Kontakt:

magda_girsztowt@wp.pl

piątek, 23 czerwca 2017

Pasta jejeczna z tuńczykiem

Niby człowiek się robi coraz starszy,a  tu proszę, odmłodziło go. Co mnie tak odmłodziło? Bardzo dziecięca przypadłość. Zapalenie ucha. Nie powiem, miło mi się zrobiło, że choroba wieku dziecięcego dopadła właśnie mnie. Jakoś tak młodo się poczułam. Na marginesie oczywiście dodam, że poza świnką nie miałam nigdy żadnych dolegliwości związanych z bólem ucha. Jako,. że świnkę miałam jako 6 latka, niezbyt pamiętam tamten ból. Teraz jednak doświadczam tego z pełną mocą. Ostrzegam, uważnie z klimatyzacją. W sklepie, aucie, w pracy. Wiem, że nie zawsze mamy na to wpływ, ale jeżeli się ma to uważać trzeba. Mnie załatwiła jedna podróż autobusem i siedzenie przy klimatyzatorze, skąd buchało na mnie zimne powietrze. Nie powiem, wtedy było nawet miło, ale już wieczorem zrobiło się nieciekawie.  A najgorzej było rano. Kiedy tak mnie bolało, i powoli traciłam słuch przypomniałam sobie jak mama zawsze powtarzała - nigdy nie siadaj w przeciągu, albo przy klimatyzatorze. Zawsze się słuchałam. Ledwie raz przejechałam jeden przystanek i bach. Umówiłam się do lekarza, cudem dostałam się na wizytę tego samego dnia. I proszę urocza diagnoza. Ucho boli. Na szczęście kropelki z antybiotykiem zaczęły w końcu działać i czuję lekką poprawę. Mam wrażenie, że przeżyję. Wczoraj zaś miałam wątpliwości ku temu, więc chyba jest poprawa.
W każdym razie nie chcę myśleć o ostatnich dwóch, bolesnych dniach. Jestem myślami przy weekendzie i śniadaniu niedzielnym. Wam polecam bardzo prostą i smaczną pastę z tuńczyka i jajka na twardo. Prosto, szybko i smacznie. Świetnie pasuje do kanapek. Syci na długo, więc mam nadzieję, że po takim śniadaniu ruszycie na poszukiwanie letnich przyjemności.
Przepis jak co piątek, dodaję do akcji Błyskawiczny Piątek.




Składniki:
2 jajka
Puszka tuńczyka w sosie własnym
Ząbek czosnku
2 łyżki majonezu
Słodka papryka
Sól
Pieprz
Szczypiorek
Natka pietruszki


Gotuję jajka na twardo. Obieram, kroję w kostkę, a  następnie rozgniatam. Tuńczyka osączam, lekko rozgniatam widelcem, dodaję do jajek.
Siekam szczypiorek i czosnek, dodaję do pasty.Doprawiam solą, pieprzem i papryką. Dodaję majonez. Dokładnie mieszam wszystkie składniki. Najlepiej smakuje po kwadransie w lodówce. 

środa, 21 czerwca 2017

Magdalenka spotyka Stefankę

Kiedy byłam młodsza, dużo, dużo młodsza czas zdecydowanie się dłużył. Od świąt do świąt, od wakacji do wakacji, od urodzin do urodzin. Mijało wtedy tyle czasu! Dni się dłużyły, miesiące ciągnęły w nieskończoność. Kiedy miałam 7 czy 8 lat, liceum, studia, skończenie 20 lat, wydawało mi się czymś tak odległym, że nie potrafiłam objąć tego swoim małym  i młodziutkim umysłem. Ach, jak wtedy marzyłam by być dorosłą, dużą, samej o sobie decydować i mieć własne pieniądze. Marzyło mi się bym nie musiała chodzić do szkoły, wydawało mi się ( jakże naiwnie), że dorośli nie muszą rano wstawać, że kiedy dzieci są w szkole, oni spędzają cudownie czas w tym swoim dorosłym świecie. Że wystarczy z magicznej skrytki wziąć pieniądze i dowolnie nimi rozporządzać. Dorosłym nikt nie musiał mówić- nie jedz lodów przed obiadem, zawiąż szalik, odłóż zabawki i idź spać, umyj zęby, odłóż kubek do zlewu. Dorosłe życie wydawało mi się wieczną bajką! Bez narzekania, bez problemów, same przyjemności i zero odrabiania lekcji. Ach, jak nie mogłam się tego doczekać. A ten czas tak się dłużył i dłużył! I za nic nie chciał przyśpieszyć. Aż poszłam do gimnazjum. Gdzieś tak w drugiej, nie w trzeciej klasie, czas zaczął pędzić. Nagle znalazłam się w liceum, choć głowę bym dała, że rano pakowałam do plecaka gimnazjalne książki. Matura, ale dlaczego tak szybko? Obiecywali trzy lata w liceum, a nie 3 tygodnie. Studia. Mignęły ledwo. A przecież to było 5 lat. 5 lat minęło jak parę miesięcy. Nagle obudziłam się w dorosłym świecie. Tak wyczekanym. O dziwo nie było to miejsce gdzie można bezkarnie jeść lody i oglądać non stop bajki w telewizji. Do pracy wstaje się wcześniej niż do szkoły, a po pracy trzeba ugotować obiad. I tak mija dzień za dniem. I marzy by znów magicznie cofnąć czas i mieć te 7 czy też 8 lat. I przeżywać prawdziwe dramaty, bo Ala  krzywo namalowała kwiatka, albo Dorotka znów zabrała mi kredkę. 
Ledwie parę chwil temu miałam 20 urodziny. Och, jaka wtedy poczułam się dorosła. Jakbym wstąpiła do elitarnego klubu. Wczoraj. Wczoraj obchodziłam ostatni raz 20 urodziny. Dopiero co wsiadłam na pokład tego statku, a już mnie z niego wypraszają. To mój ostatni rok jako osoby z "2 " z przodu. Czas minął zdecydowanie za szybko. Aby więc osłodzić sobie te ostatnie urodziny z "2" z przodu przygotowałam dla siebie ciasto. Nie jestem fanką tortów, więc mój tort okazał się ciastem bez pieczenia, bez tłustego kremu maślanego, czy na bazie bitej śmietany. Stefanka. Tak, tak po dziecięcemu. Kaszka manna, herbatniki, czekolada i truskawki. Kwintesencja mnie. Dlatego też ciasto nazwałam Magdalenkę co spotyka Stefankę. Taka moja wersja tego deseru. A raczej urodzinowego torciku. 

