą, z marmoladą, czy też czekoladą, albo z serem czy szynką. Ja zrobiłam nieco słodszą wersję, typowo deserową. Wyszły wspaniałe. Bardzo mięciutkie, delikatne, wyraźnie kokosowe. Samo nadzienie jest po prostu genialne w swojej prostocie. Z wierzchu przyjemnie chrupiące, w środku bardzo kremowe. Drożdżówki robi się naprawdę szybko i prosto, długo zostają miękkie i pyszne. Dodatkowa ciekawostka, tymi bułeczkami będę podejmować gości na festiwalu kulinarnym Smakuj Trójmiasto, gdzie razem z moją serdeczną koleżanką Nastką będziemy prowadzić nasze własne stoisko. Denerwujemy się okropnie, ale jesteśmy pewne, że przygotowanie smakołyków, między innymi tych bułeczek, będzie skutecznym remedium na stres.



Składniki:
15 gramów drożdży
150 ml mleka
125 gr masła
400 gramów mąki
3 jajka
5 łyżek cukru kokosowego
Ekstrakt waniliowy

Nadzienie:
2 jajka
3/4 szklanki wiórków kokosowyvh
5 łyżek cukru trzcinowego
2 łyżki mleka

Roztapiam masło, dodaję do niego mleko.  Kruszę drożdże i dodaję do mlecznej mieszanki. Mąkę mieszam z cukrem,wanilią i jajkiem, łączę z drożdżowym płynem, zagniatam gładkie ciasto. Przykrywam kulę ściereczką i zostawiam na godzinę.
Po tym czasie szykuję nadzienie. Lekko ubijam jajka z cukrem, dodaję wiórki kokosowe.


Z ciasta odrywam kulki, lekko je spłaszczam, robię w środku niewielkie wgłębienie, w które wkładam po łyżce nadzienia. Bułeczki smaruję mlekiem, układam na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Piekę drożdżówki przez 25 minut w 180 stopniach.
Można posypać cukrem pudrem po wystudzeniu.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...