Składniki:
Masa:
1 litr mleka
400 gramów kaszy manny
2 łyżki masła
50 gramów gorzkiej czekolady
1 opakowanie cukru z prawdziwą wanilią
2 łyżki cukru Sweet Family
Dodatkowo:
400 gramów herbatników
Kilkanaście truskawek
Pół paczki wiśniowej galaretki


Zaczynam od przygotowania masy. W garnku gotuję pół litra mleka, dodaję cukier z wanilią,cukier i masło. Mieszam i czekam aż całkiem roztopi się masło. 
Kaszę zalewam resztą mleka, delikatnie łączę z  ciepłym mlekiem, gotuję aż masa nie będzie gęsta i jednolita - około 5-6 minut. 
Siekam czekoladę, dodaję do kremu, dokładnie mieszam tak by czekolada się rozpuściła. Chwilę studzę. 
W międzyczasie rozpuszczam galaretkę w 100 ml wody. Myję truskawki i kroję je na połówki.
Blachę do pieczenia wykładam folią, albo papierem do pieczenia. Układam rząd herbatników, na nie wykładam 1/3 kremu, znów warstwę herbatników i znów krem i ponownie to samo. Na wierzchu powinny znaleźć się herbatniki. Na ciastkach wykładamy plasterki owoców, smarujemy je galaretką. Ciasto chłodzimy przed podaniem najlepiej 1,5 - 2 godziny. 







Cukier z głową 
www.uczymyjakslodzic.pl

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Szybki makaron z boczkiem i pomidorami

Tydzień bez makaronu to tydzień stracony. Zdecydowanie to moja dewiza. Uwielbiam wszystko co ma w sobie makaron. Szczególnie w poniedziałki. Bo po weekendzie sił jakby mniej i energii do przygotowania obiadu również nie za dużo. Bardzo leniwa, domowa, burzowo-deszczowa sobota, zupełnie wybiła mnie z rytmu. Naprawdę dochodzę do wniosku, że moje miasto padło ofiarą jakiejś pogodowej klątwy. Nie mam oczywiście zbyt wielkich wymagań. Aczkolwiek może moje życzenie (pobożne) by dwa dni w tygodniu obyły się bez deszczu i szarości to zbyt wiele? Sama już nie wiem. W każdym razie sobota nie była dniem wolnym od deszczu. A z powodu ciągłych zawirowań pogodowych - deszcz, chwila przerwy, wiatr, i znów deszcz, miałam wrażenie, że moja głowa przebywa w jakimś innym wymiarze. Nie ma lekko. Mam wrażenie, całkiem uzasadnione, że nie ma dni pośrednich, takich pomiędzy jesienią, a upalnym latem. Albo jest bardzo gorąco, albo deszczowo, szaro i zimno. Nie ma tych dni kiedy świeci słońce, jest do 25 stopni, lekko wieje, a wieczorem lekko kropi deszcz. Ostatnio ładnie jest tylko momentami. Drobnymi momentami. Mam nadzieję,że pogoda się uspokoi i pozwoli cieszyć latem. Bo w końcu zaraz żegnamy wiosnę i witamy lato. A by je przywitać trzeba mieć energię, dlatego warto zjeść obiad. Może taki maksymalnie prosty? Warto mieć w zapasie takie przepisy i korzystać z nich w kryzysowych sytuacjach.




Składniki:
200 gramów makaronu kokardki
4 plastry wędzonego boczku
2 pomidory
Pieprz
Ostra papryka
Natka pietruszki
Sól

W osolonej wodzie gotuje makaron al dente.
Mocno rozgrzewam patelnię, kroję boczek w kostkę, podsmażam na chrupko na patelni. Pomidory kroję w kostkę, dodaję do boczku, doprawiam papryką i pieprzem, smażę około 3-4 minut, aż pomidory zaczną puszczać sok.
Makaron polewam gotowym sosem, podaję z natką pietruszki.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...